[ENG, Polish version below] Does the Sudetenland – now a region in Czechia, once predominantly inhabited by a German-speaking population – consist only of fragmented histories? Inspired by a comic book exhibition at the Olomouc library titled Sudetenlove, Magdalena asks whether stories about the Sudetenland must necessarily be fragmented, incomprehensible, and melancholic. In her essay, she argues that many of these stories are not entirely without a continuation, as they endure to live on through the memories embedded in objects and buildings.


Sudety – mówiąc krótko: teren przygraniczny Czech, na którym przez wieki żyła ludność niemieckojęzyczna,  wysiedlona po II wojnie światowej. W pewnym sensie, nie wdając się w szczegóły, na które nie ma miejsca w poście na blogu, to czeski odpowiednik tzw. Ziem Odzyskanych. Ma tak samo wiele konotacji politycznych, propagandowych i znaczeniowych, które wymykają się prostemu i jednoznacznemu opisowi. Wraz z upływem czasu, im więcej gromadzę materiałów z terenu, tym częściej przyłapuję się na tym, że myślę o “Sudetach” – o tym, czym są i jak można byłoby je opisać. To pytanie powraca do mnie także podczas rozmów z obecnymi mieszkańcami tych terenów. I właśnie wtedy najczęściej ujawnia się wspomniana trudność: próba udzielenia prostej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym są Sudety. Ktoś stwierdza, że to za trudne pytanie, inny w swojej wypowiedzi skupia się na historii tych terenów, ktoś jeszcze inny na pięknie natury. Są i tacy rozmówcy, którzy Sudety otaczają czułością, mówią przecież o miejscu swojego pochodzenia czy urodzenia. Nierzadko wybrzmiewają też opowieści o Niemcach, którzy dawniej tam żyli, a zostali wysiedleni – na dowód rozmówcy przypominają o opuszczonych domach, które latami popadały w ruinę. Mój esej nie ma jednak na celu wchodzenie w dyskusję, czym miałyby być Sudety. O trudnościach w ich zdefiniowaniu oraz różnicach pomiędzy polskim a czeskim rozumieniem słowa pisała już Karin na naszym blogu oraz Karolina w swoim artykule[1]. Obrałam jednak termin “Sudety” za punkt wyjścia do moich dalszych refleksji nad terenami, na których doszło do niemal całkowitej wymiany ludności. Mogłoby się bowiem wydawać, że historie tych miejsc zostały dzięki temu przerwane – ale czy tak jest naprawdę? A może to tylko pokutujące w głównym dyskursie medialnym, naukowym czy artystycznym wyobrażenie?

Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.
Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Przechodząc przez korytarz biblioteki naukowej w Ołomuńcu, natknęłam się na plakat – przedstawiał dwie osoby kąpiące się w wodzie. Było to zaproszenie na wystawę pt. ,,Sudetenlove”. Nie ukrywam, że słowo to zaintrygowało mnie i od razu przyciągnęło moją uwagę. Zdecydowałam, że na pewno muszę obejrzeć tę wystawę: plakatów komiksowych autorstwa Filipa Raifa, inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami z 1938 roku. Znajdowała się na piętrze wspomnianej biblioteki w Ołomuńcu – mieście, które dawniej również było zamieszkiwane przez pokaźną grupę osób niemieckojęzycznych, co widać chociażby po tym, że do dnia dzisiejszego stoi tu kościół, który dawniej należał do niemieckich ewangelików. Dzisiaj pełni już jednak funkcję centrum kulturalno-edukacyjnego i stoi zaraz obok wspomnianej biblioteki. Przechodząc już do samej ekspozycji: nie wiem, czy wystawa to nie za dużo powiedziane, ponieważ kiedy tam weszłam, moim oczom ukazało się jedynie kilka plansz wystawowych, przyczepionych do ścian. Brakowało jakiejkolwiek tabliczki z opisem całości.

Na wstępie, pod szklaną gablotką – jedyną na tej wystawie – przywitała mnie dawna niemiecka mapa i kilka widokówek. Nad nimi wisiała wspomniana grafika z całującą się w wodzie parą. Co jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, po przeciwległej stronie korytarza, na stoliku obok księgi gości leżała też sterta arkuszy roboczych do wystawy. Na każdym widniało kilka zadań. Już pierwsze od razu skłoniło mnie do zatrzymania i zastanowienia się. Wymagało ono zakolorowania na mapie Republiki Czeskiej terytorium, które jest znane jako ,,Sudety”. Na mapce, oprócz konturów państwa, widniała też cieńsza przerywana linia, która prawdopodobnie miała pomóc w odnalezieniu tego terytorium, oznaczając właśnie “Sudety”. Uznałam, że zadanie nie należało do najtrudniejszych, ponieważ chyba nikt nie odważyłby się zaznaczyć Sudet w okolicach Pragi. Kiedy jednak zaczęłam się nad tym zastanawiać – gdzie kiedyś żyła ludność niemieckojęzyczna – to w mojej głowie pojawiło się pytanie, jakie kryteria autor tej mapki brał pod uwagę. “Sudety” nigdy nie przybrały jednych ustalonych geograficznie granic, a ludność niemieckojęzyczna żyła nie tylko na terenach przy granicy, jak sugerowałaby cieńsza linia na arkuszu roboczym, ale też na przykład we wspomnianym Ołomuńcu, Pradze czy Brnie. 

Fot. 2 Arkusz roboczy z wystawy na tle grafiki przewodniej, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Skierowałam wzrok na grafikę przewodnią wystawy, czyli postacie całujących się w wodzie kobiety i mężczyzny. Oczywiście sama nazwa ,,Sudetenlove” sugerowała, że gdzieś pojawi się wątek miłości. Zaczęłam oglądać poszczególne komiksowe grafiki przedstawiające poznanie się i relację dwojga młodych ludzi. Przy niektórych były też dymki z dialogami – wszystkie w języku czeskim. Tylko po imionach i też ewentualnie po nazwie wystawy można było domyślić się, że pochodzą oni z terenu zamieszkiwanego przede wszystkim przez ludność niemieckojęzyczną. Z opisu wystawy wiedziałam, że chodzi o Niemkę Hedvikę oraz Bedřicha/Fritza z mieszanego czesko-niemieckiego małżeństwa. 

Hedka z Bedřichem zakochali się w sobie w 1938 roku, kiedy Sudety zostały wcielone do III Rzeszy, a rok później zaczęła się wojna. Zgodnie z wolą ojca, Hedka uciekła do swojej ciotki do Belgii. Bedřich wybrał się za nią na rowerze, który pożyczył od kolegi. W pewnym momencie jednak historia jego podróży urywa się: Fritz stoi na plakacie w niemieckim mundurze. Później jednak uznałam, że straciłam wątek: kolejne plansze były prawie pozbawione dymków dialogowych. Pomyślałam, że może pomyliłam kolejność plansz, więc zaczęłam szukać jakiejś nitki przewodniej: co się stało z tą parą zakochanych? Dlaczego Bedřich/Fritz nosił na sobie niemiecki mundur i dlaczego ostatnia plansza przedstawia rannego Bedřicha chodzącego samego po lesie w mundurze? Co takiego skłoniło autora do poprowadzenia narracji w ten sposób?

Fot. 3 Ostatnia plansza wystawy ,,Sudetenlove” przedstawiająca rannego Fritza/Bedřicha w lesie ubranego w mundur niemiecki, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Kątem oka zauważyłam, że za witryną stoi książka o tej samej nazwie, więc domyśliłam się, że ta komiksowa wystawa została zrobiona na jej podstawie. Nie zapoznając się z jej zawartością, miałam jednak poważny problem interpretacyjny. Stąd też sytuacja, którą przeżyłam na wystawie, skłoniła mnie do zastanowienia się, dlaczego tak wiele historii o Sudetach jest przedstawianych właśnie w ten sposób – są one urwane, niezrozumiałe i, przede wszystkim: smutne?

Skoro żyjąca na ziemiach czeskich ludność niemiecka i niemieckojęzyczna została wysiedlona ze swoich domów, to mogłoby się wydawać, że Sudety są pełne urwanych historii. Taki obraz poparty jest powszechnym stereotypem. Czasami pojawia się w wypowiedziach moich rozmówców. Da się go bez trudu zaobserwować wśród odwiedzających te tereny: przechadzając się po lasach czy polach, gdzie można jeszcze zauważyć obrysy dawniej stojących domów czy całych gospodarstw, mogą myśleć właśnie o takiej pustce. Krajobraz wspiera takie myślenie – nie mówię już nawet o zapomnianych cmentarzach, na których wszechobecna roślinność często uniemożliwia zlokalizowanie poszczególnych grobów. Ale czy Sudety faktycznie są krainą wyłącznie urwanych historii? A może to jednak, jak zasugerowałam już na wstępie, stereotyp?

Zaczęłam zastanawiać się nad przykładami potencjalnie urwanych historii z terenów, które badam – mogłyby być wywołane przez miejsca, w których dawniej stały domy lub inne budynki, a które obecnie są znane jedynie z fotografii i pocztówek albo opowieści ludzi, którzy jeszcze pamiętają jak wyglądały. Na miejscu tych budowli może dzisiaj znajdować się park i plac zabaw dla dzieci, tak jak w przypadku ewangelickiego kościoła w Libercu. Ale okazuje się, że chociaż tej świątyni już nie ma, to jej historia urywa się tylko z pozoru – dalej żyje w pamięci niektórych mieszkańców. Kiedy zaczynają przywoływać wygląd kościoła w swojej pamięci, to nie jest on wcale rozpadającym się budynkiem, jak chce tego część twórców dokumentów sprzed jego wyburzenia. Wspomnienia dotyczą kolorowych witraży, przez które co niedzielę wpadały promyki słońca, zdobionych kaset ściennych w nawach oraz na sklepieniu (fot. 4), widoku najróżniejszych kolorów i ornamentów na chustach, które zdobiły głowy uczestniczek odbywających się tam nabożeństw. Niekiedy wracają też do zapierającego dech w piersiach widoku na miasto, jaki roztaczał się z wieży kościelnej. Stał się on impulsem do pierwszego pocałunku jednej z par, z którą rozmawiałam. Historia tego kościoła zatem nie urwała się, choć mogłoby się tak wydawać – ale trwa dalej i to nie tylko we wspomnieniach, ale także w tych wszystkich przedmiotach, które zachowały się z jego wnętrza: obrazu ołtarzowego, klamki do głównych drzwi z niemiecką inskrypcją, malutkiej piszczałce z organów czy kasecie ściennej z ambony.

Takie przedmioty to tylko część rzeczy pozostawionych przez wysiedlonych Niemców. Drugą – wcale nie tak małą – stanowią budynki, w których dziś mieszkają współcześni mieszkańcy tych terenów. W różnym stopniu są oni świadomi tego, kto zamieszkiwał te domy przed ich dziadkami, o czym pisałam już wcześniej na naszym blogu. Otaczają ich liczne przedmioty, często codziennego użytku, pozostawione przez poprzednich mieszkańców. Te wszystkie rzeczy, tak samo jak te ocalałe ze wspomnianego zburzonego kościoła, dalej opowiadają historię o ludziach, którzy w nich mieszkali czy używali ich przed czy po wojnie.

Fot. 4 Kasety ścienne z kościoła ewangelickiego w Libercu, pokazane mi przez moich rozmówców, fot. Magdalena Bubík, 2025.

I tak samo po Hedce i Bedřichu możliwe, że też coś pozostało. Może były to narty, na których stojąc, Hedka pierwszy raz zobaczyła swojego Bedřicha? A może rower kolegi, na którym ten pojechał za nią do Belgii? Może przedmioty te mogłyby dalej opowiadać tę ich pozornie urwaną historię? Może opowiadałyby o uczuciu, które nie miało możliwości stać się miłością aż ,,do grobowej deski”. Nie wiadomo, co po nich pozostało, ale ze wspomnień moich rozmówców wiem, że nawet te najbardziej, zdawałoby się, urwane historie, są takimi tylko pozornie. A zatem, to towarzyszące mi w trakcie oglądania wystawy uczucie było sprzeciwem – wobec tego, jak czesto portretuje się te tematy. Nie zgodzę się, że Sudety to przestrzeń wypełniona “urwanymi” historiami, wiele zależy na to, czemu i jak się przyglądamy – i co chcemy zobaczyć.

Magdalena Bubík


[1] Ćwiek-Rogalska, K. (2018). Pamięć w słowach–o nieadekwatności pojęć (przypadek czesko-polsko-niemiecki). Acta Baltico Slavica, (42), 8-24.


Chcesz zacytować ten post?

Bubík, M. (2026, kwiecień 29). Sudety, czyli miłość i urwane końce? Spectral Recycling Research Blog.