Przejdź do treści

Angelika Zanki

Widmo domovine/Sablast domovine

Wpis blogowy gościnnie przygotowała Angelika Zanki, facylitatorka i managerka w grancie Spectral Recycling/The blog post was quest-written by Angelika Zanki, research facilitator and manager in Spectral Recycling grant

[ENG, Polish and Croatian version below] Starting from Juan Vucetich’s invention of fingerprint identification, the essay draws a parallel between forensic traces and the experience of Croatian emigrants in South America, inspired by Jacques Derrida’s concept of hauntology. The homeland appears as a “specter”: geographically absent yet socially, emotionally, and politically present through language, rituals, music, and religion in the collective memory of a diaspora. In her text, Angelika shows how diaspora communities sustain an imagined, often idealized Croatia that shapes their everyday life and even mobilizes action, especially during moments of crisis such as the 1990s war. It is a reflection on how the past returns, not as something fully present, but as a force that continues to act.

Ryc. 1. Znaczek pocztowy z podobizną Juana Vuceticha i informacją o tym, że jest twórcą argentyńskiego systemu daktyloskopii, źródło: World stamps/Poštanska marka s likom Juana Vuceticha i informacijom da je izumitelj argentinskog sustava daktiloskopije, izvor: World stamps.


Odcisk palca jest jednym z najbardziej ulotnych śladów ludzkiej obecności — chwilowym zapisem dotyku, który znikna niemal natychmiast. A jednak to właśnie ten efemeryczny znak stał się jednym z najtrwalszych fundamentów nowoczesnej identyfikacji. Dziś przykładamy palec do smartfonu, przekraczamy granice i potwierdzamy tożsamość, nie zastanawiając się, że operujemy czymś, co jest jedynie widmową pozostałością ciała.

Pod koniec XIX wieku Juan Vucetich[1], chorwacki emigrant z wyspy Hvar pracujący w policji argentyńskiej, dostrzegł w tym śladzie potencjał większy niż w ludzkiej pamięci czy zeznaniach świadków. Jego metoda polegała na katalogowaniu i porównywaniu odcisków palców — utrwalaniu chwilowej obecności i przywoływaniu jej na nowo w innym czasie i miejscu. W tym sensie odcisk nie reprezentował osoby wprost, lecz funkcjonował jak widmo: znak nieobecnego, który może powracać i rozstrzygać o losie ludzkim.

W tym wpisie przyjrzę się widmu ojczyzny w świecie emigrantów chorwackich  w Ameryce Południowej[2] w kontekście widmontologii Jacquesa Derridy – koncepcji, według której przeszłość nigdy nie odchodzi całkowicie, lecz powraca jako widmo, nawiedzając teraźniejszość i przyszłość, koncepcji nieobcej naszemu zespołowi. Derrida pisał o widmach jako o tym, co jest ani w pełni obecne, ani całkowicie nieobecne, a jednak realnie działające. Daktyloskopia Vuceticha doskonale wpisuje się w tę logikę — system oparty na śladach, które nie należą już do ciała, lecz nadal je reprezentują. Ta zależność między obecnością a nieobecnością, śladem a źródłem, jest dla mnie punktem wyjścia do dalszych rozważań o widmie ojczyzny w życiu emigrantów.

W przypadku, którym się zajmuję, emigranci balansują pomiędzy teraźniejszością w nowej lokalnej społeczności a dziedzictwem z przeszłości, którego nie chcą się wyrzekać. Tak rozumiana emigracja to zatem zerwanie z fizyczną przestrzenią ojczyzny, ale nie z jej duchową obecnością – osiedlenie się w nowej przestrzeni nie oznaczało odcięcia od tradycji, zwyczajów, czy języka. W dodatku ta sytuacja dotyczy nie tylko tych, którzy faktycznie kiedyś mieszkali w Chorwacji, ale również ich potomków, wielokrotnie tworzących na swój użytek wyobrażenie ojczyzny przodków jedynie na podstawie opowieści rodziców, dziadków czy pradziadków. Ich wspomnienia z kolei pełne są nostalgii. Jest to więc Chorwacja wyobrażona, nieograniczona do przestrzeni fizycznej – często idealizowana, zatrzymana w czasie, przefiltrowana przez wspomnienia i przekazy rodzinne.

Tęsknota za ojczyzną opuszczoną, a jednocześnie wyobrażoną przez kolejne pokolenia, które nigdy jej nie znały, nie jest jedynie sentymentem, lecz formą nowoczesnej nostalgii, o jakiej pisze Svetlana Boym[3]. Nie dotyczy ona tylko konkretnego miejsca, lecz raczej „innego czasu” – czasu uznawanego za lepszy, spokojniejszy, znanego z rodzinnych opowieści, rytuałów i symboli. Taka nostalgia rodzi się z doświadczenia migracji i zerwania ciągłości życia w jednym miejscu; nie stoi więc w sprzeczności z nowoczesnością, ale jest jej konsekwencją. Ojczyzna staje się w tym ujęciu przestrzenią wyobrażoną, częściowo mityczną, do której nie da się wrócić dosłownie, lecz którą można stale odtwarzać w pamięci zbiorowej. Co ważne, nostalgia ta nie jest skierowana wyłącznie w kierunku przeszłości: wyobrażenia ojczyzny, tworzone przez potrzeby teraźniejszości, wpływają na sposób myślenia o tożsamości, wspólnocie i przyszłości. Dla kolejnych pokoleń diaspory ojczyzna funkcjonuje więc jako punkt odniesienia zawieszony między pamięcią a wyobrażeniem, łączący osobiste doświadczenia z historią całej wspólnoty.

Argumentuję więc, że chorwackie dziedzictwo w diasporze południowoamerykańskiej w XIX wieku było widmem, które powracało poprzez rytuały, wspomnienia, język i symbole, funkcjonując mimo odległości ojczyzny i jej fizycznej nieobecności. Taką widmową obecność Chorwacji wstępnie wyróżniam na kilku płaszczyznach: w języku i działalności wydawniczej, gdy Chorwaci w Ameryce Południowej pielęgnowali swój język w rodzinach, stowarzyszeniach i kościołach, umożliwiając dzieciom jego naukę, a dorosłym śledzenie wydarzeń w ojczyźnie oraz przekazywanie informacji rodakom w Europie[4]; w religii i świętach, poprzez wspólne obchody dni patronów, msze w tradycyjnym obrządku odprawiane po chorwacku oraz procesje przenoszące rytuały z wysp Adriatyku[5] do nowych parafii; w muzyce i tańcu, gdy kluby chorwackie organizowały wieczory pieśni i tańców ludowych, a melodie z Dalmacji rozbrzmiewały w domach kultury; wreszcie w kuchni i zwyczajach domowych, gdzie przepisy przywoływały zapach ojczyzny, a jednocześnie budowały wspólnotę w nowym kraju. Chorwatom zależało również na tym, aby ich działalność w nowych miejscach zamieszkania wyraźnie odnosiła się do ich pochodzenia oraz do poglądów politycznych związanych z przyszłością ojczyzny.

Ryc. 2. Chorwacki Dom Juričicia i Turiny, Porvenir, Ziemia Ognista, 1906 r., źródło: Biblioteka Narodowa Chile

Dostrzegam to choćby w tym, że nazwy stowarzyszeń czy domów kultury, a nawet sklepów, zaczynały mieć w swoich nazwach określenia takie jak “Dom Chorwacki ” czy “Stowarzyszenie chorwackie”[6]. Taką sytuację widzimy choćby na ilustracji powyżej: widnieje na niej sklep pod nazwą “Casa Croata”, czyli właśnie “Dom Chorwacki”.

Na zdjęciu poniżej widać przedstawicieli Klubu Chorwackiego w 1915 roku. Nazwa wskazuje, że grupa była jednorodna narodowościowo, w tle widać też poza flagą herby Chorwacji, Slawonii i Dalmacji, a zatem chorwackich regionów, i portret bana Josipa Jelačicia, który, dowodził wojskami w tłumieniu powstania węgierskiego i powołał Bańską Radę – pierwszy nowoczesny rząd Chorwacji, co ma wskazywać na przywiązanie do symboliki odnoszącej się do ojczyzny i przemian politycznych, które w tym czasie tam zachodziły i zaangażowania w nie. Charakterystyczną cechą emigrantów chorwackich było utrzymywanie, że wyjazd jest tymczasowy i jeśli tylko sytuacja pozwoli, wrócą do domu.

Ryc. 3. Otwarcie Klubu Chorwackiego w Punta Arenas, źródło: Archiwum Historyczne Imigracji Chorwackiej w Chile

Każda z powyższych płaszczyzn pozwala na ukazanie się widma ojczyzny: nieobecnej w sensie geograficznym, ale obecnej w życiu społecznym i pamięci, często w formie subtelnej, przystosowanej do nowych warunków, kształtując codzienne życie społeczności. Tak jak odciski palców dla Vuceticha stały się dowodem obecności nieobecnego, tak np. pieśni, msze, tańce i święta chorwackie pozostawały w codziennym życiu emigrantów. Widmo ojczyzny nie zniknęło wraz z czasem, lecz trwa jako stały punkt odniesienia w życiu diaspory. Przykład wspólnoty chorwackiej w Ameryce Południowej pokazuje, że ojczyzna przekracza granice państwa, co widoczne jest zwłaszcza w momentach kryzysu, takich jak wojna o niepodległość w latach 90. XX wieku. Kluby i stowarzyszenia chorwackie organizowały w tym czasie m. in. koncerty, aukcje, zbiórki pieniędzy i zakup broni dla obrony ojczyzny. Trafiały one do Chorwacji, która pozostawała wprawdzie daleko, ale jej losy zależały również od wysiłków Chorwatów w Ameryce Południowej. Ojczyzna nie jest obecna w nowym kraju zamieszkania, lecz mobilizuje, domaga się reakcji i wywołuje poczucie obowiązku wobec wspólnoty. Informacje o wojnie, represjach czy walce politycznej ożywiają wyobrażoną ojczyznę, mimo geograficznej separacji. Msze „za ojczyznę” odprawiane tysiące kilometrów od frontu, wspólne oglądanie wiadomości z obszarów objętych wojną – codzienność emigrantów zostaje „nawiedzona” przez konflikt w ojczyźnie. Dla diaspory wsparcie finansowe, działalność organizacyjna czy publiczne manifestacje stają się formą „walki na odległość”. Są to działania, które pozwalają przekroczyć granice przestrzeni i poczucie bezsilności, a jednocześnie potwierdzają przynależność do narodu. Ojczyzna funkcjonuje tu nie tyle jako realne miejsce, ile jako moralne i symboliczne zobowiązanie. Choć kraj nie jest bezpośrednio obecny w codziennym życiu diaspory, to w chwilach kryzysu staje się niezwykle intensywnym punktem odniesienia. Widmo ojczyzny (była nowym państwem, wciąż kształtującym się podczas wojny) mobilizowało Chorwatów z Ameryki Południowej, wywoływało emocje, decydowało o tym, na co ludzie wydawali pieniądze. Było ono tym, co powraca, i co nawiedza teraźniejszość.

Widmontologia pozwala nam myśleć o diasporze nie jako o „oddzielonej” od ojczyzny, lecz jako równoległej przestrzeni, w której to, co przeszłe, współistnieje z tym, co obecne – w reinterpretowanej, widmowej formie. Zarówno wspomniane na początku tego wpisu odcisk palca, jak i ojczyzna w doświadczeniu emigracji, funkcjonują jako ślady nieobecnego – kruche, a jednocześnie zadziwiająco trwałe. Widmontologia pozwala uchwycić ten paradoks: to, co minione i oddalone, nie znika, lecz ujawnia się w postaci praktyk, emocji i decyzji, realnie wpływając na teraźniejszość. Chorwacka diaspora w Ameryce Południowej nie tylko pamięta ojczyznę, ale stale ją przywołuje, rekonstruuje i uruchamia w nowych warunkach. Ojczyzna staje się widmem, które nawiedza codzienność, organizuje wspólnotę i pokazuje, że przeszłość (głównie przodków, a nie kolejnych generacji urodzonych w krajach południowoamerykańskich, które często nie odwiedziły Chorwacji i nie znają języka chorwackiego) nigdy nie zostaje ostatecznie zamknięta.

Pytaniem, na które należałoby odpowiedzieć jest, skąd pochodzi „widmo” i dlaczego się pojawiło. W artykule, który powstaje, postaram się udzielić na nie odpowiedzi; ten esej stanowi tylko wstęp do tych analiz. Moja początkowa hipoteza brzmi, że w każdej fali migracji Chorwatów do Ameryki Południowej „widmo” pojawiało się w związku z poczuciem niesprawiedliwości i przymusu. Większość migrantów była zmuszona do opuszczenia ojczyzny – czy to wskutek represji, czy decyzji politycznych państw, do których należały zamieszkiwane przez Chorwatów tereny. Jednocześnie Chorwaci tworzyli transnarodową wspólnotę polityczną[7] , zarówno jeszcze będąc w ojczyźnie, jak i po osiedleniu się w nowych krajach, podtrzymując więzi, organizując życie społeczne i polityczne.

Angelika Zanki


[1] Dawniej Ivan Vučetić – wskutek asymilacji w krajach południowoamerykańskich nastąpiła modyfikacja imion i nazwisk chorwackich na brzmienie bardziej hiszpańskie lub portugalskie, zostały one też pozbawione znaków diakrytycznych).

[2] Na podstawie badań Ivana Čizmicia, Dražena Živicia oraz Ivy Nejašmicia można stwierdzić, że chorwacka emigracja masowa przebiegała w czterech zasadniczych falach, obejmujących nie tylko kraje europejskie, lecz również państwa na innych kontynentach. Pierwszy etap miał miejsce w latach 1880–1914, drugi przypadał na okres międzywojenny (1918–1939), trzeci rozpoczął się po 1945 roku i obejmował kilka faz, natomiast czwarta fala związana była z latami 90.

Motywacje wyjazdowe ulegały zmianom, przy czym od samego początku istotne znaczenie miały czynniki polityczne. Od 1880 roku Ameryka Południowa należała do najważniejszych obszarów docelowych chorwackiej emigracji, głównie dzięki prowadzonej tam aktywnej i zorganizowanej polityce imigracyjnej. XIX wiek przyniósł większości państw tego regionu uzyskanie niepodległości, co sprawiło, że zaczęły one przyciągać migrantów z Europy. Szczególnie atrakcyjne dla emigrantów okazały się Argentyna, Brazylia oraz Chile, które oferowały — przynajmniej w założeniach — zatrudnienie, korzystniejsze zarobki oraz możliwość łączenia rodzin, podczas gdy w Europie perspektywy te były znacznie bardziej ograniczone.

Obecnie Chorwaci w Ameryce Południowej żyją w Argentynie – 250 tysięcy, w Chile – 200 tysięcy, w Brazylii – 20 tysięcy, w Peru – 6 tysięcy, w Boliwii, Paragwaju, Urugwaju i Wenezueli – po 5 tysięcy, w Ekwadorze – 4 tysiące.

[3] Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, 9(2), 7–18.

[4] Podczas pierwszej fali emigracji (1880-1914) Chorwaci dopiero uczyli się języków państw, w których się osiedlili, językiem używanym w domu był język chorwacki. Miało to również wpływ na ich działania podczas organizowania się w stowarzyszeniach i wydawanie gazet. Do wybuchu I wojny światowej większość gazet ukazywała się przede wszystkim w języku chorwackim, w okresie międzywojennym miały one zazwyczaj charakter dwujęzyczny, natomiast po II wojnie światowej publikowane w nich teksty były już głównie po hiszpańsku. Miało to związek ze stopniową asymilacją emigrantów chorwackich z lokalną społecznością.

Język chorwacki ewoluował też w inny sposób niż w Chorwacji (kontakt z językiem istniał między członkami wspólnoty w danym mieście i poprzez zapoznawanie się z wiadomościami z ojczyzny przekazywanymi w gazetach, które wydawane były w Chorwacji). Z czasem jego aktywne wykorzystanie malało w związku z asymilacją.

[5] W XIX wieku Chorwaci emigrowali w dużej mierze z Dalmacji i wysp adriatyckich (należy podkreślić, że Chorwacja nie istniała w wieku XIX i dużej części wieku XX jako niepodległy kraj). Chorwacja od zarania dziejów ulegała silnemu regionalizmowi i mieszkańcy poszczególnych jej regionów, a nawet miast (jak Dubrownik) posiadali tożsamość regionalną. Emigracja Chorwatów z obszaru wybrzeża i wysp stanowiła 50% emigracji chorwackiej. Wyjeżdżający z Chorwacji mieszkaniec Dalmacji odczuwał przede wszystkim tożsamość regionalną, czyli dalmatyńską. Tożsamość narodowa („bycie Chorwatem”) była mniej istotna w pierwszej fali emigracji, ale ulegało to stopniowej zmianie.

[6] Nazwy stowarzyszeń i gazet z okresu pierwszej fali emigracji wskazują, że przyjmowały one formy chorwackie (lub też regionalne, np. dalmatyńskie), austro-węgierskie, czasem ogólnosłowiańskie, a w późniejszym okresie także jugosłowiańskie. Miało to znaczenie zarówno językowe, jak i treściowe, ponieważ konkretne nazewnictwo sygnalizowało poparcie dla określonej wizji przyszłości Chorwacji: jako państwa niepodległego, jako części Jugosławii lub jako elementu szerszej wspólnoty słowiańskiej. Należy przy tym zauważyć, że nawet w obrębie Argentyny i Chile widoczne były różnice w nazewnictwie, a tym samym różnice w poparciu dla poszczególnych idei politycznych.

[7] Więcej o wspólnocie politycznej emigrantów chorwackich:

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. W Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Red.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (t. 10, s. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Bibliografia

Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, 9(2), 7–18.

Čizmić, I., Sopta, M., & Šakić, V. (2005). Iseljena Hrvatska. Zagreb: Tehnička knjiga.

Čizmić, I., & Živić, D. (2005). Zewnętrzne migracje ludności Chorwacji – ujęcie krytyczne. W: D. Živić, N. Pokos & A. Mišetić (red.), Stanovništvo Hrvatske – dosadašnji razvoj i perspektive. Zagreb: Institut društvenih znanosti Ivo Pilar.

Derrida, J. (2016). Widma Marksa. Stan długu, praca żałoby i nowa Międzynarodówka (T. Załuski, tłum.). Warszawa: PWN.

Karrer, L. (2015). Living with phantasms: The new hauntology. Praca dyplomowa (niepublikowana), DIAP.

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. W: Z. A. Brzozowska, P. Kręzel & I. Lis-Wielgosz (red.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (t. 10, s. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Chcesz zacytować ten post?

Zanki, A. (2026, styczeń 28). Widmo ojczyzny/Sablast domovine. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/widmo-ojczyzny-sablast-domovine/



Sablast domovine

Otisak prsta jedan je od najprolaznijih tragova ljudske prisutnosti — trenutni zapis dodira koji gotovo odmah nestaje. A ipak, upravo je taj efemerni znak postao jedan od najtrajnijih temelja moderne identifikacije. Danas prstom otključavamo pametne telefone, prelazimo granice i potvrđujemo identitet, ne razmišljajući da upravljamo nečim što je samo sjena tijela.

Krajem XIX. stoljeća Juan Vucetich[1], hrvatski emigrant s otoka Hvara zaposlen u argentinskoj policiji, uočio je u ovom tragu potencijal veći nego u ljudskom pamćenju ili svjedočenju. Njegova metoda temeljila se na katalogiziranju i usporedbi otisaka prstiju — očuvanju trenutne prisutnosti i njezinom ponovnom prizivanju u drugom vremenu i na drugom mjestu. U tom smislu, otisak nije izravno predstavljao osobu, već je funkcionirao poput sablasti: znak odsutnog, koji se može ponovno pojaviti i odlučivati o ljudskoj sudbini.

U ovom tekstu promatrat ću fenomen sablasti domovine u svijetu hrvatskih emigranata u Južnoj Americi[2] u kontekstu Derridove sablastologije – koncepcije prema kojoj prošlost nikada potpuno ne nestaje, već se vraća, progoneći sadašnjost i budućnost – koncepcije koja nije strana našem timu. Derrida piše o sablasti kao o nečemu što nije ni potpuno prisutno, ni potpuno odsutno, a ima stvaran utjecaj. Vucheticheva daktiloskopija savršeno se uklapa u ovu logiku — sustav temeljen na tragovima koji više ne pripadaju tijelu, a ipak ga i dalje predstavljaju. Ovaj odnos između prisutnosti i odsutnosti, traga i izvora, predstavlja polazište za daljnje razmatranje sablasti domovine u životu emigranata.

U slučaju kojim se bavim, emigranti balansiraju između sadašnjosti u novoj lokalnoj zajednici i nasljeđa iz prošlosti koje ne žele odbaciti. Tako shvaćena emigracija znači prekid s fizičkim prostorom domovine, ali ne i s njezinom duhovnom prisutnošću – naseljavanje u novom prostoru nije značilo prekid s tradicijom, običajima ili jezikom. Štoviše, ova situacija ne odnosi se samo na one koji su zaista nekada živjeli u Hrvatskoj, već i na njihove potomke, koji često stvaraju vlastitu predodžbu domovine svojih predaka na temelju priča roditelja, djedova i baka ili pradjedova. Njihova sjećanja često su ispunjena nostalgijom. Riječ je stoga o zamišljenoj Hrvatskoj, koja nije ograničena na fizički prostor – često idealiziranoj, zaustavljenoj u vremenu, filtriranoj kroz sjećanja i obiteljske predaje.

Težnja za napuštenom domovinom, a istovremeno zamišljenom kod generacija koje je nikada nisu upoznale, nije samo sentiment, već oblik moderne nostalgije o kojoj piše Svetlana Boym[3]. Ona se ne odnosi samo na određeno mjesto, već na „drugo vrijeme“ – vrijeme koje se smatra boljim, mirnijim, poznatim iz obiteljskih priča, rituala i simbola. Takva nostalgija proistječe iz iskustva migracije i prekida kontinuiteta života na jednom mjestu; stoga nije u suprotnosti s modernošću, već je njezina posljedica. Domovina u ovom pogledu postaje zamišljeni prostor, djelomično mitski, kojoj se ne može doslovno vratiti, ali je se može stalno reproducirati u kolektivnom pamćenju. Važno je da ta nostalgija nije usmjerena isključivo prema prošlosti: predodžbe domovine kreirane prema potrebama sadašnjosti utječu na način razmišljanja o identitetu, zajednici i budućnosti. Za sljedeće generacije dijaspore, domovina funkcionira kao referentna točka suspendirana između sjećanja i predodžbe, povezujući osobna iskustva s poviješću cijele zajednice.

Stoga tvrdim da je hrvatsko nasljeđe u dijaspori Južne Amerike u XIX. stoljeću bila sablast koja se vraćala kroz rituale, sjećanja, jezik i simbole, koja je funkcionirala unatoč udaljenosti domovine i njezine fizičke odsutnosti. Takvu sablast prisutnosti Hrvatske možemo uočiti na nekoliko razina: u jeziku i izdavačkoj djelatnosti, kada su Hrvati u Južnoj Americi njegovali svoj jezik u obiteljima, u udrugama i crkvama, omogućujući djeci njegovo učenje, a odraslima praćenje događanja u domovini i prenošenje informacija sunarodnjacima u Europi[4]; u religiji i svetkovinama, kroz zajedničko obilježavanje dana patrona, mise na hrvatskom jeziku i procesije koje prenose rituale s jadranskih otoka[5] u nove župe; u glazbi i plesu, kada su hrvatski klubovi organizirali večeri narodnih pjesama i plesova, a melodije iz Dalmacije odjekivale u kulturnim domovima; naposljetku, u kuhinji i kućnim običajima, gdje su recepti prizivali mirise domovine i istovremeno stvarali zajednicu u novoj zemlji. Hrvati su također nastojali da njihova djelatnost u novim mjestima jasno upućuje na njihovo podrijetlo i političke stavove povezane s budućnošću domovine.

Hrvatski dom Juričića i Turine, Porvenir, Ognjena zemlja, 1906., izvor: Narodna knjižnica Čilea

To se očituje primjerice u tome da su nazivi udruga, kulturnih domova pa čak i trgovina počeli sadržavati nazive poput „Dom Hrvata” ili „Hrvatsko društvo”[6]. Sličnu situaciju možemo vidjeti i na ilustraciji iznad: prikazana je trgovina pod nazivom „Casa Croata”, odnosno upravo „Hrvatski dom”.

Donja fotografija prikazuje predstavnike Hrvatskog kluba iz 1915. godine. Naziv ukazuje na to da je grupa bila nacionalno homogena, a u pozadini, osim zastave, vidljivi su i grbovi Hrvatske, Slavonije i Dalmacije, dakle hrvatskih regija, te portret bana Josipa Jelačića, koji je zapovijedao vojskom u suzbijanju mađarskog ustanka i utemeljio Bansko vijeće – prvi moderni hrvatski državni organ. To upućuje na njihovu privrženost simbolici povezanoj s domovinom i političkim promjenama koje su se u to vrijeme događale te na angažiranost u tim procesima. Karakteristična osobina hrvatskih emigranata bila je održavanje uvjerenja da je odlazak privremen i da će se, kad to okolnosti dopuste, vratiti kući.

Svečano otvaranje Hrvatskog kluba u Punta Arenasu, izvor: Povijesni arhiv hrvatskog iseljeništva u Čileu

Svaka od navedenih perspektiva omogućuje prikaz sablasti kulture: odsutna u geografskom smislu, ali prisutna u društvenom životu i sjećanju, često u suptilnom obliku, prilagođenom novim uvjetima, oblikujući svakodnevni život zajednice. Baš kao što su otisci prstiju za Vuceticha postali dokaz prisutnosti odsutnog, tako su, primjerice hrvatske pjesme, mise, plesovi i blagdani opstajali u svakodnevici emigranata. Ove sablasti pokazuju da prošlost nikada doista ne nestaje, već opsjeda sadašnjost.

Sablast domovine nije nestala s protokom vremena, već opstaje kao trajna referentna točka u životu dijaspore. Primjer hrvatske zajednice u Južnoj Americi pokazuje da domovina nadilazi granice države, što je posebno vidljivo u trenucima krize, poput Domovinskog rata. Hrvatski klubovi i udruge u Južnoj Americi tada su, između ostalog organizirali, koncerte, aukcije, prikupljanje novca i nabavu oružja za obranu domovine. Odlazili su u Hrvatsku, koja je bila daleko, ali čija je sudbina ovisila i o odlukama Hrvata u Južnoj Americi, o njihovim naporima i emocijama. Domovina nije fizički prisutna, ali mobilizira, zahtijeva reakciju i izaziva osjećaj dužnosti prema zajednici. Informacije o ratu, represijama ili političkoj borbi oživljavaju zamišljenu domovinu unatoč geografskoj udaljenosti. Mise „za domovinu“ vođene tisućama kilometara od bojišta, zajedničko praćenje vijesti iz ratom zahvaćenih područja — svakodnevica emigranata „progonjena“ je sukobom u domovini.

Financijska podrška, organizacijsko djelovanje ili javni prosvjedi za dijasporu, postaju oblik „borbe na daljinu“. To su aktivnosti koje omogućuju prekoračenje granica prostora i osjećaja nemoći, a istovremeno potvrđuju pripadnost narodu. Domovina ovdje ne funkcionira toliko kao stvarno mjesto, koliko kao moralna i simbolička obveza. Prisutnost sablasti se očituje u tome da, iako domovina nije izravno prisutna u svakodnevnom životu dijaspore, u trenucima krize postaje izuzetno intenzivna referentna točka. Sablast domovine (još uvijek nove države koja se oblikovala tijekom Domovinskog rata) mobilizirala je Hrvate u Južnoj Americi, izazivala u njima emocije i odlučivala o tome na što ljudi troše novac.

Sablastologija nam omogućuje da ne razmišljamo o dijaspori  kao „odvojenoj” od domovine, već kao paralelnom prostoru u kojem prošlo koegzistira s postojećim – u reinterpretiranom, „sablasnom obliku“. Poput otiska prsta spomenutog na početku ovog rada domovina u iskustvu emigracije funkcionira kao tragovi odsutnog – krhki, a istovremeno zapanjujuće trajni. Sablastologija omogućuje hvatanje ovog paradoksa: ono što je prošlo i udaljeno ne nestaje, već se vraća kroz prakse, emocije i odluke, stvarno utječući na sadašnjost. Hrvatska dijaspora u Južnoj Americi ne samo da pamti domovinu, već je stalno priziva, rekonstruira i aktivira u novim uvjetima. Domovina postaje sablast koja progoni svakodnevicu, organizira zajednicu i pokazuje da prošlost (uglavnom predaka, a ne onih generacija koje su rođene u južnoameričkim zemljama te ne poznaju jezik, a često nisu niti posjetile Hrvatsku) nikada nije potpuno završena.

Pitanje na koje treba odgovoriti jest: odakle dolazi „sablast” i zašto se pojavljuje. U članku koji pripremam nastojat ću dati odgovor na to pitanje, a ovaj esej predstavlja samo uvod u te analize. Moja početna hipoteza glasi da se u svakom valu migracije Hrvata u Južnu Ameriku „sablast” pojavljivala vezano uz osjećaj nepravde i prisile. Većina migranata bila je prisiljena napustiti domovinu – bilo kao posljedica represija, bilo političkih odluka država kojima su pripadala područja naseljena Hrvatima. Istovremeno, Hrvati su stvarali transnacionalnu političku zajednicu[7], kako tijekom života u domovini, tako i nakon naseljavanja u nove države, održavajući veze i organizirajući društveni i politički život.

Angelika Zanki


[1] Na temelju istraživanja Čizmića, Živića i Nejašmića može se zaključiti da je masovno hrvatsko iseljavanje teklo u četiri glavna vala, pri čemu su odredišta migracija bila ne samo europske zemlje nego i države na drugim kontinentima. Prvi val odvijao se u razdoblju od 1880. do 1914. godine, drugi je obuhvaćao međuratno razdoblje (1918.–1939.), treći je započeo nakon 1945. godine i može se podijeliti u nekoliko faza, dok je četvrti val vezan uz 1990-e godine.

Motivacije za iseljavanje mijenjale su se tijekom vremena, no od samih početaka važnu su ulogu imali politički čimbenici. Od 1880. godine Južna Amerika bila je jedno od glavnih odredišta hrvatske emigracije, ponajprije zahvaljujući aktivnoj i organiziranoj imigracijskoj politici tamošnjih država. Devetnaesto stoljeće donijelo je većini južnoameričkih zemalja stjecanje neovisnosti, što je dovelo do toga da postanu privlačna odredišta europskih iseljenika. Posebno su se isticale Argentina, Brazil i Čile, koje su doseljenicima nudile — barem u teoriji — zaposlenje, povoljnije plaće i mogućnost okupljanja obitelji, dok su u Europi izgledi bili znatno skromniji.

[2] Ranije Ivan Vučetić – zbog asimilacije u zemljama Južne Amerike došlo je do prilagodbe imena i prezimena hrvatskog podrijetla španjolskom ili portugalskom fonetskom obliku te uklanjanja dijakritičkih znakova.

[3] Boym, S. (2007). Nostalgia and Its Discontents. The Hedgehog Review, sv. 9, br. 2, str. 7–18 .

[4] Tijekom prvog vala emigracije (1880.–1914.) Hrvati su tek učili jezike država u kojima su se nastanjivali, dok je u kući bio dominantan hrvatski jezik. To je također utjecalo na njihovo djelovanje pri organiziranju udruga i izdavanju novina. Do izbijanja Prvog svjetskog rata većina novina izlazila je prvenstveno na hrvatskom jeziku, u međuratnom razdoblju obično su bile dvojezične, dok su nakon Drugog svjetskog rata tekstovi u njima bili uglavnom na španjolskom jeziku. To je bilo povezano sa postupnom asimilacijom hrvatskih emigranata u lokalnu zajednicu.

Hrvatski jezik također je evoluirao drugačije nego u Hrvatskoj (kontakt s jezikom postojao je među članovima zajednice u određenom gradu i putem praćenja vijesti iz domovine koje su se prenosile kroz novine izdavane u Hrvatskoj). S vremenom se aktivna upotreba jezika smanjivala zbog asimilacije.

[5] U XIX. stoljeću Hrvati su u velikoj mjeri emigrirali iz Dalmacije i jadranskih otoka (valja naglasiti da Hrvatska u XIX. stoljeću i velikom dijelu XX. stoljeća nije postojala kao neovisna država). Hrvatska je od svojih početaka bila pod snažnim regionalizmom, a stanovnici pojedinih regija, pa čak i gradova (poput Dubrovnika), imali su regionalni identitet. Emigracija Hrvata s obalnog područja i otoka činila je 50 % hrvatske emigracije. Osoba koja je napuštala Dalmaciju prvenstveno je osjećala regionalni identitet, tj. dalmatinski. Nacionalni identitet („biti Hrvat“) bio je manje važan u prvom valu emigracije, no s vremenom se ovo postupno mijenjalo.

[6] Nazivi udruga i novina iz razdoblja prvog vala emigracije pokazuju da su prihvaćali hrvatske (ili regionalne, npr. dalmatinske), austro-ugarske, ponekad općeslavenske, a kasnije i jugoslavenske oblike. To je imalo jezičnu i sadržajnu važnost, jer je određeni naziv signalizirao podršku određenoj viziji budućnosti Hrvatske: kao neovisne države, kao dijela Jugoslavije ili kao elementa šire slavenske zajednice. Valja napomenuti da su čak i unutar Argentine i Čilea postojale razlike u nazivlju, a time i različita podrška pojedinim političkim idejama.

[7] Više o političkoj zajednici hrvatskih emigranata:

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, sv. 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. U Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Ur.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (sv. 10, str. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12.


Bibliografija

Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, sv. 9, br. 2, str. 7–18.

Čizmić, I., Sopta, M., & Šakić, V. (2005). Iseljena Hrvatska. Zagreb: Tehnička knjiga.

Derrida, J. (2016). Widma Marksa. Stan długu, praca żałoby i nowa Międzynarodówka (prijevod T. Załuski). Warszawa: PWN.

Karrer, L. (2015). Living with phantasms: The new hauntology. DIAP: Thesis Project Development Research.

Nejašmić, I. (2014). Iseljavanje iz Hrvatske od 1900. do 2001.: demografske posljedice stoljetnog procesa. Migracijske i etničke teme, 30, 405–435.

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, sv. 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. U Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Ur.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (sv. 10, str. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Želite li citirati ovaj post?

Zanki, A. (28. siječnja 2026.). Widmo ojczyzny/Sablast domovine. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/widmo-ojczyzny-sablast-domovine/

Michal Korhel na výročnom kongrese ASEEES vo Washingtone, D.C.

Koncom novembra sa náš výskumník Michal Korhel zúčastnil na výročnom kongrese Association for Slavic, East European, and Eurasian Studies (ASEEES) 2025, ktorý sa konal vo Washingtone, D.C. Spolu s Jakubom Gałęziowskim z Varšavskej univerzity Michal spoluzorganizoval panel s názvom „Forced to Move: Remembering Children’s Displacement and Migration in WWII and Its Aftermath in East-Central Europe“. Vytvorenie tohto panelu malo pre oboch organizátorov mimoriadny význam, keďže im umožnilo spojiť vedcov zaoberajúcich sa spomienkami niektorých z najzraniteľnejších aktérov vojnových a povojnových dejín – detí, ktorých životy formovalo nielen násilie, ale aj neisté ticho, ktoré nasledovalo po skončení druhej svetovej vojny.
Panel sa venoval rôznym detským skúsenostiam: preživším Holokaustu v Maďarsku, nemeckým deťom a osídlencom na území dnešného Slovenska, českým deťom z Lidíc a poľským deťom narodeným núteným pracovníkom a vysídleným osobám (DPs). Tieto príbehy spája poznanie, že koniec vojny automaticky neznamenal príchod bezpečia ani stability. Pre mnohé deti prinieslo povojnové obdobie nové formy nátlaku a kontroly, najmä v rámci inštitúcií, ktoré deklarovali konanie v ich najlepšom záujme.
Vo svojom vlastnom príspevku s názvom „Departing from Krickerhau, Arriving to Handlová: Migration in Childhood Memories of German Expellees and Slovak Settlers“ sa Michal zameral na mikrokozmos Handlovej (nem. Krickerhau), komunity výrazne poznačenej presunmi obyvateľstva po roku 1945. Prostredníctvom orálnych historických rozhovorov sledoval kontrastné, no zároveň aj podobné spomienky dvoch skupín detí: nemeckých obyvateľov nútených opustiť svoje domovy len s torzom majetku a slovenských osídlencov, ktorí prichádzali namiesto nich.
Okrem akademického programu mal Michal možnosť spoznať Washington, D.C. aj osobnejšie. Navštívil viaceré významné pamiatky a múzeá, z ktorých každé ponúkalo iný pohľad na americké dejiny a kultúrnu pamäť. Jedným z najzaujímavejších momentov jeho pobytu bola účasť na prehliadke mesta s tematikou duchov v Alexandrii – živej a pôsobivej večernej prechádzke, ktorá dodala návšteve nečakaný naratívny rozmer.
Celkovo kongres ASEEES ponúkol bohatú kombináciu odborných diskusií, nových perspektív a kultúrneho objavovania. Pre Michala to bola príležitosť nielen prezentovať vlastný výskum a učiť sa od kolegov, ale aj vidieť dejiny vysídľovania a pamäti v širšom globálnom kontexte.

A co, jeśli każdy ma swoje Pomorze?

[ENG, Polish version below] In this short vignette, Karolina reflects on how Pomerania as a region is constructed, both intimately, by personal memories and affective attachments, and administratively, by official borders and territorial policies. She draws on her own experiences to trace the changing perceptions of the region and to offer some broader reflections on its contemporary meanings.


Wielka Mapa Księstwa Pomorskiego, autorstwa kartografa Eilharda Lubinusa w latach 1610-1618. Domena publiczna. 

Jakoś na wysokości Płotów, mój mąż, Michał, z którym jadę akurat do Świnoujścia, mówi: “tutaj to już jest takie bardziej Pomorze Wojtka, nie nasze”. Wojtek to nasz przyjaciel, znamy się od liceum. Zamyślam się, bo faktycznie coś w tym jest. Jarzysław, Truskolas i Modlimowo brzmią obco, chociaż przecież nie wyjechaliśmy wcale z Pomorza, a przecież na pytanie, skąd jesteśmy – odpowiadamy, że z Pomorza właśnie. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy taka myśl przychodzi mi do głowy. “Moje” Pomorze to ziemia wałecka – tam się urodziłam, tam mieszkałam do matury i tam wróciłam teraz jako badaczka. Niedawno ukazała się moja książka, w której ziemię wałecką potraktowałam jak soczewkę, przez którą przyglądam się procesom zachodzącym na “Ziemiach Odzyskanych”. I załapałam się na tym, że na spotkaniach autorskich w innych częściach Pomorza muszę przecież wyjaśniać słuchaczkom i słuchaczom, może nie od razu gdzie jest Wałcz czy Piła – ale już Jastrowie, Broczyno czy nawet Złotów tak, to bowiem nie jest już wcale takie oczywiste.

Kiedy więc Michał mówi, że to Pomorze, przez które właśnie jedziemy – zapada już lekki zmierzch, horyzont rozmięka od różu przechodzącego w pomarańcz – nie jest takie do końca nasze, nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić. Zresztą, pamiętam jeszcze, jak nawet to jego Pomorze, Koszalin i okolice, wydawało mi się na początku dziwne: te wszystkie miejscowości kończące się na “o” trochę mnie śmieszyły, a właściwie nawet nie one, ale to ich nagromadzenie, Niedalino, Będzino, Rekowo. O to odczucie Pomorza pytam Piotra Oleksego, z którym widzę się tego samego dnia w Świnoujściu, autora “Wysp Odzyskanych”, historii Wolina i Uznamu – wysp, które pojawiły się na mapie Polski w 1945 roku. I on się zgadza, że z tym Pomorzem to nie taka prosta sprawa, bo, jak dodaje, wyspiarskie doświadczenie będzie jeszcze inne niż to śródlądowe.

Bo Pomorze, choć przez to “morze” kojarzy się głównie z wybrzeżem, ma całą wewnątrzlądową głębię, o której się zapomina. A przynajmniej zapominają o niej często ciągnący nad morze z innych części kraju (albo zza granicy, bo to przecież coraz popularniejszy kierunek z Czech) turyści, dla których to, co dla mnie celem, jest tylko środkiem do celu. Celem jest Bałtyk. Ale uczciwie będzie dodać, że i we mnie rodzi się czasem pytanie, jak właściwie działa cały ten pomorski inland, Łobez, Świdwin, czy Białogard. Jak ze wszystkimi granicami – tymi osobistymi i tymi na mapach – z tymi pomorskimi też jest problem. Pomorze to ta dziwna kraina, którą tak jak Śląsk, Łużyce czy dawne Prusy podzieliły państwowe granice i porozbijały nowe administracje. 

Z jednej strony jest więc Vorpommern w Niemczech, z całym nadbagażem pozostawionym przez NRD – i żartami, że jeśli widzi się tam małe dziecko, pewnie można spokojnie zagadać do niego po polsku, bo Niemcy chętniej się stamtąd wyprowadzają niż przyjeżdżają (świetnie ten klimat schyłku uchwyciła w swojej Szyi żyrafy Judith Schalansky, przełożona na polski przez Kamila Idzikowskiego). Z drugiej zaś jest to polskie Pomorze, dawne Hinterpommern. Ponieważ etnografia to czasami po prostu słuchanie, co mówi się dookoła, przypadkiem słyszę dwójkę młodych ludzi klarujących komuś, po polsku, że są właśnie z Hinterpommern, że szukają historii miejsca sprzed 1945 roku i te granice wydają się im absurdalne. To niemieckie Hinterpommern to dzisiaj to polskie Pomorze, niepewnie rozpięte między Pomorze Zachodnie, Środkowe i Wschodnie.

Może to zachodnie budzi najmniej kontrowersji, bo w końcu jest województwo. I mapa Lubinusa, której kopie wiszą na ścianach urzędów i instytucji – choć kończy się na Machlinach, do Wałcza nie dociera. Ta część dzisiejszego zachodniopomorskiego na dawnej mapie odpowiada używanemu niegdyś odniesieniu: tam, gdzie nie wiadomo, co jest, w białej pustce, żyją lwy. To dość oczywiste, Lubinus rysował mapę dla Filipa II Gryfity i Wałcz go siłą rzeczy interesować nie mógł. Ale wracając do Pomorza Zachodniego: “zachodniopomorskie” zakorzenia się w polszczyźnie po reformie administracyjnej 1999 roku i jakoś w niej osiada, chociaż niektóre części tegoż województwa mają problem z odnalezieniem się w tej “zachodniości”. Choćby i ten mój Wałcz, ciążący przez ostatnie lata przed reformą raczej w stronę Wielkopolski – bo znajdował się w województwie pilskim. A Piła, choć była miastem “odzyskanym”, już 7 lipca 1945 roku znalazła się w województwie poznańskim (dziś jest w wielkopolskim), instytucjonalnie pieczętując swój związek z Wielkopolską. Czy zdarza mi się i dzisiaj słyszeć, że jakie tam z Wałcza Pomorze? Zdarza. “Zachodniopomorskie” nie jest wciąż zupełnie neutralnym bytem w Koszalińskiem, które samo straciło rangę województwa – ten proces wygląda podobnie wszędzie tam, gdzie siedziby urzędów się przeniosły. Trochę nostalgia, trochę historia, trochę jednak żal.

Pomorze Środkowe to już w ogóle oś kontrowersji. Co je niby łączy? Wydaje się, że to faktycznie paradoksalna przestrzeń, w której tym, co łączy, jest brak: wykluczenie komunikacyjne to bolączka regionu. PKS-y jeżdżą tu z rzadka, teren przecinają trasy busów i busików, część linii kolejowych już dawno – albo dopiero co – zamieniono w ścieżki rowerowe biegnące po dawnych nasypach. Dariusz Stola w trakcie naszej debaty na kanwie numeru “Spraw Narodowościowych”, który poświęciliśmy terenom post-przesiedleniowym z różnych perspektyw, zauważył, że może nic tak nie pokazuje zmiany, jak te ścieżki właśnie: krajobraz projektowany dla ludzi, ba, dla całkiem licznej rzeszy ludzi, nagle się wyludnia na skutek przesiedleń, polityki ludnościowej i kryzysu demograficznego. I na Pomorzu Środkowym czuć to może jeszcze wyraźniej niż gdzie indziej.

I jeszcze jeden paradoks łączy Pomorze Środkowe w dziwnej, nieco duchowej przestrzeni: radio. W Polsce regionalne rozgłośnie radiowe mają swoje siedziby, a jakże, w miastach wojewódzkich. Jeden wyjątek: Koszalin. Radio Koszalin, siedemnasta stacja – mam wrażenie, że Pomorze sięga tak daleko, jak daleko da się jadąc samochodem słuchać tego radia. Zwykle sprawdzamy to jadąc z Koszalina na południe, aż jego częstotliwości nie przejmie poznańskie Radio Merkury albo bydgoskie PiK, Pomorze i Kujawy. Tamtego dnia przy rozmowie o Pomorzu udaje nam się dojechać z nim aż na rogatki Świnoujścia. Niczego nie sugeruję.

I jest wreszcie to Pomorze Wschodnie, gdzie znowu administracja kreśli ramy: bo jeśli województwo pomorskie, to przecież Gdańsk, więc jak ktoś mówi “Pomorze”, myśli pewnie właśnie o tym wycinku krzyżujących się granic, Kaszubach, dawnym korytarzu i polskim przedwojennym Pomorzu z punktem Wolnego Miasta i budującej się Gdyni na północy. Jeśli spojrzeć na mapę międzywojennej Polski, sprawa się jednak komplikuje: stolica województwa pomorskiego wcale nie była w polskiej Gdyni – nie tylko dlatego, że miasto, jak to się mówi, właśnie  wyłaniało się z morza, ale dlatego, że za części Pomorza uważano także ziemię chełmińską i michałowską. Stolica była więc – w Toruniu. To Pomorze sięga więc niekiedy aż po Kujawy – zdaniem międzywojennych Niemców: Pomerelia nie Pomerania, małe Pomorze, Pomorzątko. Dawne granice mają dzisiaj zaskakujące skutki. Zagadnięty o dziwne położenie miejskiego dworca – poza centrum, po drugiej stronie Wisły –  toruński taksówkarz ze śmiechem wyjaśnia mi, że to dlatego, że właściwe tory są po stronie pomorskiej, “a my”, mówi, “jesteśmy tutaj na Kujawach”. Pomorze przecina międzywojenną stolicę Pomorza na pół.

Pomorze to Pomorze. Chyba że nie. Administracyjne granice nie służą jako wyjaśnienie, są raczej wycinkiem w czasie, jak przypis skonstruowany tylko na chwilę. Paradoksalnie jeszcze bardziej pokazują zmienność tutejszych granic – nie zawsze zupełnie jasnych, z powidokami dawnych miejsc i czasów. Dlatego numer kierunkowy ostatnich telefonów stacjonarnych w Resku dalej wskazuje na jego połączenie z Gorzowem bardziej niż ze Szczecinem. Historia Pomorza jest wiecznie niedomknięta, w prześwicie między kolejnymi jej wersjami widać zarysy następnych form. Trochę jak w przesmyku między jeziorami Żerdno i Drawsko, przez który biegnie dziś droga 163, a kiedyś była kolejna granica, za którą kończyła się Polska.

Bo może każdy ma swoje Pomorze, które raz kuli się, a raz rozpycha na mapie, rozmyte w przestrzeni, wyraźne w wyobraźni, gdzie nazwy brzmią swojsko, aż nagle przestają.

Karolina Ćwiek-Rogalska


Chcesz zacytować ten post?

Ćwiek-Rogalska, K. (2025, listopad 18). A co, jeśli każdy ma swoje Pomorze? Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/a-co-jesli-kazdy-ma-swoje-pomorze/

Libereccy (nie)domownicy

[ENG, Polish version below] My home or not my home? Inspired by the exhibition ”Liberec versus Jablonec” at the Severočeské Muzeum [North Bohemian Museum] in Liberec – and especially by an old map covered with countless stickers – Magdalena Bubík reflects on what it means to be and feel “at home” in a place where almost the entire population has been replaced.


Co właściwie znaczy “czuć się jak w domu” i co sprawia, że  nazywamy dane miejsce “swoim domem”?

Podczas majowych badań w Libercu (niem. Reichenberg), natrafiłam na informację o wystawie w Severočeským Muzeum w Libercu. Już samo muzeum jest ciekawą przestrzenią: założone w drugiej połowie XIX wieku, to najstarsza w Czechach placówka  specjalizująca się w gromadzeniu eksponatów o charakterze artystyczno-przemysłowym. Po II wojnie światowej – wraz ze zmianami demograficznymi związanymi z wysiedleniem Niemców i napływem nowych mieszkańców – zmieniła się też kolekcja muzeum. Budowla autorstwa architektów Friedricha Ohmanna i Hansa Grisebacha gromadzi więc dzisiaj dzieła z zakresu regionaliów, archeologii i nauk przyrodniczych. Wystawa czasowa, która szczególnie zwróciła moją uwagę, właśnie dobiegała końca, dlatego uznałam, że nie mogę zwlekać. Zdecydowałam się odwiedzić ją już następnego dnia.

Fig. 1 Wystawa “Liberec versus Jablonec” w Muzeum Północnych Czech w Libercu (czes. Severočeské Muzeum v Liberci), fot. Magdalena Bubík, 2025

Zaraz po wejściu przywitał mnie ogromny napis, zwiastujący początek wystawy pt. “Liberec versus Jablonec” (Fig. 1). Te dwa miasta w północnych Czechach leżą na tyle blisko siebie, że łączy je nawet linia tramwajowa i  istnieje między nimi długa tradycja żartobliwej rywalizacji. Dla porządku dodam, że Liberec jest znacznie większy. Ekspozycja, autorstwa historyka i kuratora Lubora Laciny, miała na celu przedstawienie obu miast i porównanie ich, poprzez omówienie  m.in. takich kwestii jak patroni miast, ratusze, szpitale, publiczne łaźnie czy cmentarze. Pod koniec wystawy zwiedzający miał zdecydować, które miasto bardziej go przekonało, “głosując” na nie poprzez wrzucenie żetonu do odpowiedniego pojemnika. Sądząc po ilości żetoników w pojemniku, w tej bitwie większe sukcesy – stan na dzień mojej wizyty – odnosił Liberec.

Chciałam zobaczyć wystawę, ponieważ ciekawiło mnie, jakie wątki zostaną wybrane przez autorów. Nie ukrywam, że miałam spore nadzieje, że będzie tam poruszona kwestia religijna. Ze smutkiem, ale zgodnie z oczekiwaniami, stwierdziłam, że ewangelickie kościoły w obu miastach potraktowano bardzo po macoszemu, poświęcając każdemu zaledwie po kilka słów. Kontynuując oglądanie wystawy, dotarłam do ostatnich tablic, stojących w samym rogu pomieszczenia. Docierali tam tylko najbardziej wytrwali zwiedzający. Był to kącik poświęcony czasom, kiedy zastanawiano się nad całkowitą przebudową centrum obu miast, w których – jak zaznacza autor – nie zostałby przysłowiowy kamień na kamieniu. Takie “szalone wizje”, słowami autora, wysnuwali zwolennicy reżimów totalitarnych: najpierw hitlerowcy względem Liberca, a później komuniści wobec Jablonca nad Nisou (niem. Gablonz an der Nieße). Zaraz obok zaś stała niemiecka mapa obu miast, pokryta okrągłymi jasnymi naklejkami z logiem muzeum (Fig. 2).

Fig. 2 Mapa Gór Izerskich (czes. Jizerské hory) z wyszczególnieniem Liberca i Jablonca, autorstwa Josefa Matouschka, fot. Magdalena Bubík, 2025

Na ścianie wisiało zadanie dla zwiedzającego: jeśli pochodzisz z Liberca albo Jablonca, zaznacz naklejką swoje miejsce zamieszkania. Pod spodem znalazła się uwaga o tym, że jest to stara mapa, więc niektóre dzielnice mogą na niej jeszcze nie istnieć. Zaciekawiła mnie jednak druga notka, która mówiła o tym, że niemieckie nazwy dzielnic w dzisiejszym – czeskim – brzmieniu można znaleźć w przygotowanej wcześniej podpowiedzi. Przekierowałam wzrok na ową podpowiedź, gdzie wypisane były niemieckie nazwy dzielnic i ich czeskie tłumaczenia, jak na przykład Maffersdorf, czyli dzisiejsze Vratislavice nad Nisou, dalej Rosenthal I, czyli Růžodol I czy Starý Harcov w niemieckim brzmieniu Alt-Harzdorf. Patrzyłam na różnice w pisowni, w nazewnictwie i zastanawiałam się nad tymi zmianami. Ciągle jednak mój wzrok powracał do nagłówka: Jak nasze domy nazywały się wcześniej (oryginalnie po czesku: Jak se naše domovy jmenovaly dříve)? (Fig. 3)

Fig. 3 Fragment wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025

To zdanie utkwiło mi w głowie i nawet po wyjściu z wystawy nie mogłam przestać się nad nim zastanawiać. Jak to jest możliwe, że “nasze” domy mogą być dla nas na tyle nieznajome, że nie potrafimy odnaleźć ich na mapie? “Nasze” domy, czyli miejsca w których mieszkamy nie tylko my, ale mieszkali bardzo często też nasi rodzice czy dziadkowie. Jak to więc możliwe, że tak trudno nam je zlokalizować, że nie znamy ich nazw, skoro są “nasze”? I dlaczego użyto akurat tej dawnej, niemieckiej mapy, skoro stare, albo po prostu wcześniejsze nazwy, mogą stanowić problem dla zwiedzającego? Zastanawiałam się też, co sugeruje to słowo: “wcześniej”?

Wychodząc z muzeum, miałam więcej pytań niż odpowiedzi. Zdecydowałam się więc przysiąść na kawę w galerii naprzeciwko, dawnych neorenesansowych miejskich łaźniach cesarskich Franciszka Józefa (niem. Kaiser-Franz-Joseph-Bad) z początku XX wieku, aby zapisać swoje przemyślenia. Zastanawiałam się nad tym, jak to jest nie znać “swojego”, bo przecież samo “nasze” sugeruje, że jest to coś, z czym jesteśmy dobrze zaznajomieni, tym bardziej jeśli mówimy o domach. Czujemy, że są one cząstką nas samych. Dom to nie tylko miejsce, w którym śpimy czy spożywamy kolację, ale często jest to też nasze schronienie, z którym tworzymy szczególną więź – kształtowaną przez codzienne doświadczenia, wspomnienia i emocje.

Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, a dokładnie z Cieszyna. Już kilka razy pisałam o tym mieście też na naszym blogu (zainteresowanych odsyłam tutaj i tutaj). Moja mama prawie całe życie żyła w domu, w którym i ja mieszkałam aż do czasu studiów. Moja dzielnica, Kontešinec, przez mieszkańców nazywana po prostu Konteszyńcem, rozciąga się pomiędzy rzeką Olzą, granicą z Polską, a Sadami Masaryka. Leży na terenie dawnych koszar wojskowych, podczas drugiej wojny światowej zamienionych w niemiecki obóz jeniecki, w pobliżu  zaś stoi neogotycki kościół Najświętszego Serca Jezusowego z końca XIX wieku. W dzieciństwie ta dzielnica była dla mnie wszystkim – znałam każdy jej zakątek, każdego sąsiada, a nawet dźwięk szczekania jego psa, kiedy ktoś przechodził koło jego ogrodu. Pamiętam bunt mieszkańców dzielnicy, kiedy władze miasta zdecydowały się wyciąć drzewo, które rosło tam latami, dzięki czemu zaczęło pełnić dodatkową rolę: słupa ogłoszeniowego, informującego o ważnych wydarzeniach, w tym też śmierci kogoś z sąsiadów. Znałam dzielnicę na wskroś, a więc kiedy byłam starsza, z chęcią wczytywałam się w stojące nad brzegiem rzeki tabliczki mówiące o jej historii. Wszystko tam wydawało i dalej wydaje mi się moje, ponieważ nasz dom zbudowali dziadkowie kilka lat po ślubie i od razu zamieszkali tam z moją dwuletnią mamą. Wcześniej też nie mieszkali daleko, ponieważ obie strony mojej rodziny pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego i tam mieszkają. Niekiedy żartuję, że jesteśmy w tym regionie “od zawsze”. To jeden z powodów, dla których cały ten region postrzegam jako swój, mój, nasz. Dlatego tak bardzo trudno było mi zrozumieć, jak można nie znać swojego domu, dzielnicy, miasta?

O tym, dlaczego zmieniono nazwy dzielnic z niemieckich na czeskie, sama wystawa mówiła bardzo mało. Autor niemalże pominął informację o tym, że po drugiej wojnie światowej w obu miastach dosłownie wymieniono mieszkańców – ludność niemiecka została wysiedlona, a na jej miejsce przyszli ludzie z różnych stron Czechosłowacji i nie tylko. Dlatego też niemieckie nazwy przestały być używane i weszły w obieg ich czeskie odpowiedniki. Zawartego w nagłówku słowa dříve, po polsku “dawniej”, autor nie wytłumaczył w ogóle, a więc zwiedzający niezaznajomieni z miejscową historią mogli się tylko zastanawiać, dlaczego doszło do takich zmian. A tak naprawdę to dříve oznacza przecież właśnie okres, kiedy na tych terenach żyli przede wszystkim Niemcy.

No i ta dawna, niemiecka mapa – po co ona w ogóle komu? To kartograficzne dzieło autorstwa Josefa Matouschka (1867–1945) zostało wydane w 1927 roku przez Niemieckie Stowarzyszenie Górskie Gór Jesztedzkich i Izerskich (czes. Německý horský spolek pro Ještědské a Jizerské hory, niem. Deutscher Gebirgsverein für Jeschken- und Isergebirge). Matouschek, będący aktywnym członkiem tego stowarzyszenia, angażował się również w budowę górskiego hotelu na szczycie Ještědu, który spłonął w latach 60. XX wieku. Na jego miejscu wybudowano nowy obiekt – nowoczesną konstrukcję łączącą funkcje hotelu i nadajnika telewizyjnego – dziś uznawaną za jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Liberca. Ale dlaczego autor użył jego mapy, skoro założył, że i tak prawie nikt nie zna starych niemieckich nazw i mogą one stanowić problem dla zwiedzających – tak odczytuję to, że zamieścił również tablicę pokazującą, jaka niemiecka nazwa zmieniła się w którą czeską. W dodatku część dzielnic w ogóle nie jest na niej zaznaczona, bo jeszcze nie istnieją. Potencjalnie: same problemy dla zwiedzających. Dlaczego więc autor nie zdecydował się dać nowszej, czeskiej mapy, gdzie każdy mógłby znaleźć swój dom? Co autor chciał przez to pokazać? A może chciał wpleść w wystawę jakiś ciekawy, lekko “egzotyczny” wątek: mapa w obcym języku. Taka sytuacja miałaby sens na przykład w przypadku łaciny.

Jednak niemiecki na tych terenach ma inne znaczenie – ma swoją historię, jest nośnikiem wspomnień, nowych początków dla mieszkańców, którzy przybyli tutaj po wojnie, ale często też przypomina o zadawanych sobie nawzajem ranach, krzywdach i nienawiści. Nie bez powodu ta mapa stoi koło planów Adolfa Hitlera o zniszczeniu miasta, ponieważ bardzo często to właśnie z nim są kojarzeni wszyscy Niemcy – przenosi się na nich winę zbiorową, stereotypizuje jako zbrodniarzy, wyznających tę samą ideologię, nie dostrzegając różnicy poglądów. Bez znaczenia pozostaje to, że sudeccy Niemcy byli Niemcami czeskimi. To tutaj żyli przez wieki, to tutaj mieli swoje domy, które im potem odebrano i dano innym – nowym właścicielom. Autor prawie nie porusza ich tematu w tej wystawie, a jednak większość wystawionych eksponatów jest w języku niemieckim. A więc czy autor chciał tym gestem pokazać, że również Niemcy kiedyś czuli się i byli tutaj w domu? Wcześniej niż niektórzy z tych, którzy mogli na mapie szukać “swoich” domów?

Moje własne silne przywiązanie do domu na Śląsku Cieszyńskim przypisuję po części temu, że moi przodkowie żyli tam przez wieki, ale czy to oznacza, że jedynie wielowiekowe przywiązanie do danego skrawka ziemi pozwala nazywać go swoim domem? A co z osobami, które przeprowadziły się albo żyją właśnie w badanym przeze mnie Libercu, czyli mieście post-przesiedleniowym – mieście, w którym jedni mieszkańcy zostali wymienieni na drugich. Mieszkają tam całe swoje życie, tak samo jak ich rodzice czy dziadkowie – czy oni nie mają prawa nazywać domu, w którym się urodzili bądź żyją, swoim? Jest to może – przynajmniej w moim odczuciu – trochę inny dom, niż w Cieszynie, ale każdy dom posiada swoją specyfikę. Ten w mieście post-przesiedleniowym, oprócz specyfiki danego regionu, może odznaczać się całą gamą innych czynników. Niemcy opuścili swoje domy, a na ich miejsce przyszli inni domownicy, jednak nie zamieszkali tych domów, po prostu kontynuując życie wcześniejszych domowników – przynieśli też coś od siebie, z terenów, z których przybyli, łącząc to z tym, co zastali. Razem z rzeczami, śladami swojej i obcej przeszłości, tworzyli swoje własne domy. Ale i z Cieszyna wysiedlono jego niemieckich mieszkańców. Proste podziały nie oddają złożoności historii “naszych domów”.

Teraz zatem, w tych domach, w których kiedyś mieszkali Niemcy, żyją inni. Tacy, którzy znają historię swojego miasta lub też nie mają o niej pojęcia. Tak więc odczytuję intencję autora: chęć pomocy w tym, by odnaleźli swoje domy na niemieckiej mapie. Takie odczucia i takie trudności mogą mieć ludzie żyjący na terenach, gdzie doszło do wymiany takiej ogromnej liczby ludności. To jest też powód, dlaczego tak bardzo chcę dalej poznawać te tereny. Wiele pytań rodzi we mnie fakt, że tyle osób z Liberca i Jablonca przykleiło naklejkę na miejscu swoich domów – mimo że ich doświadczenie jest odmienne od mojego, a nowe więzi z miejscem wytwarzane są na Liberecku dopiero od osiemdziesięciu lat. Sięgają jednak i do historii przed 1945 rokiem, o czym może świadczyć ta dawna, niemiecka mapa. Chcę rozmawiać z tymi ludźmi, aby zrozumieć, w jaki sposób oni patrzą na swoje domy, w których jeszcze nie tak dawno, zaledwie 80 lat temu, żyli inni domownicy. Chcę zrozumieć, czy chcą poznawać swoje domy, dzielnice, otoczenie i co zmieniło się w tych domach od przejęcia ich przez nowych domowników. I wreszcie: chcę zrozumieć, co składa się na to, że oni postrzegają swoje domy jako swoje, o czym świadczy ta ilość naklejek na mapie oznaczająca “nasze” domy. To także pytania ważne dla mnie samej, pomagającej i mnie zrozumieć lepiej “mój” dom.

Fig. 4 Mapa z zaznaczonymi “naszymi” domami w Libercu, fot. Magdalena Bubík, 2025

Magdalena Bubík


Chcesz zacytować ten post?

Bubík, M. (2025, październik 27). Libereccy (nie)domownicy. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/libereccy-niedomownicy/

Michal Korhel na medzinárodnej konferencii v Kutnej Hore

V uplynulých dňoch mal Michal Korhel potešenie zúčastniť sa medzinárodnej konferencie „Das ‘Erbe’ – Praktiken und Akteure in grenzüberschreitender Perspektive“, ktorú organizovali Česko-nemecká a Slovensko-nemecká komisia historikov. Podujatie sa konalo 8.–11. októbra v historickom meste Kutná Hora v Česku.
Vo svojom príspevku „Die Geister von Hauerland: Deutsches Erbe der Region Oberes Neutra seit 1945“ Michal predstavil poznatky zo svojho prebiehajúceho výskumu regiónu Hornej Nitry na strednom Slovensku — kedysi prevažne nemecky hovoriacej oblasti, ktorá bola po roku 1945 zásadne poznačená spoločenskými a demografickými premenami. Na základe etnografického terénneho výskumu, orálnej histórie a archívnych prameňov skúmal, ako stopy nemeckého dedičstva pretrvávajú v nejednoznačných, neraz až „prízračných“ formách, čo rezonuje s filozofickým konceptom hauntológie.
Príspevok vyvolal diskusiu o interpretačnom potenciáli hauntológie v historickom výskume, o úlohe lokálnych aktérov pri formovaní kultúr pamäti a o zložitých otázkach viny a zmierenia vo vzťahoch medzi nemeckým obyvateľstvom a povojnovými osídlencami. Michal zároveň získal cenné podnety a odporúčania pre ďalší výskum — vrátane odporúčania na miesto, o ktorom sa povráva, že ho vraj doslova „strašia“ nemeckí duchovia.
Michal ďakuje organizátorom a všetkým účastníkom za obohacujúcu diskusiu, podnetné otázky a inšpiratívne rozhovory počas týchto produktívnych dní v Kutnej Hore.

Dycky Most do budoucnosti

[ENG, Czech version below] Karina Hoření recounts her visit to the archive in Most,a city in northern Czechia, through the lens of critical archival studies. She traveled to this city, which has a complex history of displacement—following the expulsion of German-speaking inhabitants, the historic town was destroyed in the 1970s for coal mining—to search for archival materials related to the German history of North Bohemian industry. 

During her research, she examined identification cards of women from the Soviet Union who had been forced labourers in a carpet factory in Maffersdorf/Vratislavice nad Nisou. As she handled these cards, the photographs of two women detached, making it impossible to connect the faces to their names. This incident prompted Karina to reflect on how archives are often viewed as repositories of impersonal, factual knowledge, while in reality, they are shaped by specific individuals and events. When describing the visit, he also notes the places, people, and atmosphere at this institution, as well as how they contribute to and shape knowledge production in the archives.


V našich textech často píšeme o archivech (aspoň já to tak dělám), které navštěvujeme v rámci svého výzkumu. Píšu nejen o tom, co jsem tam našla, ale i jaká zkušenost to je a jací lidé je obývají. Jsou to totiž fascinující místa, mimo naší každodenní zkušenost, se svými specifickými pravidly, záhadnými pro ty, kteří je nenavštěvují denně – spousta starých formulářů, nekde musíte mít rukavice, jinde ne, někde můžete dostat pět krabic dokumentů denně, jinde jen tři. Jsou to veřejné instituce na okraji veřejného zájmu, často jsou to zvláštní časové kapsy z jiných dob, kde se mohou ukrýt lidé, kteří, upřímně, mívají raději papíry než jiné lidi. Návštěva archivu je vždy dobrodružství. Nikdy nevíte, na co v krabicích, které vám ten den neochotně vydají, najdete. Podivná zakoutí, starobylé šatny a zvyky každého archiváře a archivářky jsou součástí tohoto dobrodružství a někdy, když si omylem objednáte špatné krabice (prý jsou i takové historičky), je to to nejdůležitější, co v archivu ten den objevíte.

Archivy se snaží tvářit, že jsou jen technicistní úložiště dokumentů, které neovlivňují lidské vášně nebo ideologie. Náš oblíbený francouzský filozof Jacques Derrida v eseji Archive Fever  “Archivní horečka” ukazuje, v čem jsou vždy formovány jak ideologií, tak představami zaměstnanců o tom, co je důležité [1]. Archivní obrat, který Derrida podnítil, je snaha popsat archivy nikoliv jako úložiště abstraktního vědění, ale jako místa, kde se vědění vytváří i proměňuje – nejen skrze praktiky ukládání, třídění a skartace, ale také skrze to, kde jsou archivy umístěné, kdo v nich pracuje a kam vás usadí [2]. Následující příspěvěk je popis toho, jak jako stoupenkyně archivního obratu intepretuji svoji výpravu do archivu v Mostě.

 I když se snažím bojovat proti stereotypnímu zobrazení pohraničí, jak ho reprodukoval třeba seriál “Dycky Most!” České televize z roku 2019, stejně mne pokaždé zarazí, jakou specifickou atmosféru tohle severočeské město vyzařuje. Možná je to i estetická odlišnost, původní Most byl z velké části zničen kvůli povrchové těžbě uhlí a současné město bylo postavené v sedmdesátých letech v modernistickém stylu. Tuto proměnu, její předpoklady a důsledky popisuje historik Matěj Spurný ve své knize “Most do budoucnosti” [3]. Protože mu chybí historické jádro, které mají ostatní středoevropská města a vždycky se tu těžko orientuji a to že je zrovna hustá mlha mi moc nepomohlo. 

Tentokrát jsem se vypravila daleko od svého Liberecka a jeho místního archivu, kde už znám zvláštnosti všech zaměstnanců. Až v Mostě jsou totiž uložené dokumenty k historii továrny Ginzkey Decken und Teppichfabrik Maffersdorf – Ginzkeyho továrny na deky a koberce, Vratislavice nad Nisou. Archiválie k severočeským průmyslovým podnikům jsou totiž  často uloženy v archivu Most-Velebudice. Ten je pouze pobočkou místního okresního archivu, nemá ani pravidelné otevírací doby, musela jsem se domluvit. Průmyslové dědictví, které hledám, se pohybuje na hranici mezi něčím speciálním a zapomenutým. Ukazuje to i umístění archivu, který není v části města naprojektované k bydlení a pohybu, ale v průmyslovém zázemí, blíže k díře uhledného dolu, kousek od tramvajového depa, na křižovatce ulic Dělnické a Stavebníků. K archivu ani nevede chodník. 

Budova archivu Most-Velebudice. Fot. Karina Hoření

Sídlo archivu je bývalá budova Mosteckých severočeských dolů. Na tuto průmyslovou minulost, nebo spíš postindustriální zašlou slávu, odkazují fotky rypadel a dalších strojů, které změnily původní Český ráj v měsíční krajinu [4], a které jsou všude na chodbách archivu. 

Postindustriální nálada v archivu Most-Velebudice. Fot. Karina Hoření

Po chodbách jsou ale rozmístěné také různé koutky, které působí přívětivě a mají vytvářet domáckou atmosféru. Na jednom mezipatře jsou ratanová křesílka a stoleček s výhledem na hromadu zaprášených krabic s archiváliemi.

Koutek zvoucí k posezení. Fot. Karina Hoření

I když je budova vymrzlá, uvítání je vřelé. Pan archivář mi radí: “Sedněte si radši k tomu topení”. Ve studovně je nábytková stěna jako v obývacích pokojích normalizačního paneláku, plná porcelánového nádobí, i když není jasné kdo a jakou kávu by tu měl pít. Retro atmosféru doplňuje za sklem fotografie Karla Gotta, která už mne ani nepřekvapuje.

Karel Gott v archivu. Fot. Karina Hoření

Úplně fascinovaná jen fotím další a další zátiší. Taky proto, že s dokumenty jsem štěstí tentokrát neměla. Co zbylo z historie ve své době největší továrny na koberce v Rakousku-Uhersku a později v Československu, je hlavně technická dokumentace a vzorníky. 

Vzor koberce vyráběného ve Vratislavicích, SOkA Most, Ignaz Ginzkey – výroba koberců ve Vratislavicích 1814- 1965, karton 9.

To se prostě někdy stává. Továrna prošla po válce znárodněním a v devadesátých letech po neuspěšné privatizaci postupně zanikla: scénář, který se v průmyslovém kraji severních Čech opakoval mnohokrát. Většina dokumentů byla v těchto turbulentních obdobích ztracena. Že jsem toho moc nenašla nemusí být vždy jen výsledek “velkých dějin” – ale i malých rozhodnutí. Představy o tom, co je důležité zachovat, můžou být úplně jiné pro ty, kteří dokumenty vytvářejí, kteří je uchovávají a kteří je hledají.

Protože mám čas, nechám si ještě přinést náhodně pár krabic, protože archivy fungují i opačně. Někdy něco hledáte a nenajde, jindy zase nehledáte a přesto najdete něco, o čem ani nevíte, že  chcete – jako registrační karty lidí nuceně nasazených ve vratislavické fabrice za druhé světové války.

Mužů bylo méně, pocházeli hlavně z Francie a Itálie. Žen, které pracovaly v přádelnách bylo kolem stovky – skoro všechny ze Sovětského svazu, z dnešní Ukrajiny a západního Ruska. Jen málokdy pracuji s fotografiemi lidí, jejichž osudy se zabývám. Většinou jsou skryti za nějakou ůřední korespondencí nebo konfiskačním seznamem. Trávím proto hodně času detailním studiem jejich tváří. Většina žen, které byly nuceně nasazené ve Vratislavicích byly velmi mladé a pocházely z vesnic. Na fotografiích jsou opálené od práce na poli, často mají copy, vyšívané košile a korále. 

Fotky některých byly z registračních karet vystřižené a nalepené na jekési tablo, které už po válce a v češtině připomínalo nucené nasazení. Když vezmu tablo s fotkami žen, dvě podobenky, přilepené lepidlem před desetiletími, se uvolní z papíru a spadnou pod stůl. I když jsem obě fotky hned sebrala, ztratila jsem přehled, která patřila na které místo – která tvář patřila A. Buszydyganzukové a která Mag. Ivanišové. Obě pocházely ze sovětské Ukrajiny a když dorazily do Vratislavic bylo jim kolem dvaceti. Porovnávám skrvny od lepidla, drobné zakřivení ustřižených fotek, nakonec zapojuji i představovist – nějak si myslím, že A. je Anna a k té se hodí víc copy, zatímco Magdalena by spíš mohla mít drdol. Pravda je ale ta, že vůbec nevím a asi už nikdo, která tvář patří ke které fotografii. Cítím se hrozně- částečně protože jsem porušila nějakou archiválii, i když mi byla jen propůjčena ke studiu, ale taky protože jsem zničila historický důkaz o životě lidí, kteří jsou jinak zapomenutí. 

Když jsem našla registrační karty nuceně nasazených, měla jsem pocit, že konečně zalidňuji historii vratislavické továrny, že znám jména a tváře, o kterých můžu psát a navrátit je tak do historie, ze které je nejspíš vymazaly války a stalinismus. To je ale právě ta iluze archivu, že zachovává a umožnuje popsat věci jak jsou. Co a jak se uchovává v archivu formují i okamžiky, jako když jsem zvedla jediný dokument ve studené studovně na podzim 2024. Možná se stalo něco podobného, když tablo někdo lepil v padesátých letech a fotky se mohly rozletět podobně i někdy v devadesátých letech, kdy doputovaly do archivu. Archiv je otiskem mnoha lidí, kteří ho tvoří, a tenhle nakonec i mne, která jsem ho měla pouze nezůčastněně studovat.

Tablo k připomínce totálního nasazení ve vratislavické továrně, Fot. Karina Hoření

Trochu už se bojím brát do ruky jakýkoliv další papír a taky už mi opravdu mrznou nohy. Všechno jsem vrátila do krabic, jak nejlépe umím, rozloučila jsem se s archivářem, který má podobně studenou kancelář obestavěnou krabicemi a odcházím. Využívám ještě toho, že je třeba zase slézt několik pater a prozkoumávám další zákoutí, která se mi odhalila. V mezipatrech, na stolech, u východu – všude jsou naskládané krabice s dokumenty, podobné jako jsem dnes dostala po vyplnění několika formulářů a ukázání občanky. Většina z nich je ze zkrachovalých průmyslových podniků severních Čech. Z umístění krabic není jasné, jestli už byl vynesen ortel a jsou to “archiválie”, které je nutné zachovat, očíslovat a zanechat pro příští generace, aby hovořily o historii, nebo jsou to jen papíry, které byly vyhodnoceny jako nedůležité a budou někam vyhozené, aby je někdo za dekádu neúspěšně hledal. 

Až když jsem vyšla ven, uvědomila jsem si, jak fyzicky blízko mají papíry na chodbách ke svému zničení. Podnik hned naproti archovu jsou sběrné suroviny. Do jeho dvora, kde taky nabízí skartaci, je vidět přímo ze studovny. Komplex těchto dvou institucí tak ztělesňuje dokonalý koloběh věcí, je to barokní memento mori, nekonečný hinduistický koloběh zániku a vzniku.

Sběrné suroviny jsou hned naproti archivu, Fot. Karina Hoření

Karina Hoření


[1] Derrida, J. (1996). Archive fever: A Freudian impression. University of Chicago Press.

[2] Callahan, S. (2024). When the Dust Has Settled: What Was the Archival Turn, and Is It Still Turning?. Art Journal 83.1: 74-88.

[3] Spurný, M. (2016). Most do budoucnosti: Laboratoř socialistické modernity na severu Čech. Charles University in Prague, Karolinum Press.

[4] Mojsl, A. (2021). Turistika v Českém ráji v období před první světovou válkou (se zaměřením na město Turnov a jeho okolí). Diplomová práce, vedoucí Stehlík, Michal. Praha: Univerzita Karlova, Filozofická fakulta, Ústav českých dějin.


Chcete citovat tento text?

Hoření, K. (2025, září 30). Dycky Most do budoucnosti. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/pl/dycky-most-do-budoucnosti-3/

Putovanie s duchmi. Študentský pochod Postoloprty – Žatec

[ENG, Slovak version below] In May, our researcher, Michal Korhel, took part in a student march from Postoloprty to Žatec in northwestern Czechia, commemorating the tragic events of late May and early June 1945, when hundreds to thousands of German-speaking civilians – including women and children – were murdered in Postoloprty. Participants in the march symbolically carried the names of the victims, which were supposed to forge a personal connection with the past and bring faces and stories to otherwise anonymous numbers of victims. The route passed through sites associated with the massacre and was marked by powerful emotional moments, such as an encounter with a local inhabitant whose father was murdered there and stops at memorials created by activists. While some local communities remain silent, memory initiatives – often driven by outsiders – help sustain awareness of this dark chapter in history. The walk serves not only as an act of remembrance, but also as a call to historical responsibility: an effort to confront the “white spots” of memory and to amplify the voices of those long silenced. In the following text, Michal shares his impressions of the march and his conversations with its participants. At the same time, he seeks to place these new experiences within the context of the local culture of memory.


Postoloprty sú neveľké mesto na severozápade Čiech, ktoré sa na prvý pohľad nijako neodlišuje od iných podobných miest. Pôsobí skôr ospalo až trochu nudne. Bežný návštevník by si pravdepodobne ani neuvedomil, že ide o miesto, kde začiatkom júna 1945 došlo k najväčšiemu masakru civilného nemecky hovoriaceho obyvateľstva na území Československa. Po skončení druhej svetovej vojny boli do miestnych kasární a internačného tábora sústredení nemeckí obyvatelia mesta, ako aj Nemci z neďalekého Žatca a okolitých obcí. Medzi nimi sa nachádzali aj českí členovia národnostne zmiešaných rodín či nemecky hovoriaci Židia. Veľká časť z nich – vrátane žien a detí – bola popravená príslušníkmi československej armády a pochovaná v masových hroboch v rôznych častiach mesta. Počas vyšetrovania v roku 1947 boli niektoré z týchto hrobov odkryté a exhumovaných bolo celkovo 763 tiel. Keďže všetky hroby neboli odkryté, skutočný počet obetí postoloprtského masakru je určite vyšší – podľa niektorých odhadov môže dosahovať až niekoľko tisíc.[1]

Výsledky vyšetrovania masakru v Postoloprtoch boli posudzované v zmysle zákona č. 115/1946 Zb. „o právnosti jednání souvisících s bojem o znovunabytí svobody Čechů a Slováků“ a všetci zodpovední ostali na slobode.[2] To sa nezmenilo ani po nástupe Komunistickej strany Československa k moci v roku 1948, a téma postoloprtského masakru bola bagatelizovaná ako spravodlivá odplata za nemecké zločiny počas okupácie českých krajín a postupne vytlačená z verejného priestoru. Nežná revolúcia v roku 1989 síce umožnila prístup k archívnym materiálom a ich vedeckú analýzu, no trvalo ďalších dvadsať rokov, kým padlo rozhodnutie zriadiť obetiam masakru pamätné miesto na postoloprtskom cintoríne.[3] Jeho vznik inicioval predseda Nadačného spolku Saaz/Žatec Otokar Löbl. Počas diskusií o vzniku pamätnej tabule z nej zmizlo slovo „masaker“, ako aj zmienka o nemeckej národnosti väčšiny obetí. Nakoniec je venovaná „všem nevinným obětem postoloprtských událostí května a června 1945“. Týmto krokom mala byť z pohľadu mesta Postoloprty celá problematika spomienky na povojnový masaker symbolicky uzatvorená.[4]

Pomník „obetiam postolprtských udalostí mája a júna 1945“ na cintoríne v Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

Už počas vzniku tohto pamätného miesta sa však ukázala existencia viacerých pamäťových spoločenstiev v súvislosti s povojnovou históriou mesta. Tieto spoločenstvá sa nachádzali priamo v Postoloprtoch, ale aj v rámci celého Česka a v Nemecku. Svojimi dopismi vznik pamätnej tabule na cintoríne pripomínali, vítali alebo odsudzovali.[5] V dvoch prípadoch dokonca vznikli nové pamätné miesta, ktoré v Postoloprtoch stoja dodnes. V tom istom roku ako vzniklo pamätné miesto na cintoríne postavili občianskí aktivisti Petr Zemánek a Zdeněk Černý v Levonickej bažantnici pri Postoloprtoch – na mieste jedného z masových hrobov – kríž s pamätnou doskou. Obaja nepochádzajú z Postoloprt, ale v 80. rokoch minulého storočia tam absolvovali povinnú vojenskú službu. Až neskôr sa dozvedeli, čo sa tam po vojne odohralo. Pamätné miesto zriadili v rámci vlastného procesu vyrovnávania sa s masakrom a zároveň ako prejav nesúhlasu s pamätnou tabuľou na cintoríne, s ktorou – najmä pokiaľ ide o miesto a text – neboli spokojní. Na vlastnej pamätnej tabuli označili povojnový masaker za „‘democidu‘ místního německého obyvatelstva“.[6]

Pomník „zbytočným obetiam 1945“ v Levonickej bažantnici pri Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

Ďalší pomník, v reakcii na pamätné miesto na cintoríne, vznikol v centrálnej časti mesta z iniciatívy Klubu českého pohraničia, ktorý je ideologicky blízky Komunistickej strane Čiech a Moravy, nástupkyni Komunistickej strany Československa. Ten postoloprtský masaker popiera a pomníkom venovaným „uctění obětí mnichovské zrady, vyhnání více než 250 tisíc Čechů z jejich domovů v českém pohraničí,“ zdôrazňuje obraz Nemcov ako páchateľov.[7]

Pomník „už nikdy viac Mníchov“ v Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

V Postoloprtoch dnes panuje zdanlivo pokojná atmosféra. Vyššie uvedené miesta pamäti však poukazujú na to, že sa tam niečo stalo – niečo, čo miestna spoločnosť nechce úplne priznať. Svedčí o tom predovšetkým nápis na pomníku na postoloprtskom cintoríne, ktorý všeobecne hovorí o „udalostiach mája a júna 1945“ a nekonkretizuje o čo presne išlo. Niektorí miestni o tom nechcú hovoriť, iní sa za to hanbia.[8]

Avery Gordon vo svojej práci Ghostly Matters používa pre spoločensky potlačené alebo neviditeľné prítomnosti, ktoré napriek tomu naďalej ovplyvňujú súčasnosť – ako napríklad postoloprtský masaker – metaforu ducha a strašenia (haunting). Minulosť sa prostredníctvom ducha dostáva do prítomnosti a žiada byť uznaná.[9] Sú to práve spomínané miesta pamäti, ktoré sú priestorom, kde duchovia žiadajú vypočutie, kde nám hovoria: „Niečo tu nie je v poriadku.“ Táto „duchovná“ prítomnosť neumožňuje tiché zabudnutie či vytesnenie, ale vyzýva k reflexii a zmene. V kontexte Postoloprt teda „strašenie“ nie je len metaforou, ale skutočnou spoločenskou dynamikou, ktorá vedie k opätovnému vyvolávaniu minulej traumy do súčasného diskurzu a pamäti.

Od roku 2022 sa na trase medzi Postoloprtmi a Žatcom koná študentský pochod. Jeho štvrtý ročník sa uskutočnil 27. mája 2025. V nasledujúcom texte sa bližšie pozriem na to, akú úlohu zohráva táto forma pamäťového aktivizmu v rámci „strašenia“ v Postoloprtoch.

Príchod účastníkov pochodu na miesto, kde kedysi stáli kasárne v Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

Z postoloprtského námestia sa účastníci pochodu presunuli na miesto, kde kedysi stáli kasárne. Po vojne v nich bola zadržiavaná a usmrcovaná časť nemecky hovoriaceho obyvateľstva. Počas obdobia socializmu kasárne naďalej slúžili svojmu pôvodnému účelu a v rámci povinnej vojenskej služby sa v nich vystriedalo mnoho mužov. Ako je uvedené vyššie, jedným z nich bol aj Petr Zemánek, ktorý sa počas svojho pobytu v postoloprtských kasárňach údajne dostal do kontaktu s ľudskými pozostatkami zavraždených Nemcov. Ukázal mu ich iný vojak, ktorý ich našiel v teréne kasární. Táto skúsenosť ho primäla začať sa zaoberať témou postoloprtského masakru. Neskôr sa aktívne zapojil do pripomínania jeho obetí a začal organizovať putovanie z Postoloprt do Žatca.[10]

Budovy postoloprtských kasární neskôr prešli do súkromného vlastníctva. Objavovali sa rôzne návrhy na ich využitie – od múzea až po ubytovanie pre seniorov. Snaha Petra Zemánka a jeho kolegu Zdeňka Černého o osadenie pamätnej tabule, ktorá by pripomínala temnú minulosť tohto miesta, však bola vlastníčkou kasární zamietnutá.[11] Kasárne boli nakoniec v roku 2017 zbúrané. Na ich mieste mala vyrásť obytná štvrť, no dodnes tam ostáva len prázdna plocha, kam miestni chodia venčiť psov a kde sa deti hrávajú na pieskovisku.

Hneď na začiatku putovania sa tak odohrala scéna vyvolávajúca zmiešané pocity – na mieste bývalých kasární sa účastníci pochodu stretli s deťmi, ktoré sa hrali tam, kde sa pred 80 rokmi odohrali tragické udalosti.

Organizátor pochodu Petr Zemánek (vpravo) sa prihovára účastníkom pochodu, ktorí majú na sebe pripnuté kartičky s menami obetí postoloprtského masakru. Foto: Michal Korhel

Účastníci putovania mali už od začiatku svojich „nemeckých duchov“, ktorí ich symbolicky sprevádzali počas celého pochodu. Organizátor prišiel s nápadom pripraviť kartičky s menami obetí, ktoré si účastníci pripli na viditeľné miesto. Nielenže sa tak anonymné čísla premenili na konkrétnych ľudí, ale niektorí účastníci sa s obeťami povojnového násilia aj osobnejšie stotožnili. Svedčí o tom aj spôsob, akým si jednotlivé mená vyberali – niektorí podľa rovnakého veku či podobného mena, iní podľa povolania, ktoré im bolo blízke.[12] Týmto spôsobom vznikalo symbolické puto medzi prítomnosťou a minulosťou, ktoré viacerých účastníkov viedlo k zamysleniu nad osudmi svojich rovesníkov spred 80 rokov.

Keďže však účastníci okrem mena, veku, pohlavia a povolania nemali viac informácií o živote obetí v čase vojny, mohlo takýmto spôsobom zároveň dochádzať k ich idealizácii. Účastníci tak nekriticky preberali časť česko-nemeckej minulosti bez toho, aby bola daná do širšieho kontextu okupácie a druhej svetovej vojny. Aj obete masakru mohli totiž v období okupácie českých krajín nacistickým Nemeckom profitovať zo svojej nemeckej národnosti, udávať susedov alebo využívať židovský majetok. To, samozrejme, neznamená, že neboli obeťami, ale dochádza tu k zjednodušovaniu problematiky Nemcov ako výlučne páchateľov alebo výlučne obetí.[13]

Nosením kartičiek s menami obetí sa účastníci v kontexte „strašenia“ stali akýmisi médiami pri vyvolávaní nemeckých duchov. Prostredníctvom kartičiek sa strašenie materializovalo – neviditeľné sa stalo viditeľným.

Účastníci pochodu prechádzajú popri základnej škole v Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

Pochod pokračoval popri neďalekej škole, ktorá na tom istom mieste, neďaleko kasární, stála už v roku 1945. Práve v jej tesnej blízkosti sa nachádzalo popravisko, ako aj jeden z masových hrobov obetí, ktorý vyšetrovacia komisia odkryla o dva roky neskôr.[14]

Podobne ako iné školy v regióne, aj postoloprtská škola dostala pozvánku zúčastniť sa putovania do Žatca.[15] Nikto z nej však nakoniec neprišiel. Na druhej strane sa po prvý raz zapojili žiaci z gymnázia a základnej školy v Žatci. V rozhovoroch s učiteľmi a učiteľkami, ktorí sa pochodu zúčastnili aj so svojimi žiakmi, bolo zrejmé, že téma násilia voči nemecky hovoriacemu obyvateľstvu po skončení druhej svetovej vojny nie je priamo súčasťou učebných plánov, no keďže ide o súčasť regionálnych dejín, vyučujúci ju môžu zaradiť do výučby. Väčšina žiakov a žiačok, ktorí sa pochodu zúčastnili, už mala o udalostiach spred 80 rokov určité vedomosti. Z pohľadu učiteľov a učiteliek je počas vyučovania pre nich ťažké zistiť, čo si žiaci z hodín skutočne odnesú. V prípade tých, ktorí sa zúčastnili putovania, však jeden z učiteľov skonštatoval: „Ten pochod je emoce… vy zapomenete letopočty, ale emoce zůstane.“[16]

Stretnutie s Waltrom Urbanom, ktorého otca zastrelili v Postoloprtoch. Foto: Michal Korhel

Emócie u účastníkov putovania vyvolávali predovšetkým situácie, pri ktorých sa „strašenie“ zviditeľňovalo. To sa stávalo na miestach, kde boli v roku 1945 obete masakru väznené, popravené alebo pochované. Ako sami usúdili, pre viacerých účastníkov bolo zároveň silným emotívnym momentom stretnutie s mužom, ktorého otca v Postoloprtoch popravili.[17] Pochod prechádzal popri jeho záhrade a – tak ako každý rok – aj tentoraz sa s účastníkmi privítal a podelil sa s nimi o niektoré zo svojich spomienok. Keď prišiel o otca, mal len dva a pol roka a nerozumel tomu, čo sa stalo. Ako dieťa zo zmiešanej česko-nemeckej rodiny v Postoloprtoch zostal, hoci – ako sám priznáva – nemal to jednoduché.[18] Pre účastníkov pochodu sa stal akýmsi sprostredkovateľom medzi ich svetom a svetom minulosti, medzi prítomnosťou a duchmi tých, ktorí tam zahynuli. Keďže jeho rodina bola priamo zasiahnutá tragickými udalosťami, patrí dnes už medzi posledných, ktorí o nich môžu rozprávať z vlastnej skúsenosti.

Krátka prestávka pri kríži v Levonickej bažantnici za Postoloprtami. Foto: Michal Korhel

Pocity úzkosti u niektorých účastníkov vyvolávalo miesto v Levonickej bažantnici, nachádzajúce sa hneď za Postoloprtmi. Práve tam sa nachádza čiastočne neodkrytý masový hrob.[19] Tu postavili Petr Zemánek a Zdeněk Černý v roku aj spomínané pamätné miesto – kríž s pamätnou doskou. Pomník sa nachádza na mieste, ktoré svojou polohou – neďaleko vedľajšej cesty a zároveň v lesnom poraste – pôsobí svojsky až strašidelne. Túto atmosféru dotvára predovšetkým fakt, že v okolí sú pochované obete masakru. Jeden z účastníkov dokonca priamo poznamenal, že by na tom mieste nechcel byť sám.[20]

Rozhovory na ceste medzi Postoloprtmi a Žatcom. Foto: Michal Korhel

Počas pochodu bolo viacero úsekov, keď sa kráčalo celé kilometre bez plánovaného zastavenia. Bol to ideálny čas na rozhovory a reflexiu o minulosti a jej presahoch do prítomnosti. Mnohí účastníci premýšľali nad tým, ako to na týchto miestach vyzeralo pred 80 rokmi, a snažili sa predstaviť si, čím si museli prejsť Nemci, ktorých vtedy viedli do Postoloprt. V tomto kontexte často zaznievala potreba uvedomiť si a vážiť si, v akých podmienkach žijeme dnes.[21]

Pre mňa ako výskumníka to zároveň predstavovalo priestor, kde som sa mohol účastníkov pýtať na ich motiváciu zúčastniť sa pochodu, na ich dojmy, význam mien, ktoré nosili na kartičkách, či na ich vnímanie súčasnej pamäti týkajúcej sa povojnového násilia. Pod podmienkou anonymity som nahrával rozhovory so žiakmi, ich učiteľmi, ako aj s ďalšími účastníkmi putovania.[22] Zároveň som im mohol odpovedať na otázky týkajúce sa môjho výskumu a práce historika.

Prestávka na zámku Stekník. Foto: Michal Korhel

Približne v polovici putovania sme sa zastavili na zámku Stekník. Účastníci pochodu sa tu mohli občerstviť a načerpať sily na zvyšok cesty. Práve na tomto mieste svoju púť ukončila drevená socha, vytvorená umeleckým rezbárom Štěpánom Pěnkom, ktorú počas cesty do Stekníka niesli striedavo viacerí „pútnici“. Socha bola vytvorená ako symbol bezmenného hrdinu – presnejšie hrdinky. Inšpiráciou na jej vznik bol príbeh o malom chlapcovi, ktorý sa ráno po popravách objavil nahý na námestí v Žatci. Údajne vykrikoval, že sa v Postoloprtoch deje niečo strašné, a vzápätí ho priamo na mieste zastrelili.[23]

Drevená socha „bezmennej hrdinky“ v kaplnke zámku Stekník. Foto: Michal Korhel

Ženská podoba sochy nie je náhodná – má symbolizovať aj utrpenie žien, ktoré boli počas pobytu v Postoloprtoch vystavené sexuálnemu násiliu. Pôvodne mala byť socha umiestnená v kostole Nanebovzatia Panny Márie v Postoloprtoch. Proces jej prijatia bol však natoľko komplikovaný – sprevádzaný rôznymi podmienkami a neistým výsledkom – že bola napokon oslovená kastelánka zámku Stekník. Tá súhlasila s umiestnením sochy v zámockej kaplnke. Socha sa tak podľa nej a organizátora pochodu stala aj symbolickým pomníkom pre nemecky hovoriacich obyvateľov obce Stekník, ktorí boli zavraždení v Postoloprtoch.[24]

Putovanie cez chmeľové polia v okolí Žatca. Foto: Michal Korhel

Časť pochodu viedla aj cez chmeľové polia, ktoré sú typické pre Žatec a jeho okolie. Krajina žateckého chmeľu je dokonca od roku 2023 zapísaná do Zoznamu svetového dedičstva UNESCO. Podľa Zemánka práve toto zviditeľnenie mesta Žatec v porovnaní s Postoloprtami podnietilo miestnych obyvateľov viac sa zaoberať vlastnou históriou – vrátane jej problematických a bolestivých aspektov.[25]

Je však otázne, nakoľko táto interpretácia úplne zodpovedá skutočnosti. Na jednej strane o tom svedčí nielen vyššia účasť žateckej verejnosti na pochode, ale aj následná spomienka v centre Žatca spolu s modlitbou na uctenie si Nemcov vyhnaných z mesta po vojne a usmrtených v Postoloprtoch, ktorej sa zúčastnil aj primátor mesta. Spomienka nebola súčasťou študentského pochodu a organizoval ju Žatecký okrášľovací kolektiv. Niekoľko dní po pochode bola odhalená aj nová pamätná doska na miestnom cintoríne. Pripomína pamiatku „bývalých sousedů, kteří zde v Žatci a okolí ztratili po válce v roce 1945 své domovy a mnozí z nich i své životy“. Samotný proces vzniku tejto pamätnej dosky však nebol jednoduchý a v niečom pripomínal aj zložité okolnosti vzniku pamätníka na cintoríne v Postoloprtoch. Aj v tomto prípade zaznievali hlasy – vrátane niektorých predstaviteľov mesta – že nie je potrebné túto časť histórie znovu otvárať.[26] Preto je možné predpokladať, že aj v Žatci existuje viacero pamäťových spoločenstiev. Niektoré z nich sa postoloprtským masakrom zaoberať nechcú.

Námestie slobody v Žatci – cieľ pochodu. Foto: Michal Korhel

Po niečo vyše piatich hodinách a prejdených takmer 20 km začali účastníci pochodu postupne prichádzať na žatecké námestie, kde bolo pred 80 rokmi sústreďované nemecky hovoriace obyvateľstvo mesta a odkiaľ museli odísť do Postoloprt. Študentský pochod sa koná v opačnom smere. Podľa Zemánka mali byť týmto spôsobom tí, ktorí v roku 1945 zahynuli alebo prešli utrpením, symbolicky vrátení do pôvodného stavu – bez utrpenia.[27]

Pochod tak predstavuje nielen akt pripomínania, ale aj formu spoločenského dialógu o bolestivej minulosti, ktorá zostáva stále predmetom sporov a rôznych interpretácií. Je to spôsob, akým sa súčasní ľudia snažia vyrovnať s nevysporiadanou históriou a ponúknuť priestor na otvorené rozhovory o tom, čo sa stalo a prečo je dôležité si tieto udalosti pamätať.

Koncept „duchov” postoloprtského masakru, ako ho definuje Avery Gordon, slúži ako metafora pre nevyriešené traumy minulosti, ktoré naďalej ovplyvňujú jednotlivcov, komunity aj širšiu spoločnosť. Ich prítomnosť sa neobmedzuje len na fyzické pamätné miesta, ale prejavuje sa aj v kolektívnej pamäti, v rodinných spomienkach, v kultúrnych a politických diskurzoch či v každoročných spomienkových podujatiach. Títo „duchovia“ minulosti poukazujú na potrebu otvoreného a kritického prístupu k dejinám, ktorý presahuje selektívne výklady a ideologicky podmienené interpretácie.

Kartičky s menami obetí, ktoré nosili účastníci pochodu, sa symbolicky vrátili naspäť do Žatca. Foto: Michal Korhel

Študentský pochod z Postoloprt do Žatca predstavuje konkrétny príklad pamäťového aktivizmu, ktorý môže slúžiť ako nástroj pre posilňovanie medziľudského a medzinárodného porozumenia v kontexte historicky podmienených konfliktov. Má potenciál pre formovanie nových naratívov, ktoré by mohli prekročiť zjednodušené kategórie obetí a páchateľov a podporiť nuansovanejšie, empatickejšie a analytickejšie spracovanie minulosti. Avšak nadmerná a nekritická idealizácia obetí môže v tomto smere pôsobiť kontraproduktívne, pretože bráni otvorenej reflexii zložitosti minulých udalostí a vedie k reprodukcii čiernobielych interpretácií. Tým sa môže narušiť schopnosť kolektívneho spracovania traumy a oslabiť potenciál dialógu medzi rôznymi pamäťovými komunitami. Pre zmierlivý a konštruktívny pamäťový aktivizmus je preto nevyhnutné zachovať kritický odstup, podporovať pluralitu perspektív a zároveň citlivo narábať s emocionálnym a morálnym rozmerom historickej skúsenosti.

Michal Korhel


[1] Padevět, J. (2025). Postoloprty: Příběh vražd, které nikdo nenařídil, nikdo nespáchal a nikdo nevyšetřil. Praha, s. 142 a Staněk, T. (2005). Poválečné „excesy“ v českých zemích v roce 1945 a jejich vyšetřování. Praha, s. 127-128.

[2] Staněk, s. 126.

[3] Drda, A. Pomník „postoloprtským událostem.“ Český  rozhlas, 09.11.2009, https://plus.rozhlas.cz/adam-drda-pomnik-postoloprtskym-udalostem-7806196.

[4] Korhel, M. (2023). Erinnerungskultur im Wandel? Tschechische Orte der Erinnerung an die antideutsche Nachkriegsgewalt. Zeitschrift für Ostmitteleuropa-Forschung 72 (3), 377-409, https://doi.org/10.25627/202372311392, tu s. 390-391, 396 a rozhovor so zástupcami mesta Postoloprty, vedený Michalom Korhelom 2.12.2021 v Postoloprtoch.

[5] Korhel, s. 401-402.

[6] Tamže, s. 394 a 399.

[7] Tamže, s. 402.

[8] Stratilík, O. „Nechte to spát!“ I po 80 letech je v české Srebrenici divoké vraždění zakázané téma. Aktuálně.cz, 29.6.2025, https://zpravy.aktualne.cz/domaci/nechte-to-spat-ani-po-80-letech-se-ceska-srebrenica-nevyrovn/r~6c81e49e4de011f09af20cc47ab5f122/.

[9] Gordon, A. (1997). Ghostly Matters. Haunting and the Sociological Imagination. Minneapolis, Minn.

[10] Rozhovor s Petrom Zemánkom, vedený Michalom Korhelom 11.9.2021 v Točníku.

[11] Tamže.

[12] Rozhovory s účastníkmi pochodu, vedené Michalom Korhelom 27.5.2025 počas pochodu Postoloprty – Žatec.

[13] Moeller, R. (2005). Germans as Victims? Thoughts on a Post—Cold War History of World War II’s Legacies. History and Memory 17 (1-2), 145-194. Ku kontextu ohľadom Postoloprtov pozri napr. Pehr, M. (2024). Postoloprty v neklidných dobách. 1900-1945. Louny.

[14] Padevět, s. 197-198.

[15] Rozhovor s Petrom Zemánkom, vedený Michalom Korhelom 27.5.2025 počas pochodu Postoloprty – Žatec.

[16] Rozhovory s účastníkmi pochodu.

[17] Tamže.

[18] Rozprávanie Waltra Urbana účastníkom pochodu 27.5.2025 v Postoloprtoch.

[19] Rozhovor s Petrom Zemánkom, 27.5.2025. K exhumáciám pozri Padevět, s. 196-197.

[20] Anonymný rozhovor, vedený Michalom Korhelom 27.5.2025 počas pochodu Postoloprty – Žatec.

[21] Rozhovory s účastníkmi pochodu.

[22] Použité rozhovory so žiakmi a žiačkami mladšími ako 18 rokov boli vedené v prítomnosti zodpovedných vyučujúcich.

[23] Rozhovor s Petrom Zemánkom, 27.5.2025.

[24] Tamže.

[25] Tamže.

[26] Anonymný rozhovor (a dodatočná korešpondecia), vedený Michalom Korhelom 28.5.2025 v Žatci.

[27] Rozhovor s Petrom Zemánkom, 27.5.2025.


Chcete citovať tento text?

Korhel, M. (2025, august 28). Putovanie s duchmi. Študentský pochod Postoloprty – Žatec. Recycling the German Ghosts. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/putovanie-s-duchmi-studentsky-pochod-postoloprty-zatec/

Nový blogový príspevok (v slovenčine). Putovanie s duchmi. Študentský pochod Postoloprty – Žatec

V máji sa náš výskumník Michal Korhel zúčastnil študentského pochodu z Postoloprt do Žatca na severozápade Česka. Putovanie sa konalo na pamiatku tragických udalostí z konca mája a začiatku júna 1945, keď boli v Postoloprtoch zabité stovky, možno až tisíce nemecky hovoriacich civilistov — vrátane žien a detí.
Počas pochodu účastníci symbolicky niesli mená obetí, aby si vytvorili osobné prepojenie s minulosťou a vrátili individuálnu identitu tým, ktorí zostali v historických záznamoch dlhé desaťročia anonymní.
Trasa kopírovala kľúčové miesta spojené s masakrom a zážitok sprevádzalo niekoľko hlboko emotívnych momentov — vrátane stretnutia s miestnym obyvateľom, ktorého otec patril medzi obete, a zastávok pri pamätníkoch vytvorených aktivistami.
Hoci v niektorých miestnych komunitách naďalej pretrváva mlčanie, iniciatívy zamerané na pamäť — často vedené jednotlivcami mimo regiónu — naďalej zohrávajú zásadnú úlohu pri udržiavaní povedomia o tejto bolestivej kapitole dejín.
Pochod nebol iba aktom spomienky, ale aj výzvou k historickej zodpovednosti — pokusom pomenovať prehliadané a nevyslovené aspekty minulosti a vrátiť hlas tým, ktorí boli desaťročia umlčiavaní.
V sprievodnom texte Michal reflektuje svoju skúsenosť, zdieľa rozhovory vedené počas pochodu a zasadzuje tieto momenty do širšieho rámca lokálnej kultúry pamäti.
Odkaz na blogový príspevok nájdete tu.

Erinnerungen, czyli wspomnienia

Wpis blogowy gościnnie przygotowała Karolina Gembara, artystka wizualna, badaczka, urodzona i wychowana w Ząbkowicach Śląskich w rodzinie przesiedlonej z różnych części dzisiejszej Ukrainy. / The blog post was guest-written by Karolina Gembara, a visual artist, researcher, born and raised in Ząbkowice Śląskie in a family resettled from various parts of today’s Ukraine.

[ENG, Polish version below] A random discovery of a bag filled with old photographs led the author of this month’s post into a deeply personal meditation on memory, inheritance, and postwar displacement. Family archives, fragments of German and Polish pasts intertwined with each other with wedding pictures, side notes, and rare war photos, and revealed layers of loss and silent violence embedded in material traces. The discovery of a photo album marked Erinnerungen (Memories), likely once belonging to a displaced German family, opened up questions of symbolic appropriation, mourning, and the ambivalent intimacy of living with things that are both ours and belonging to someone else’s.


Reklamówka z podobizną Myszką Miki wpadła w moje ręce zaledwie kilka lat temu. Wtedy myślałam, że widziałam już wszystkie rodzinne archiwa. Z jednej i drugiej kresowej strony – z podbuczackich wsi — Barysza i Podzameczka oraz z Czernichowa, i z polskiej Centrali. Że wszystko, co cenne i przydatne, już przeszło przez moje ręce.

I tu muszę wyznać: pragnę tych rzeczy tak bardzo, że zawłaszczam je sobie, kiedy nadarzy się ku temu okazja. Okazja numer jeden to śmierć babci Michaliny, a więc likwidacja jej rzeczy, porządkowanie, wynoszenie, oddawanie. Kto chciał, ten załapał się na coś sentymentalnego. Schowałam worek ze zdjęciami zawczasu, bo przecież nikomu nie były bardziej potrzebne niż właśnie mi. Znałam te czarno-białe fotografie z chrztów, ślubów i pogrzebów, ale chciałam je mieć w domu, przy sobie. Będę je studiować i doceniać bardziej niż ktokolwiek z rodziny — myślałam — za dużo już rzeczy się zmarnowało, przepadło, zniszczało. Okazja numer dwa to śmierć babci Adeli. Nigdy nie dzieliła się fotografiami, nie wiedziałam nawet, że istnieją — miałyśmy zresztą słabszy kontakt i nie przyszło mi do głowy, żeby jako dzieciak buszować w jej szafie. No więc wybłagałam od rodziny tę odnalezioną w jej rzeczach reklamówkę. Niby na tymczas, ale jest ze mną już 5 lat i nikt się o nią nie upomniał.

Jestem niesamowicie chytra na pamiątki rodzinne. Wszystkie historie, które słyszałam od dziadków w dzieciństwie, były o utracie. O utracie domu, rodziców, psa, zdrowia, brata, sukienek, pościeli, nadziei. A potem, gdy już zamieszkali na Ziemiach Zachodnich, o potencjalnych, ale jednak nieodnalezionych skarbach po Niemcach. No więc gdzie są te meble, co tu stały, jak przyjechali? W kurniku. Dziadek zrobił z nich zagródkę dla brojlerów. A te niemieckie książki, co to się nimi bawiliśmy na strychu? Wörterrr-bucchhhh! Dawno spalone. Dlatego, gdy już trochę podrosłam i zrozumiałam, ile straciłam, zaczęłam łapczywie zbierać, chyba nawet zabierać. Tęskniłam do rzeczy z tamtych dawnych czasów, choćby były „nie nasze”, bo przecież rzeczy są dowodem jakiejś ciągłości.

Reklamówka z Myszką Miki dała mi ich bardzo dużo: znana mi już narracja wizualna, a więc chrzty, śluby, pogrzeby. Czasem zdjęcia grupowe, bo fotograf przyjechał, przechodził akurat. Na wsi nie było za dużo okazji do fotografowania się, poza tymi, które wiązały się z obecnością księdza. Rozpoznaję twarze, młodziutka Adela z najstarszym synem Zbyszkiem, moim tatą. Obojga już nie ma. Krowy, dom, sad, czasem jakaś pocztówka ze Lwowa. Są też laurki na Dzień Babci i dużo świstków papieru, daty wizyt lekarskich, odcinki emerytury z KRUS-u i skierowania wypisane ręcznie: leczenie radiologiczne.

fotografia przedstawiająca album rodzinny autorki, fot. Mika Nechyporenko

Jest też i album. Od razu rozpoznaję jego funkcję: płócienna okładka, poziome ułożenie, jakiś sznureczek przy grzbiecie. I tłoczenie na okładce, którego nie rozpoznaję: Ehrinnerungen. Coś z niemieckiego, wspomnienia, czy coś podobnego. Nie przeleciała mi wówczas przez głowę żadna fabularna myśl: że oto babcia była jednak jakoś „zniemczona”, że oto zaraz jakaś wielka tajemnica ujrzy światło dnia. Zaczęłam wertować z przekonaniem, że to nie moje, ale że mam prawo. Na wewnętrznej okładce napis drukowanymi literami „RAD” i numer: 11/111. Obok, również na okładce, miniaturowe zdjęcie kobiety, mniejsze niż do dokumentu, wielkości naparstka. Przerwane na pół, ale przyklejone, w wyniku czego jej twarz nosi grymas. Ktoś się rozmyślił albo naprawił czyjś błąd. Tak czy inaczej dziwne, bo miejsce na zdjęcia jest dalej, na czarnej tekturze. Może to właścicielka? Kto i dlaczego chciał ją z tego tytułowego miejsca usunąć? Pierwsza strona dość zagadkowa: bardzo stare zdjęcie, ale to jego kopia, taka błyszcząca. Starzy ludzie, chyba biedni, pan z długim wąsem, pani w chustce. I gromadka dzieci na tle drewnianej chaty. Rozpoznaję w końcu młodego Jana, męża Adeli. A więc zdjęcie albo sprzed wojny, albo zrobione w jej trakcie. Tak czy inaczej z ukraińskiego Czernichowa. Potem znane mi chrzty, wesela, pogrzeby, mały Zbyszek, mały Jurek, mały Staszek, mała Ela. Znam. A ten żołnierz o ciemnej karnacji? Krótkie spodenki, palmy, „Kair 1942”. Szybki rachunek — to pradziadek Mikołaj w armii Andersa! Czyli to jednak nie legenda. Musiał te zdjęcia wysyłać potem z emigracji, a może je przywiózł jak już zjechał do Polski w latach 70. Nie ma go na zdjęciu z Czernichowa, bo zabrali go na Sybir, a dzieci — w tym młody Jan, późniejszy mąż Adeli — zostali z dziadkami.

Obraz jakoś się tam układa. Niby jest tu chronologia, ale widać też przeskoki. Jakby zdjęcia wklejano tu retrospektywnie — mali, młodzi, znów mali, już dorośli, martwi i znów młodzi. Ale ta opowieść się urywa i nagle widzę tylko czarne kartonowe strony, poplamione starym klejem, z kawałkami wciąż trzymającego się tych stron papieru. Ktoś się mocno uparł i powyrywał zdjęcia. Chamstwo, myślę. Znów poniszczyli i zostaję z kalekimi pamiątkami. Kilka stron dalej przezroczysty woreczek, a w nim mały stosik. Dzieci z blond czuprynami, w samych majtkach, jest gorąco, jest lato, woda, piknik, zabawa. Są i dorośli, ta jedna pani się powtarza. W tle, jak nie woda czy łąka, to ten sam dom. Kamienica, dwupiętrowa, wielorodzinna, bardziej wiejska niż miejska. W miejscu klatki schodowej półkolista wieżyczka przypominająca absydę. Gwiaździste szprosy w oknach korytarza. Płot na ceglanym murku, ceglane słupki i ceglane ozdobne wykończenia tu i ówdzie.

Niemcy

Niemiecka kamienica, niemieckie wakacje, niemieckie dzieci. Nawet teraz, nie mając tych fotografii przed sobą, wiem dobrze, jak to wszystko wygląda, opisywałam te fotografie nie raz, poszukując tego domu po różnych fejsbukowych grupach. Bez skutku. Ktoś jedynie napisał, że „RAD” to der Reichsarbeitsdienst. Rzeczywiście, sprawdziłam numer, unsere lager RAD („nasz obóz”) był w Trzebnicy (niemieckiej Trebnitz). Może trzeba to było wtedy wiedzieć, gdzie się zgłosić, w razie czego. Może chcieli? Kto pisze „nasz obóz” jakby to był „nasz sklep, nasz kościół, nasz staw”?

fotografia przedstawiająca album rodzinny autorki, fot. Mika Nechyporenko

Kiedy w 2024 Katarzyna Maniak i Anna Kurpiel kuratorowały w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu wystawę „Rzeczy Przysposobione” album znalazł się wśród eksponatów. Badaczki użyły kategorii z rzeczowników odczasownikowych na opisanie tego, jaki mamy stosunek do tzw. rzeczy poniemieckich. „Umojenie” albumu przez babcię Adelę zdaje się dobrze opisywać tę sytuację. Moja nienaukowa fabulacja widzi historię tak: młoda Adela wyszła za mąż, za Jana, przydzielono im dom. Tam, na strychu bądź w jakimś starym meblu, znalazła album, rodzinną pamiątkę poprzednich mieszkańców. Początkiem fotograficznej opowieści o rodzinie Gembarów jest więc dramat innej rodziny. Nie wiemy, czy wysiedleni zostali przez polską administrację, czy też uciekli dobrowolnie przed zbliżającym się frontem. Nie wiemy, co zabrali, czy dano im czas na spakowanie się, czy ważono ich dobytek. Wiemy, że nie zabrali albumu. Tego albumu. Może był jednym z kilku albumów, tym najmniej ważnym? Może te ważniejsze pojechały na zachód? Ale czy w tamtych czasach na wsi było aż tyle fotografii? Zastanawiam się: kto nie zabiera albumu rodzinnego, jeśli ma choć chwilę, by spakować najważniejsze rzeczy. Chyba że nie ma tej chwili — łapie dzieci, kołdrę, kawałek chleba i już go nie ma.

„Umojenie”, jak pisał Robert Traba, jest włączeniem czegoś obcego do swojego, znanego sensu[1]. To jak rytuał pozwalający się odnaleźć, ale także oswoić z tym, co nie moje. Mieści się w nim bowiem także potencjał „wrogiego”. Plus i minus, który należy zaakceptować, pójść na kompromis, by móc w ogóle iść dalej. Ekonomista powiedziałby, że to jednoczesna strata i zysk. Zagubione i znalezione. Stracone i odzyskane. Zniszczone i uratowane. Powojenna władza komunistyczna nie uznawała niuansów i nie podpowiedziała ludziom, jak pomieścić w sobie te przeciwstawne uczucia. Niemcy stracili, Polacy zyskali, Polacy stracili, Ukraińcy zyskali, Ukraińcy stracili, Polacy zyskali, Niemcy zyskali… Pełnia i próżnia są jak siostry syjamskie, nie można dawać nie odbierając.

Adela nie wiedziała naturalnie, że odrywając od papieru obce i niepotrzebne fotografie, robiąc miejsce sobie, swojej młodej rodzinie, dokonuje symbolicznej przemocy. Kibicuję jej, bo wiem, że nie miała łatwo. Tylko tu, w tym albumie, na dwóch kartonowych stronach zostanie ślad po jej malutkiej córeczce, która zmarła w wieku trzech lat. Adela starała się zachować pamiątki po rodzinie męża, nie znajdę tam zdjęć jej mamy, jej taty, jej stron rodzinnych. Robiła to „dla rodziny”. A jednocześnie pozostawiła rany: papier się niszczy, odchodzi razem z fotografią, nie sposób zamaskować tego gestu. No i coś ją jednak powstrzymało przed wyrzuceniem podobizn tych małych beztroskich niemieckich dzieci. Ten gest troski jest prawie śmieszny — co komu po tych fotografiach? Bez podpisu, bez właściciela, bez tożsamości, bez daty i miejsca. Oni już nie wrócą po swoje pamiątki. A ja będę bezskutecznie szukać ich właścicieli.

fotografia przedstawiająca album rodzinny autorki, fot. Mika Nechyporenko

PS W wyniku moich postów na różnych grupach odezwała się do mnie Beatrix. Nie, nie wie kim są dzieci na fotografiach i nie wie, gdzie mógł stać ten dom. Ale że wspomniałam poniemiecką wieś Hemmersdorf, napisała. Jej ojciec został jako dziecko wysiedlony właśnie stamtąd. Wspomnienia były tak bardzo bolesne, że nigdy nie odważyła się szukać informacji o miejscu, w którym się wychował. A jednak całe dorosłe życie przechowywała pamiątki po nim. Dzięki niej wiem, że w domu Adeli mieszkał ktoś o nazwisku Langnickel. To za mało. Ale może więcej nie trzeba.

Karolina Gembara


[1] Traba R. 2014, Dialogi pamięci. Rozważania wokół recepcji pamięci zbiorowej, „Sensus Historiae”, nr 15 (2)


Chcesz zacytować ten post?

Gembara, K. (2025, lipiec 23). Erinnerungen, czyli wspomnienia. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/erinnerungen-czyli-wspomnienia/

Nie widzę, że świat się kończy, bo trzymam szafę. Refleksje wokół spektaklu „Wszystko na darmo”

[ENG, Polish version below] How can the end of East Prussia be depicted on stage? This ambitious task was undertaken by the team at the Jaracz Theatre in Olsztyn. In this formerly German city, in a theatre built a hundred years ago as the Treudanktheater—to celebrate Germany’s victory in the plebiscite for the self-determination of the region of Warmia, Masuria and Powiśle in the 1920s—and later reopened in 1945 as a Polish stage, we follow the plot of Walter Kempowski’s All for Nothing, directed by Weronika Szczawińska. It is a story of Prussian nobles and their neighbours in the last months of the war. How does one stage the apocalypse of the winter of 1945 in such a haunted setting? Karolina travelled to Olsztyn to find out.


Czarna wysepka wśród morza bieli*

Kiedy człowiek jest jeszcze człowiekiem, a kiedy już tylko śladem po człowieku? Na wpół rzeczą? Cieniem wspomnienia o kimś, kto stał w tym właśnie miejscu, jadł z tego talerza, ustawiał książki na tej właśnie półce? Widzowie, czekający na spektakl Wszystko na darmo w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie, wchodzą na scenę, na której już rozkłada się zapowiedź apokalipsy. Półżywe przedmioty: stół bez nóg, porzucony obraz, wykoślawione krzesła, czekają rozłożone na scenicznych deskach. Ożyją za chwilę, jeszcze tylko szybkie dyspozycje, kto gdzie stoi, kiedy TO się wydarza. TO – czyli może spektakl, jedna z prób, a może koniec świata. Tego drugiego się przepróbować nie da. Aktorzy przepowiadają role na biało, jakby przypominali sobie, o czym mają nam opowiedzieć. Tu spotyka się zresztą część techniczna sztuki – wymagająca ogromnej dokładności, żeby podnieść właściwy element scenografii we właściwym momencie i miejscu – z jej treścią. Dopiero za chwilę ruszy z kopyta teatralna machina. Z dwóch stron scenę obsiadła widownia, ale przestrzeń i tak jest przecież trochę umowna. Bo jeśli oderwać wzrok od tego, co przed nami, można nim błądzić po rampie reflektorowej, rurach, przewodach i wnętrznościach sceny, wcale przed nami nie zakrytymi.

Tu wszystko jest na wierzchu.

Może to zresztą najwłaściwsza strategia w takim miejscu jak to? Trochę jak w literackim pierwowzorze, Wszystkim na darmo, powieści Alles umsonst przełożonej przez Małgorzatę Gralińską dla ArtRage przed dwoma laty (2023). Jej autor, Walter Kempowski – o którym będzie się mówiło, że to drugi, obok Güntera Grassa, opowiadacz niemieckiego końca wojny – wydał ją w 2006, rok przed śmiercią. W Polsce od razu reklamowana jako arcydzieło, w Niemczech spotykała się, jak zresztą i inne dzieła Kempowskiego, z mieszanym przyjęciem. Bo z Kempowskim Niemcy mieli problem – jak z własną pamięcią o wojnie: podzieloną, fragmentaryczną, nieciągłą. U Kempowskiego widać konstrukcję tej pamięci we fragmentach, z których buduje świat przedstawiony, aluzji, pokawałkowanych piosenek, urwanych nut, przemilczanych opowieści – niby wszystko jest na wierzchu, ale trzeba oderwać wzrok od rozwijającej się przed oczami czytelniczki historii, żeby zobaczyć, że coś tu nie gra, od początku.

Fotografia ze spektaklu, autor: Bartek Warzecha, źródło.

U Kempowskiego i u Szczawińskiej rzecz dzieje się w wymyślonym dworku, umownej miejscowości gdzieś w Prusach Wschodnich. Miejscu, w którym chciano widzieć jakąś przednowoczesną idyllę. Niby europejskie państwo, ale jakoś tak na końcu świata. Niby z dużym miastem Królewcem, ale z nie za gęstą siatką urbanistyczną. Niby z własnym filozofem, co dokonał w naszym myśleniu rewolucji, ale ten Immanuel Kant jakiś dziwny, zasiedziały w domu, obrośnięty anegdotą. Ot, taki filozof, co całe życie chciał zobaczyć słonia, ale akurat żaden nie zawędrował nad Pregołę. Kempowski celowo osadza akcję swojej powieści w realnej geografii – jego bohaterowie mówią o Olsztynie, Elblągu czy Gdańsku – ale ten najbliższy szczegół, dwór Georgenhof, jest zmyślony. Mógłby istnieć, a jednak nie istniał.

Teraz jednak panował ziąb

I tak samo jest z tym teatrem. Siedzimy przecież na jak najbardziej realnej nastawce z krzeseł i jeśli spojrzymy do góry, zobaczymy zupełnie prawdziwą rampę reflektorową. Ale może coś jeszcze? Teatr założony sto lat temu, w 1925 roku, jako dar wdzięczności za wygrany plebiscyt, został nazwany w związku z tym Treudanktheater [w wolnym tłumaczeniu Teatr w darze za wierność]. Nie krył się z tym, czym był. A co to za plebiscyt? Chodzi o głosowanie, zarządzone po pierwszej wojnie światowej: gdzie ma przebiegać granica nowej Polski? Wiemy, że nie wszędzie to było oczywiste i nie wszędzie rozstrzygnięcia witano z radością – o sytuacji na Śląsku Cieszyńskim pisała na naszym blogu Magdalena. W dwóch wypadkach, na Górnym Śląsku, i właśnie na Mazurach, Warmii i Powiślu miało się odbyć głosowanie: chcesz mieszkać w Polsce czy w Niemczech? Nie chodziło o narodowościowe rozstrzygnięcia, nie pytano bowiem – jak zauważa w wywiadzie o tym górnośląskim plebiscycie Sebastian Rosenbaum w rozmowie z Karolem Kleczką[1] – czy czujesz się Polakiem, czy Niemcem. Narodowościowego samopoczucia nie wskazywał używany język ani noszone nazwisko. Wyniki plebiscytu, przebiegającego w cieniu wojny-polsko bolszewickiej, dla strony polskiej okazały się klęską: jedynie kilka miejscowości na Mazurach i Powiślu znalazło się po polskiej stronie granicy. Strona niemiecka upamiętniła wynik nie tylko w nazwie allensteinskiego teatru – w 1928 roku Olecko przechrzczono na Treuburg [czyli Wiernogród], także przypominając o wynikach głosowania.

A Kempowski pokazuje nam ten świat – ten, gdzie wierność szybko wykorzystają przejmujący polityczne stery naziści, dla których i przegrana pierwsza światowa wojna, i wygrany plebiscyt staną się żyznym podglebiem propagandy – który zapada się pod własnym ciężarem niedługo później. Podświadomie, wyposażeni w wiedzę z podręczników historii, czekamy, aż do Prus Wschodnich wejdzie Armia Czerwona, żeby rabować i gwałcić. Jak w Pruskich nocach Aleksandra Sołżenicyna: „Podpalajmy domy! W mig / Się sfajczą! Na strych, Wasia! / Trza zaczynać od poddasza, / Strop drewniany! Idź na strych!”. / Szkoda domów? Jeszcze czego, A niech Niemiec ma za swoje! […] I radością nas napawa / Pruskie niebo pełne łun![2]Bo Sołżenicyn, późniejszy noblista i autor Archipelagu GUŁag, dowodził w styczniu 1945 roku jedną z jednostek zdobywających Prusy. Zresztą to gdzieś pod Elblągiem aresztowano go i stamtąd zaczął się jego obozowy szlak. Ale u Kempowskiego nie ma żadnego rosyjskiego matematyka, który jako kapitan artylerii szturmuje pruskie dwory i miasteczka. Jest tylko pogłos artylerii, którą w spektaklu Szczawińskiej słychać bardzo wyraźnie. Wystarczy otworzyć drzwi, za którymi hałasuje piekło. Ale na straży konającego świata i tak ktoś stoi. Zamiast czerwonoarmiejców są gorliwi miejscowi naziści, tacy jak Drygalski (w tej roli Marcin Kiszluk), który w każdej chwili jest gotów ferować wyroki. Są jeszcze SS-mani, gotowi te wyroki wykonać. Jest jeszcze upadająca III Rzesza, która nie umie co prawda ewakuować swoich obywateli, ale jest w stanie przykładnie ukarać tych, którzy w ostatniej już chwili będą chcieli się jej wymknąć.

Dlatego radziecką obecność jak w powieści, tak na scenie, przywołuje tylko przedmiot: futrzana czapa, którą od czasu do czasu wkłada pani domu, Katharina von Globig (grana przez Milenę Gauer). Bo jesteśmy w tym świecie zawieszonym w bezczasie i oczekującym coraz to nowego końca, właśnie w jej dworku. To jedna z wielu junkierskich rodzin w Prusach Wschodnich, choć trochę odstaje od otoczenia. Pozornie, łatwo się z nią utożsamić – kiedy za oknem wyrasta im wzorowa robotnicza osada wzniesiona dla wzorowych niemieckich rodzin wiernych partii, przywodzi to na myśl sytuację, w której nagle deweloper wykupuję tę działkę za oknem, na której plan zagospodarowania miejscowego nigdy nie przewidywał żadnej budowy. Ale to pozór, bo poza tym von Globigowie nie są tu po to, żeby się z nimi utożsamiać. Zatomizowana rodzina, której członkowie nie przepadają sami za sobą, zastanawia się, co to będzie – czy tak jak w czasie pierwszej wojny Rosjanie przyjdą, oficer zagra na fortepianie, a potem wszystko będzie po staremu? Plotki mówią, że niekoniecznie. Nieobecny pan domu gdzieś z Włoch przysyła wino, czekoladę i ostrzeżenia, podczas gdy Katharina, znudzona, wspomina wakacyjny romans i życie, które porzuciła w Rzeszy na rzecz wyobrażonej wspaniałości wschodniopruskiego dworu. Ona nie zdążyła się w porę zorientować, że ta idylla to taka tylko z daleka. A dwór ma wodę w piwnicy i gdyby nie Cioteczka (świetna Aleksandra Kolan), codziennie zasypiająca i budząca się pod portrecikiem Hitlera i widokiem ukochanego Śląska, pewnie już dawno by się rozpadł. Zresztą i tak ktoś podwędza srebrne łyżeczki. Żaden komplet się nie uchowa.

Fotografia ze spektaklu, autor: Bartek Warzecha, źródło.

Dom dla lalek i teatrzyk kukiełkowy

I w powieści, i na scenie, obserwujemy więc korowód dziwnych postaci, uciekinierów, pogrobowców Rzeszy, przekrój przez całe spektrum niemieckości, które właśnie przestaje istnieć w swojej dotychczasowej formie. Im wszystkim zostanie tylko wspominanie. Wspomina więc bałtycki baron (bałtycki, czyli pochodzący z kultury Niemców bałtyckich, Baltendeutsche), który wlecze za sobą kufer pełen zapisków o historii swojej miejscowości – historii doprowadzonej do jakiegoś mało znaczącego punktu. Kufer i tak musi porzucić, żeby ratować siebie. O tym, co było, śni też miejscowy pieczeniarz, doktor Wagner (znakomity Radosław Hebal), niby nauczyciel synka von Globigów, Petera (Zuzanna Wicka). Wagner – wielkie nazwisko, mała postać – w żałosny sposób próbujący przybliżyć niezainteresowanym słuchaczom w dworku Globigów królewieckie klopsy spożywane nad Pregołą. Królewiec zbombardowano już w 1944 roku, klopsy od dawna są wspomnieniem. Miasto jest wspomnieniem, został po nim ślad w Duisburgu, 1 200 km od właściwego miasta, gdzie mieści się dziś Muzeum Królewca. Na scenie obserwujemy, jak pamięć tego, co zdarzyło się ledwie przed chwilą, miesza się z pamięcią o tym, co kiedyś, co dawno. Jak u rodziny uciekinierów, którą dokwaterują von Globigom. Ona wspomina porzucony ogródek, on udar, który sprawił, że ledwo się rusza. A za drzwiami już słychać koniec świata, krzyk chorego miesza się z dudnieniem dział, w poruszającej scenie z postmodernistycznego ducha Heinera Müllera (trochę to inny niemiecki duch tym razem). Scena jest długa, trudno ją wytrzymać, wszystko tu działa na nerwy, chce się odwrócić wzrok, ale nie ma dokąd.

Bo tu wszystko jest na wierzchu.

To nie my […], to już było wcześniej

Czasami wyobrażam sobie, że robimy nawiedzony spektakl, bo świata opisanego w powieści już nie ma. Ten, który jest zainscenizowany na scenie, trzyma się na włosku. Tymczasem bohaterowie odmawiają przyjęcia tego do świadomości, czytam zapisane w programie słowa reżyserki,Weroniki Szczawińskiej. Widmontolożki nie może to nie zainteresować. Nawiedzony spektakl? Ale nawiedzony w czym – w pokazaniu na scenie tego, czego już nie ma, jak zastanawiał się na naszym blogu Michal? Mówimy przecież nie o historii faktycznych rodzin, tylko o wyobrażeniu, celowo tak a nie inaczej napisanym przez Kempowskiego. U niego ucieczka zaczyna się wcześniej, mieszają się ze sobą niemieckie kultury z różnych zakątków wschodu, różne klasy społeczne upchnięte w podniszczonym dworku, różne historie. Faktycznie, aktorzy trudzą się, żeby utrzymać pokawałkowane meble i naszą uwagę, w czym celują zwłaszcza Agnieszka Giza i Wojciech Rydzio, którzy wielokrotnie, kunsztownie zmieniają skórę na scenie, wcielając się w coraz to nowe postaci, w drobnym geście, za pomocą kolejnego rekwizytu. Ale jakie duchy wywołują?

Jeśli – a z taką tezą pracujemy w SpectralRecycling już od prawie trzech lat – duchy to przedmioty i przestrzenie, które pozostały po wysiedlonych, i które przypominają, że ktoś tu był wcześniej, jaka jest rola tych reprezentacji reprezentacji? Czy przedmiot, który wyłącznie gra przedmiot, staje się duchem? Jak przenosi się widmo? A może to nie sam spektakl jest nawiedzony, ale właśnie ta scena, na której go oglądamy? Polski, olsztyński, teatr otwarto w listopadzie 1945 roku jako Teatr Warmii i Mazur. Pierwszą polską premierą była Moralność pani Dulskiej, trochę jak na ironię spektakl tak bardzo nie miejscowy – akcja osadzona jest przecież we Lwowie (ale może też w Krakowie), bo jak pisze sama Zapolska, rzecz dzieje się w mieście[3]. To bezimienne miasto, byleby miasto, pierwszą powojenną późną jesienią musiało w Olsztynie brzmieć dziwnie. Miano oglądać spektakl o mieszczaństwie na progu epoki, która tę klasę średnią chciała zmieść. Reżyserował Aleksander Młodnicki, zresztą lwowiak, Wernyhora z późniejszego Wesela Wajdy. Co innego chciano na tej scenie wtedy wskrzeszać, nie ten świat, który dopiero co tu był, i ledwo co się skończył. I co innego nawiedzało scenę. W didaskaliach Moralności… czytamy: Dywany — meble solidne — na ścianach w złoconych ramach premia i Bóg wie jakie obrazy. — Rogi obfitości — sztuczne palmy — landszaft haftowany za szkłem. — Pomiędzy tym stara, piękna serwantka mahoniowa i empirowy ekranik. — Lampa z abażurem z bibuły — stoliki, a na nich fotografie[4]. Nie, jak w scenografii Marty Szypulskiej, stół bez nogi, upiłowana szafa, dziurawe krzesło, blat, który ledwie się trzyma. W powojennej rzeczywistości braku i szabru, kiedy allensteińskie serwantki mahoniowe i landszafty haftowane za szkłem jechały już gdzieś do Warszawy, a może do Moskwy i dalej, a może lądowały w prywatnych mieszkaniach i w magazynach Tymczasowego Zarządu Państwowego, to też musiało brzmieć osobliwie. I może w tym kontekście jakiś dodatkowy duch nawiedza scenę olsztyńskiego Teatru Jaracza?

Wszystko jest na wierzchu, trzeba tylko oderwać wzrok od rampy reflektorowej i spojrzeć kawałek dalej, w przestrzeń i w czas. Nastawić uszu. Chwilę scena pozostaje pusta. Słychać za kulisami szłapanie pantofli, pisała Zapolska. A przecież w papilotach przeszła właśnie przez scenę Cioteczka w wykonaniu Aleksandry Kolan. Tylko za kulisami zamiast pantofli słychać, jak rozpada się świat.

Karolina Ćwiek-Rogalska

* W śródtytułach wykorzystałam cytaty z Wszystko na darmo Waltera Kempowskiego w przekładzie Małgorzaty Gralińskiej.

Premiera: 29.05.2024

Spektakl widziałam: 26.04.2025

Autor: Walter Kempowski

przekład: Małgorzata Gralińska
adaptacja, reżyseria: Weronika Szczawińska
adaptacja, dramaturgia, współreżyseria: Piotr Wawer jr
scenografia, kostiumy: Marta Szypulska
muzyka: Aleksandra Gryka
asystentka scenografki: Natalia Dziarczykowska
inspicjentka/suflerka: Grażyna Czarkowska

Obsada:Milena Gauer, Agnieszka Giza, Radosław Hebal, Marcin Kiszluk, Aleksanda Kolan,  Wojciech Rydzio, Zuzanna Wicka (Studium Aktorskie)


[1] Śląska polifonia, z Sebastianem Rosenbaumem rozmawia Karol Kleczka, Miesięcznik Znak, wrzesień 2021.

[2] Sołżenicyn, A., Pruskie noce, tłum. Michał B. Jagiełło, Warszawa 2018, s. 8 [ebook].

[3] Zapolska, G. Moralność pani Dulskiej, Wolne Lektury.

[4] Tamże.


Chcesz zacytować ten post?

Ćwiek-Rogalska, K. (2025, lipiec 8). Nie widzę, że świat się kończy, bo trzymam szafę. Refleksje wokół spektaklu „Wszystko na darmo”. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/nie-widze-ze-swiat-sie-konczy-bo-trzymam-szafe-refleksje-wokol-spektaklu-wszystko-na-darmo/

Sprawdź innych autorów
  • Angelika Zanki
  • reddog