Przejdź do treści

Angelika Zanki

Sudety, czyli miłość i urwane końce?

[ENG, Polish version below] Does the Sudetenland – now a region in Czechia, once predominantly inhabited by a German-speaking population – consist only of fragmented histories? Inspired by a comic book exhibition at the Olomouc library titled Sudetenlove, Magdalena asks whether stories about the Sudetenland must necessarily be fragmented, incomprehensible, and melancholic. In her essay, she argues that many of these stories are not entirely without a continuation, as they endure to live on through the memories embedded in objects and buildings.


Sudety – mówiąc krótko: teren przygraniczny Czech, na którym przez wieki żyła ludność niemieckojęzyczna,  wysiedlona po II wojnie światowej. W pewnym sensie, nie wdając się w szczegóły, na które nie ma miejsca w poście na blogu, to czeski odpowiednik tzw. Ziem Odzyskanych. Ma tak samo wiele konotacji politycznych, propagandowych i znaczeniowych, które wymykają się prostemu i jednoznacznemu opisowi. Wraz z upływem czasu, im więcej gromadzę materiałów z terenu, tym częściej przyłapuję się na tym, że myślę o “Sudetach” – o tym, czym są i jak można byłoby je opisać. To pytanie powraca do mnie także podczas rozmów z obecnymi mieszkańcami tych terenów. I właśnie wtedy najczęściej ujawnia się wspomniana trudność: próba udzielenia prostej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym są Sudety. Ktoś stwierdza, że to za trudne pytanie, inny w swojej wypowiedzi skupia się na historii tych terenów, ktoś jeszcze inny na pięknie natury. Są i tacy rozmówcy, którzy Sudety otaczają czułością, mówią przecież o miejscu swojego pochodzenia czy urodzenia. Nierzadko wybrzmiewają też opowieści o Niemcach, którzy dawniej tam żyli, a zostali wysiedleni – na dowód rozmówcy przypominają o opuszczonych domach, które latami popadały w ruinę. Mój esej nie ma jednak na celu wchodzenie w dyskusję, czym miałyby być Sudety. O trudnościach w ich zdefiniowaniu oraz różnicach pomiędzy polskim a czeskim rozumieniem słowa pisała już Karin na naszym blogu oraz Karolina w swoim artykule[1]. Obrałam jednak termin “Sudety” za punkt wyjścia do moich dalszych refleksji nad terenami, na których doszło do niemal całkowitej wymiany ludności. Mogłoby się bowiem wydawać, że historie tych miejsc zostały dzięki temu przerwane – ale czy tak jest naprawdę? A może to tylko pokutujące w głównym dyskursie medialnym, naukowym czy artystycznym wyobrażenie?

Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.
Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Przechodząc przez korytarz biblioteki naukowej w Ołomuńcu, natknęłam się na plakat – przedstawiał dwie osoby kąpiące się w wodzie. Było to zaproszenie na wystawę pt. ,,Sudetenlove”. Nie ukrywam, że słowo to zaintrygowało mnie i od razu przyciągnęło moją uwagę. Zdecydowałam, że na pewno muszę obejrzeć tę wystawę: plakatów komiksowych autorstwa Filipa Raifa, inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami z 1938 roku. Znajdowała się na piętrze wspomnianej biblioteki w Ołomuńcu – mieście, które dawniej również było zamieszkiwane przez pokaźną grupę osób niemieckojęzycznych, co widać chociażby po tym, że do dnia dzisiejszego stoi tu kościół, który dawniej należał do niemieckich ewangelików. Dzisiaj pełni już jednak funkcję centrum kulturalno-edukacyjnego i stoi zaraz obok wspomnianej biblioteki. Przechodząc już do samej ekspozycji: nie wiem, czy wystawa to nie za dużo powiedziane, ponieważ kiedy tam weszłam, moim oczom ukazało się jedynie kilka plansz wystawowych, przyczepionych do ścian. Brakowało jakiejkolwiek tabliczki z opisem całości.

Na wstępie, pod szklaną gablotką – jedyną na tej wystawie – przywitała mnie dawna niemiecka mapa i kilka widokówek. Nad nimi wisiała wspomniana grafika z całującą się w wodzie parą. Co jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, po przeciwległej stronie korytarza, na stoliku obok księgi gości leżała też sterta arkuszy roboczych do wystawy. Na każdym widniało kilka zadań. Już pierwsze od razu skłoniło mnie do zatrzymania i zastanowienia się. Wymagało ono zakolorowania na mapie Republiki Czeskiej terytorium, które jest znane jako ,,Sudety”. Na mapce, oprócz konturów państwa, widniała też cieńsza przerywana linia, która prawdopodobnie miała pomóc w odnalezieniu tego terytorium, oznaczając właśnie “Sudety”. Uznałam, że zadanie nie należało do najtrudniejszych, ponieważ chyba nikt nie odważyłby się zaznaczyć Sudet w okolicach Pragi. Kiedy jednak zaczęłam się nad tym zastanawiać – gdzie kiedyś żyła ludność niemieckojęzyczna – to w mojej głowie pojawiło się pytanie, jakie kryteria autor tej mapki brał pod uwagę. “Sudety” nigdy nie przybrały jednych ustalonych geograficznie granic, a ludność niemieckojęzyczna żyła nie tylko na terenach przy granicy, jak sugerowałaby cieńsza linia na arkuszu roboczym, ale też na przykład we wspomnianym Ołomuńcu, Pradze czy Brnie. 

Fot. 2 Arkusz roboczy z wystawy na tle grafiki przewodniej, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Skierowałam wzrok na grafikę przewodnią wystawy, czyli postacie całujących się w wodzie kobiety i mężczyzny. Oczywiście sama nazwa ,,Sudetenlove” sugerowała, że gdzieś pojawi się wątek miłości. Zaczęłam oglądać poszczególne komiksowe grafiki przedstawiające poznanie się i relację dwojga młodych ludzi. Przy niektórych były też dymki z dialogami – wszystkie w języku czeskim. Tylko po imionach i też ewentualnie po nazwie wystawy można było domyślić się, że pochodzą oni z terenu zamieszkiwanego przede wszystkim przez ludność niemieckojęzyczną. Z opisu wystawy wiedziałam, że chodzi o Niemkę Hedvikę oraz Bedřicha/Fritza z mieszanego czesko-niemieckiego małżeństwa. 

Hedka z Bedřichem zakochali się w sobie w 1938 roku, kiedy Sudety zostały wcielone do III Rzeszy, a rok później zaczęła się wojna. Zgodnie z wolą ojca, Hedka uciekła do swojej ciotki do Belgii. Bedřich wybrał się za nią na rowerze, który pożyczył od kolegi. W pewnym momencie jednak historia jego podróży urywa się: Fritz stoi na plakacie w niemieckim mundurze. Później jednak uznałam, że straciłam wątek: kolejne plansze były prawie pozbawione dymków dialogowych. Pomyślałam, że może pomyliłam kolejność plansz, więc zaczęłam szukać jakiejś nitki przewodniej: co się stało z tą parą zakochanych? Dlaczego Bedřich/Fritz nosił na sobie niemiecki mundur i dlaczego ostatnia plansza przedstawia rannego Bedřicha chodzącego samego po lesie w mundurze? Co takiego skłoniło autora do poprowadzenia narracji w ten sposób?

Fot. 3 Ostatnia plansza wystawy ,,Sudetenlove” przedstawiająca rannego Fritza/Bedřicha w lesie ubranego w mundur niemiecki, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Kątem oka zauważyłam, że za witryną stoi książka o tej samej nazwie, więc domyśliłam się, że ta komiksowa wystawa została zrobiona na jej podstawie. Nie zapoznając się z jej zawartością, miałam jednak poważny problem interpretacyjny. Stąd też sytuacja, którą przeżyłam na wystawie, skłoniła mnie do zastanowienia się, dlaczego tak wiele historii o Sudetach jest przedstawianych właśnie w ten sposób – są one urwane, niezrozumiałe i, przede wszystkim: smutne?

Skoro żyjąca na ziemiach czeskich ludność niemiecka i niemieckojęzyczna została wysiedlona ze swoich domów, to mogłoby się wydawać, że Sudety są pełne urwanych historii. Taki obraz poparty jest powszechnym stereotypem. Czasami pojawia się w wypowiedziach moich rozmówców. Da się go bez trudu zaobserwować wśród odwiedzających te tereny: przechadzając się po lasach czy polach, gdzie można jeszcze zauważyć obrysy dawniej stojących domów czy całych gospodarstw, mogą myśleć właśnie o takiej pustce. Krajobraz wspiera takie myślenie – nie mówię już nawet o zapomnianych cmentarzach, na których wszechobecna roślinność często uniemożliwia zlokalizowanie poszczególnych grobów. Ale czy Sudety faktycznie są krainą wyłącznie urwanych historii? A może to jednak, jak zasugerowałam już na wstępie, stereotyp?

Zaczęłam zastanawiać się nad przykładami potencjalnie urwanych historii z terenów, które badam – mogłyby być wywołane przez miejsca, w których dawniej stały domy lub inne budynki, a które obecnie są znane jedynie z fotografii i pocztówek albo opowieści ludzi, którzy jeszcze pamiętają jak wyglądały. Na miejscu tych budowli może dzisiaj znajdować się park i plac zabaw dla dzieci, tak jak w przypadku ewangelickiego kościoła w Libercu. Ale okazuje się, że chociaż tej świątyni już nie ma, to jej historia urywa się tylko z pozoru – dalej żyje w pamięci niektórych mieszkańców. Kiedy zaczynają przywoływać wygląd kościoła w swojej pamięci, to nie jest on wcale rozpadającym się budynkiem, jak chce tego część twórców dokumentów sprzed jego wyburzenia. Wspomnienia dotyczą kolorowych witraży, przez które co niedzielę wpadały promyki słońca, zdobionych kaset ściennych w nawach oraz na sklepieniu (fot. 4), widoku najróżniejszych kolorów i ornamentów na chustach, które zdobiły głowy uczestniczek odbywających się tam nabożeństw. Niekiedy wracają też do zapierającego dech w piersiach widoku na miasto, jaki roztaczał się z wieży kościelnej. Stał się on impulsem do pierwszego pocałunku jednej z par, z którą rozmawiałam. Historia tego kościoła zatem nie urwała się, choć mogłoby się tak wydawać – ale trwa dalej i to nie tylko we wspomnieniach, ale także w tych wszystkich przedmiotach, które zachowały się z jego wnętrza: obrazu ołtarzowego, klamki do głównych drzwi z niemiecką inskrypcją, malutkiej piszczałce z organów czy kasecie ściennej z ambony.

Takie przedmioty to tylko część rzeczy pozostawionych przez wysiedlonych Niemców. Drugą – wcale nie tak małą – stanowią budynki, w których dziś mieszkają współcześni mieszkańcy tych terenów. W różnym stopniu są oni świadomi tego, kto zamieszkiwał te domy przed ich dziadkami, o czym pisałam już wcześniej na naszym blogu. Otaczają ich liczne przedmioty, często codziennego użytku, pozostawione przez poprzednich mieszkańców. Te wszystkie rzeczy, tak samo jak te ocalałe ze wspomnianego zburzonego kościoła, dalej opowiadają historię o ludziach, którzy w nich mieszkali czy używali ich przed czy po wojnie.

Fot. 4 Kasety ścienne z kościoła ewangelickiego w Libercu, pokazane mi przez moich rozmówców, fot. Magdalena Bubík, 2025.

I tak samo po Hedce i Bedřichu możliwe, że też coś pozostało. Może były to narty, na których stojąc, Hedka pierwszy raz zobaczyła swojego Bedřicha? A może rower kolegi, na którym ten pojechał za nią do Belgii? Może przedmioty te mogłyby dalej opowiadać tę ich pozornie urwaną historię? Może opowiadałyby o uczuciu, które nie miało możliwości stać się miłością aż ,,do grobowej deski”. Nie wiadomo, co po nich pozostało, ale ze wspomnień moich rozmówców wiem, że nawet te najbardziej, zdawałoby się, urwane historie, są takimi tylko pozornie. A zatem, to towarzyszące mi w trakcie oglądania wystawy uczucie było sprzeciwem – wobec tego, jak czesto portretuje się te tematy. Nie zgodzę się, że Sudety to przestrzeń wypełniona “urwanymi” historiami, wiele zależy na to, czemu i jak się przyglądamy – i co chcemy zobaczyć.

Magdalena Bubík


[1] Ćwiek-Rogalska, K. (2018). Pamięć w słowach–o nieadekwatności pojęć (przypadek czesko-polsko-niemiecki). Acta Baltico Slavica, (42), 8-24.


Chcesz zacytować ten post?

Bubík, M. (2026, kwiecień 29). Sudety, czyli miłość i urwane końce? Spectral Recycling Research Blog.

V Denníku N vyšiel nový komentár od Michala Korhela

Pred niekoľkými dňami vyšiel nášmu výskumníkovi Michalovi Korhelovi komentár v slovenských novinách DenníkN pod titulom „Aj Slovensko má svoje Sudety“. V článku Michal vysvetľuje, že hoci Slovensko nemalo „Sudety“ v historickom zmysle ako Česko, existujú tu regióny, ktoré ich pripomínajú aspoň metaforicky.

V Česku Sudety predstavujú nielen geografické územie, ale aj symbol historickej traumy spojenej s nemeckou menšinou, druhou svetovou vojnou a povojnovým vysídlením. Zároveň dnes znamenajú aj periférne a ekonomicky slabšie oblasti.

Na Slovensku síce žila významná nemecká menšina, no v porovnaním s českými Nemcami nebola tak politicky ani územne súdržná. Napriek tomu aj tu po roku 1945 došlo k vysídleniu a prerušeniu historickej kontinuity, ktoré však v rámci slovenskej verejnosti zostalo menej reflektované.

Michal poukazuje aj na to, že niektoré slovenské regióny, ako napríklad Gemer či Novohrad, dnes vykazujú podobné znaky periférnosti ako české pohraničie – ekonomický útlm, odchod obyvateľstva a odstup od centra. Zároveň kritizuje zjednodušené stereotypy, ktoré tieto oblasti vykresľujú ako bez identity, a zdôrazňuje, že aj tu vznikajú nové formy lokálneho života a vzťahu k miestu.

Pojem „slovenské Sudety“ preto slúži skôr ako metafora, ktorou Michal upozorňuje na zanedbanú pamäť, regionálne nerovnosti a spôsob, akým centrum vníma perifériu.

Trenčín 2026 v Berlíne: Michal Korhel o nemeckom dedičstve v regióne Hornej Nitry

Koncom marca sa v priestoroch Veľvyslanectva Slovenskej republiky v Berlíne uskutočnil tematický večer venovaný projektu Európske hlavné mesto kultúry Trenčín 2026. Podujatie, ktoré organizoval Slovenský inštitút v Berlíne v spolupráci s Deutsches Kulturforum östliches Europa, ponúklo pestrý program zameraný na dejiny, kultúrnu pamäť a súčasné interpretácie mesta a regiónu.

Program večera bol rozdelený do viacerých tematických blokov. Osobitná pozornosť bola venovaná židovskému dedičstvu, pričom história trenčianskej synagógy bola predstavená v širšom kontexte dejín židovskej komunity na Slovensku. Silný osobný rozmer prinieslo vystúpenie Evy Umlauf, ktorá sa podelila o svoje spomienky na detstvo v Trenčíne a skúsenosť prežitia holokaustu. Literárna časť večera predstavila súčasnú tvorbu spätú s mestom, zatiaľ čo hudobný sprievod doplnil atmosféru podujatia a podčiarkol jeho multikulturálny rozmer.

Historický blok večera sa následne zameral na slovensko-nemecké kultúrne dedičstvo v regióne. V jeho rámci predstavil náš výskumník Michal Korhel problematiku nemeckého osídlenia v oblasti tzv. Hauerlandu, a to na príklade mesta Handlová a jeho okolia. Prezentácia vychádzala z Michalovho terénneho výskumu a sústredila sa na stopy nemeckého dedičstva v regióne, ako aj na súčasné formy pripomínania a reinterpretácie nemeckej prítomnosti. V svojom príspevku Michal poukázal na ambivalentný charakter tohto dedičstva, ktoré sa pohybuje medzi historickou kontinuitou a diskontinuitou spôsobenou povojnovými udalosťami. Na záver prezentácie zdôraznil, že nemecké dedičstvo nemožno vnímať výlučne ako uzavretú kapitolu dejín, ale ako dynamický prvok súčasnosti.

Na prezentácii Michal ďalej diskutoval s Brunhilde Reitmeier-Zwick, spolkovou predsedníčkou združenia Karpatských Nemcov v Nemecku, s ktorou otvorili širšie otázky zachovania kultúrneho dedičstva, identity a medzigeneračného prenosu pamäti v kontexte karpatskonemeckej komunity. Diskusia poukázala na význam dialógu medzi historickým výskumom a perspektívou samotných nositeľov tejto tradície.

A od teraz jesteście Francuzami. Post-przesiedleniowe pogranicza Europy Zachodniej

[ENG, Polish version below] In her latest entry for our blog, Karolina reflects on a question familiar to many researchers of Central and Eastern Europe: to what extent are the histories we study unique? Framed partly as a reflection on whether scholars ever fully “switch off,” even during holidays, the blog post turns a casual moment of travel into an opportunity for comparison. While visiting the region of Nice on the Mediterranean French coast, Karolina considers the area as a lens through which to think about post-displacement landscapes and layered sovereignties in Western Europe.




Fig. 1. Promenada Anglików, Nicea. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


Dziewięć linii
Zima roku 1820 była wyjątkowo ostra, nawet na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Wiele osób z okolicy ściągało do Nicei. Miasto oferowało bądź co bądź większą szansę na przeżycie niż surowe zbocza okolicznych Alp Nadmorskich. Od jakiegoś czasu miejscowość cieszyła się też powodzeniem wśród angielskiej arystokracji, która zaczęła spędzać tu zimy – i to właśnie Anglik, Lewis Way, proboszcz parafii anglikańskiej, która miała zaspokajać duchowe potrzeby nicejskich jaskółek, jak nazywano powracających regularnie gości, wpadł na pomysł, żeby rozrastającą się na skutek trudnej pogody biedotę miejską do czegoś zatrudnić. Tak powstała słynna Promenada Anglików, liczący dziś siedem kilometrów deptak, ciągnący się wzdłuż malowniczego morskiego wybrzeża (Fig. 1). Ten symbol Nicei jako miasta idealnego na dłuższy wypoczynek i podreperowanie zdrowia w momencie powstania jeszcze nie nazywał się z francuska: La Promenade des Anglais, ale bardziej po miejscowemu: Camin deis Anglés. Bo Nicea wcale nie należała wtedy do Francji.

Anglicy nie okażą się w tej historii ani tak ważni, ani przełomowi, jak można by było sądzić. Stanowią raczej idealny przykład społeczności dostatecznie bogatej i pochodzącej z kraju o niezbyt przyjemnej pogodzie, by licznie pojawiać się w tym mieście między morzem a górami, z klimatem sprzyjającym odpoczynkowi i oderwaniu się od codziennych spraw. W końcu pada tu zaledwie kilkanaście dni w roku. Nicea kusiła więc królową Wiktorię, ale i Terezę Palacką, żonę czeskiego budziciela Františka Palackiego, i niemieckiego filozofa Friedricha Nietzchego, który tu w okolicy wymyślił swojego nadczłowieka, i rosyjskiego dramaturga Antonina Czechowa. Ale nie każdy może dostać w mieście swój bulwar. Można więc spacerować trasami każdej niemal ze znanych osobistości, a jeśli czasu jest zbyt mało, rzucić na miasto okiem właśnie z Promenady Anglików. 




Fig. 2. Dziewięć skośnych linii. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2024.


I to właśnie tam odkryć, że coś tu jest inaczej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Niedaleko Esplanady George’a Pompidou wznosi się bowiem nad Promenadą Anglików szczególny pomnik. Neuf lignes obliques (Dziewięć skośnych linii, Fig. 2) przypomina trochę szyny kolejowe wyciągające się ku niebu, splątane ze sobą na szczycie jakby mówiły: koniec drogi. To dzieło Bernara Veneta – trzydziestometrowe słupy ze specjalnie przygotowanej stali mają symbolizować dziewięć dolin regionu Nicei i schodzące ku morzu góry. Odsłonięta w 2010 roku realizacja miała upamiętniać okrągłą, sto pięćdziesiątą rocznicę znalezienia się Nicei w granicach Francji. “Aha, czyli post-przesiedleniowy pomnik”, pomyślałam, stojąc przed nim po raz pierwszy, zastanawiając się, czy chodziło jedynie o zmianę granic. Czy ludzie, którym nagle oznajmiono, że stają się kimś innym, zostali na miejscu? Czy zdecydowali się wyjechać, a jeśli tak – to dokąd? Stałam tam wprawdzie na urlopie, nie jako badaczka, ale turystka właśnie, zwiedzająca wówczas po raz pierwszy nieznany sobie wcześniej region. Ale trudno jest zatrzymać myślenie, nawet na urlopie.

Laboratoria Europy Środkowej…

Lubimy myśleć, że jesteśmy wyjątkowi. Nie ma w tym zresztą nic zdrożnego – jednak w nauce często zastanawiamy się, czy przypadki, które badamy, są rzeczywiście wyjątkowe, czy też powinniśmy myśleć o nich jako o częściach składowych większych procesów. Może dałoby się na ich podstawie stworzyć model? Może to, co odkryliśmy na przykładzie niewielkiej gminy w północno-zachodnich Czechach, jest użyteczne dla badaczy w innych częściach Europy i poza nią, analizujących zbliżone procesy? Podobne zadanie postawiliśmy sobie przecież w tym projekcie. Wita każdego, kto odwiedza naszą stronę: czego możemy się dowiedzieć o wyłanianiu się nowych kultur z doświadczeń Europy Środkowej?

W pracach dotyczących tego kawałka Europy Środkowej, którym się zajmujemy w projekcie – zwłaszcza tego, na którym przeszłość odbiła się wyraźnie ze względu na masowe przemieszczenia, wysiedlenia i wędrówki – często pojawia się stwierdzenie, że właśnie dlatego jest to idealne laboratorium[1]. Metafora laboratorium doczekała się już kilku osobnych omówień[2] po tym, jak do jej popularności przyczynił się Bruno Latour, francuski antropolog i socjolog, którego pomysł był stosunkowo prosty: laboratorium to miejsce, w którym odbywają się eksperymenty, odcięta od świata przestrzeń możliwości (i błądzenia)[3]. Tyle że w przypadku Europy Środkowej laboratorium to nie tyle bezpieczna przystań, w której można się przyjrzeć, co stanie się, jeśli substancję A dodamy do probówki z substancją B. Procesy historyczne, które badamy, często sprawiają tu wrażenie takich, które wymknęły się spod kontroli, a wirus historii co jakiś czas zaczyna swobodnie grasować.

Jeśli jednak nauczymy się akomodować czujne badawcze spojrzenie – raz skupiając wzrok na bliskiej, domowej przestrzeni, a kiedy indziej patrząc gdzieś poza zwyczajowy horyzont, możemy znaleźć dość nieoczekiwane paralele. Nie powinnam się do tego przyznawać, ale i mnie zdarza się pracować na urlopie. Nie dlatego, że coś wtedy piszę albo zupełnie przypadkiem zajrzę do jakiegoś archiwum – ale, korzystając z metafory laboratorium – dlatego, że nie jest łatwo przerwać toczący się proces myślowy. Czasami więc i na urlopie myślę o tym, o czym myślę w pracy: czyli nad kondycją post-przesiedleniową jako specyficznym układem kulturowym, warunkującym tożsamość ludzi i miejsc. Mówiąc prościej: w jaki sposób to, że dany region ma za sobą burzliwą przeszłość – sprawiającą, że korzenie rodzinne wielu osób wyrastają z gleby przesiedleńczego doświadczenia – wpływa na życie codzienne w takim miejscu. Czy widać to w codziennych praktykach? W języku, w sferze symbolicznej: w pomnikach czy nazwach ulic? W działalności instytucji: muzeów, wspólnot religijnych, szkół, urzędów? A może przekłada się to na relacje między mieszkańcami, zarówno w obrębie regionu, jak też między nimi a osobami, które pochodzą z miejsc, gdzie historia przymusowych migracji nie odcisnęła aż takiego piętna, by nazwać je obszarami post-przesiedleniowymi?

…i Zachodniej

Bardzo daleko od Europy Środkowej, bo w południowej Francji, leży właśnie Nicea, o której dzisiaj piszę – po francusku Nice, po włosku Nizza, w języku oksytańskim Nissa. Doświadczenie wyniesione z codziennego pisania o miejscowościach, którymi się zajmujemy – o ich złożonej tożsamości polsko-niemieckiej, czesko-niemieckiej, słowacko-niemieckiej czy polsko-czeskiej – procentuje, nie jestem wcale zdziwiona, że najlepiej byłoby zapisać je pewnie tak: Nice|Nizza, jak Wałcz|Deutsch Krone czy Liberec|Reichenberg. Te podwójne nazwy są rzadko wyłącznie świadectwem popularności miejsca – sięgającego tak daleko, że warto je, jak chociażby stolice państw, nazwać w swoim języku.

W 1860 roku Hrabstwo Nicei zostało włączone do Francji w zamian za pomoc udzieloną Królestwu Sardynii, która umożliwiła zdobycie Lombardii w czasie wojny z Austrią i wsparła proces zjednoczenia Włoch. Wcześniej też miewało swoje “francuskie” epizody: przyłączał je do Francji choćby Napoleon Bonaparte w latach 90. XVIII wieku. W stulecie tego wydarzenia Nicea postawiła nawet w jednym z publicznych ogrodów pomnik, który miał to upamiętnić (Fig. 3). Porządkujący ponapoleońską Europę Kongres Wiedeński zwrócił jednak hrabstwo dynastii sabaudzkiej. Jak na ironię, bo już kilkadziesiąt lat później rządzone przez nią Królestwo Sardynii stało się kołem zamachowym kolejnej przebudowy europejskiej mapy: zjednoczenia Włoch. Właśnie w trakcie tego procesu przyszłe Włochy zrzekły się Nicei – w wymiarze symbolicznym to dość paradoksalne, bo to w tym mieście urodziła się postać najsilniej kojarzona ze zjednoczeniem: Giuseppe (ale nie Joseph) Garibaldi. Do dziś jego uparcie obsiadany przez mewy pomnik góruje nad jednym z głównych placów miasta.




Fig. 3. Monument du Centenaire, mający upamiętniać stulecie włączenia Nicei do Francji przez Napoleona w 1793 roku – które trwało wówczas zaledwie kilkanaście lat. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


W nicejskim Musée Masséna, zabytkowej willi mieszczącej stałą ekspozycję na temat historii miasta, można zupełnie przegapić to przejście z lokalnej włoskości na państwową francuskość. Prezentują je dwa zestawione ze sobą formalne obwieszczenia. Po jednej stronie wisi “Proclamation du Roi aux habitants de la Savoie et de Nice”, Obwieszczenie królewskie do mieszkańców Sabaudii i Nicei (Fig. 4) – królewskie, bo wydane przez Wiktora Emanuela II, wówczas króla Królestwa Sardynii, a rok po tym obwieszczeniu pierwszego władcy Królestwa Włoch. Ogłasza, że będzie miało miejsce “ponowne zjednoczenie” tych regionów z Francją. U kogoś wychowanego tak jak ja na polskich “Ziemiach Odzyskanych”, sformułowanie o ponownym zjednoczeniu musi budzić pewne podejrzenia. Co właściwie chce się nam tu powiedzieć, a co zasugerować? Wiktor Emanuel twierdzi, że choć z ciężkim sercem, ale poświęca Niceę z uwagi na zasługi francuskiego sojusznika, podkreślając równocześnie łatwość w stosunkach handlowych, jaka stanie się udziałem miejscowych ze względu na bezproblemowe połączenie z nową ojczyzną. Nie bez znaczenia jest, jak oznajmia, także pokrewieństwo języka. Wszystko razem ma sprawiać wrażenie, że to “ponowne zjednoczenie” jest po prostu wynikiem sensownej umowy – Nicejczykom będzie we Francji po prostu lepiej. 

Ale wymagana jest zgoda – ma się odbyć referendum. W teorii przyłączenie nie było bowiem wrogim przejęciem czy wojskowym zajęciem – odbył się plebiscyt[4]. Mieszkańcy mieli się wypowiedzieć przede wszystkim “za”. Głosowanie umożliwiono wszystkim mężczyznom bez względu na klasę społeczną i posiadany majątek, a ten brak cenzusu majątkowego nie był wówczas wcale tak oczywisty. Wystarczy przypomnieć, że na przykład w austriackiej części Austro-Węgier aż do 1907 roku obowiązywał system kurialny – głosujący mężczyźni podzieleni byli według stopnia posiadania na kurie, a im wyżej było się w takiej hierarchii, tym bardziej znaczący był oddany głos, bo klasy posiadające miały możliwość wybrania większej liczby swoich reprezentantów. Francuzi przyjmą was jak braci, zapewniał król, i kończył: “Oby wasze spotkanie z Francją było kolejnym spoiwem między dwoma narodami, których misją jest współpraca na rzecz rozwoju cywilizacji”. Rzecz to zatem nie tylko lokalna, ale światowa.



Fig. 4. Obwieszczenie Wiktora Emanuela. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, Nicea, grudzień 2025.


Po drugiej stronie wisi inna Proclamation (Fig. 5) – podpisana tym razem, po stosownych, wyrażonych na piśmie okrzykach na cześć cesarza i cesarzowej, przez senatora i cesarskiego wysłannika prosto z Paryża, Pierre’a Marie Piétriego. “Waszym życzeniom stało się zadość”, oznajmia na wstępie. Tu jest plebiscytowy pies pogrzebany: pisze to już po referendum, które miało miejsce w połowie kwietnia, więc mowa jest nie o oddawaniu, ale o woli ludu. Senator właśnie podpisał akt ponownego zjednoczenia tego regionu z Francją. “Od tego dnia począwszy”, podkreśla, “jesteście Francuzami z narodowości, tak jak wcześniej byliście nimi z uczucia”. Od dzisiaj jesteście Francuzami – co za zdanie, wyobrażam sobie zgromadzonych wokół obwieszczenia mieszkańców. I dalej senator ciągnie w podobnym stylu: że oto przyjmuje Nicejczyków w wielkiej rodzinie, która jest szczęśliwa i dumna, że powrócili na jej łono. Cesarz się o was zatroszczy, kończy Piétri. Przynajmniej na jakiś czas, myślę, bo przecież za dekadę II Cesarstwu Francuskiemu brutalnie położą kres Prusacy, dążący wówczas do zjednoczenia Niemiec w jedną rzeszę. Francja, która otrzyma Niceę od jednoczących się Włochów, straci cesarza przez jednoczących się Niemców. Po tym, jak Nicejczykom oznajmiono, że zostają Francuzami, około jedenastu tysięcy osób – wówczas jednej czwartej mieszkańców miasta – zdecydowało się wyjechać. Niektórych wydalono przymusowo z powodów politycznych. Czyli jednak nie chodziło wyłącznie o zmianę granic.




Fig. 5. “Od dzisiaj jesteście Francuzami”. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


Czy zatem post-przesiedleniowość – warstwowe lokalne tożsamości, wymykające się sztywno narzuconym ramom narodowościowym, zmieniające się zwierzchnictwo polityczne — które często kojarzymy ze słowiańską Europą Środkową, rzeczywiście są tak wyjątkowe, jak czasem zakładamy? Czy to raczej cecha pograniczy, nawet tych, które nie od razu widać na dzisiejszych mapach? Regionów w jakiś sposób atrakcyjnych, przyciągających spojrzenia, wartych zachodu? Wzięcie pod uwagę nieoczywistego dzisiaj niekiedy statusu zachodnioeuropejskich pograniczy i ich historii – równie skomplikowanej i złożonej jak te środkowoeuropejskie – pozwala wymknąć się spracowanym już nieraz metaforom, jak choćby “tygiel”. Czy ktoś napisałby o przeszłości zachodniej Europy jako o tyglu? Czy takie określenia nie były tradycyjnie zarezerwowane dla Europy Środkowej, krainy wszędzie i nigdzie, która z zachodu jawiła się niczym zmyślona przez Agathę Christie Herzoslovakia: łącząc w sobie te elementy, które wydawały się zbyt podobne, a przez to niezrozumiałe? A jednak, jeśli przyjrzeć się uważniej, to spojrzenie z dystansu może mylić niezależnie od tego, czy nasz wzrok kierujemy na wschód, czy na zachód. Może nie warto zatem w ten sposób mówić i o Europie Środkowej – nawet jeśli jakiś tygiel zaplątał się do naszego laboratorium. Niech ostygnie, można go spokojnie odstawić na półkę i sięgnąć po użyteczniejsze narzędzia.

Karolina Ćwiek-Rogalska



[1] Zob. np. Spurný, M. (2011). Nejsou jako my: Česká společnost a menšiny v pohraničí (1945-1960). Praha, Antikomplex.

[2] Kil, A., Małczyński, J., & Wolska, D. (2017). Ku laboratorium humanistycznemu. Teksty Drugie. Teoria literatury, krytyka, interpretacja, (1), 274-285.

[3] Latour, B. (2009). Dajcie mi laboratorium, a poruszę świat (K. Abriszewski & Ł. Afeltowicz, Trans.). Teksty Drugie. Teoria literatury, krytyka, interpretacja, (1/2), 163–192.

[4] Sawchuk, M. (2011). The Daily Plebiscite: Political Culture and National Identity in Nice and Savoy, 1860-1880 (Doctoral dissertation, UC Berkeley).


Chcesz zacytować ten post?

Ćwiek-Rogalska, K. (2026, marzec 27). A od teraz jesteście Francuzami. Post-przesiedleniowe pogranicza Europy Zachodniej. Spectral Recycling Research Blog.

„Na SNP si spomenieš, keď dostaneš odznak.“ Päťdesiaty ročník Pochodu vďaky SNP z obce Cígeľ do Handlovej — medzi telesnou skúsenosťou a mediálnou reprezentáciou.

[ENG, Slovak version below] In this blog post, Michal examines the March of Gratitude to the Slovak National Uprising (SNP) as a contemporary commemorative practice combining embodied participation and mediated remembrance. Based on participant observation and informal interviews, he analyses how physical movement through historically marked landscapes generates a potential for experiential memory, which nevertheless remains largely implicit. In the text Michal highlights the tension between lived experience and symbolic closure, arguing that the commemorative meaning of the march is often activated retrospectively (if at all) rather than during participation itself.


Kráčam zimným horským terénom. Palicami si pomáham, aby som sa na zasneženom chodníku pošmykol. Pravidelne sa snažím zaznamenávať si moje pocity a pozorovania okolitej atmosféry. Tento text vzniká z mojej pozície účastníka Pochodu vďaky SNP (Slovenského národného povstania). Nejde tu o rekonštrukciu minulosti, ale o snahu porozumieť tomu, čo dnes znamená pripomínať SNP, a konkrétne v tomto prípade prostredníctvom pohybu v krajine. 

Po potlačení povstania na jeseň 1944 pokračoval ozbrojený odpor voči Nemcom a slovenským kolaborantom v hornatej krajine partizánskym spôsobom boja. Partizáni operovali aj v horách medzi Handlovou a neďalekou obcou Cígeľ, ktorej obyvatelia ich podporovali. To sa im stalo osudným 13. januára 1945, keď bol Cígeľ za pomoc partizánom prepadnutý nemeckými trestnými jednotkami. Viac než dvesto obyvateľov bolo odvlečených a mučených. Ôsmi z nich to neprežili. Na počesť týchto udalostí zorganizovala v roku 1976 skupina miestnych nadšencov bežkársku akciu „Biela stopa“, z ktorej sa od roku 1980 stal „Pochod vďaky SNP“. Ja som sa tohto roku zúčastnil jeho 50. ročníka. Na papieri ide o pamätné podujatie, v skutočnosti však pochod funguje ako niečo oveľa vrstvenejšie: ako zmes pamäťového rituálu, turistickej akcie a lokálnej sociálnej udalosti.

Zo štyroch možných trás som si vybral tú najdlhšiu: 15 kilometrov z Cígľa až do Handlovej. Zároveň išlo aj o tú najnáročnejšiu trasu, hoci som počas pochodu stretával aj rodiny s deťmi. Už po niekoľkých kilometroch som si uvedomil, že pochod vytvára úplne iný vzťah k pamäti než klasický pomník. Prechod z lesa na exponované veterné úseky, monotónne stúpanie, chlad a únava, postupná strata presného vnímania času… Práve tieto faktory pre mňa vytvárali podmienky pre pamäťovú skúsenosť, ktorá sa neviaže na naratívne sprostredkovanie histórie, ale na telesné prežívanie priestoru a času. Ide o formu pamäti, ktorú možno označiť ako implicitnú alebo predreflexívnu. Je to pamäť, ktorá sa zapisuje do tela prostredníctvom pohybu, únavy a orientácie v krajine, ktorá bola historicky miestom vojenských operácií, úkrytov a represie.

Kladenie vencov k pomníku obetiam prvej a druhej svetovej vojny v Cígli. Foto: Michal Korhel

Paradoxne však práve tento pamätný potenciál zostáva počas pochodu často neartikulovaný. Oficiálny program – kladenie vencov k pomníku obetiam prvej a druhej svetovej vojny v Cígli a poďakovanie organizátorom – si pozrel len zlomok z viac ako 2200 účastníkov celej akcie. Hoci sa na predchádzajúcich ročníkoch zúčastnili aj predstavitelia štátu, tento rok pri pamätníku v Cígľi chýbali. Vysvetlenia boli pragmatické (všetci oslovení boli odcestovaní alebo mali iné pracovné povinnosti), no reakcia organizátorov bola výpovedná: pre nich je to vraj takto aj lepšie, lebo pozornosť dostanú miestni, ktorí sa o túto akciu zaslúžili.[1] Pamäť SNP tak pre tých, ktorí sa tohto programu zúčastnili, fungovala ako lokálny rituál, nie ako súčasť štátnej politiky pamäti. Bez veľkých prejavov, bez ideologických aktualizácií, bez snahy nanovo vysvetľovať, čo SNP znamená dnes.

Štátny prístup k SNP je pomerne jasný a dlhodobo ustálený. Každý rok sa 29. augusta, na výročie vypuknutia povstania konajú hlavné oslavy v Múzeu SNP v Banskej Bystrici. Najvyšší ústavní činitelia, predstavitelia armády aj diplomati si tu povstanie pripomínajú ako rozhodujúci moment protifašistického odboja a ako jasné prihlásenie sa Slovenska k demokratickým a humanistickým hodnotám. Tento pohľad sa následne prenáša aj do školských učebníc, verejných prejavov prezidenta či vlády.

V kontraste s touto centralizovanou a symbolicky silne rámcovanou pamäťovou politikou pôsobí lokálne podujatie ako pamäť „zdola“. Táto lokálnosť má svoju autenticitu a kontinuitu, no zároveň aj svoje slabé stránky. Pamäť zostáva uzavretá sama do seba a je len málo reflektovaná v súčasnom politickom a spoločenskom kontexte. Ide pritom o formu lokálnej kultúrnej pamäti, ktorá je viazaná na konkrétne miesto, aktérov a generačný prenos skúsenosti.

Pamätná izba v Cígli s výstavou venovanou SNP a jeho miestnym následkom. Foto: Michal Korhel

Väčšina účastníkov pochodu kráčala v skupinách: rodiny, známi, partie kamarátov. Po ceste sa ľudia zdravili, rozprávali sa o práci, o rekonštrukciách bytov, o počasí, o únave. SNP sa však v spontánnych rozhovoroch prakticky neobjavovalo. Témou sa stalo, až keď som sa na to konkrétne opýtal. Už samotná moja otázka tak vstupovala do situácie ako intervenčný prvok. Pomenovaním témy som ju zároveň vytváral. Priama prítomnosť výskumníka tu nefungovala neutrálne; rozhovory boli spolutvorené výskumnou situáciou a vedomím, že ide o „tému hodnú odpovede“.

Moje krátke rozhovory s účastníkmi ukazujú široké spektrum ich motivácií. Niektorí spomenuli úctu k partizánom, symboliku okrúhleho výročia a vedome si týmto spôsobom pripomínali povstanie. Tento hlas však zostal skôr výnimkou. Pre väčšinu zúčastnených bol pochod predovšetkým prechádzkou v prírode, rodinnou tradíciou, spoločenskou udalosťou alebo jednoducho príležitosťou ísť von v skupine, kde sa netreba báť byť sám.  

SNP tu funguje skôr ako názov a legitimačný rámec než ako aktívny význam, ktorý by formoval samotné prežívanie cesty. Vzťah k minulosti sa v tomto prostredí nevytvára prostredníctvom explicitnej reflexie či interpretácie, ale skôr ticho, prostredníctvom opakovania rituálu a samozrejmosti účasti. Minulosť je prítomná, no nie tematizovaná – je súčasťou kulisy, nie predmetom vedomého premýšľania.

Začiatok pochodu s obcou Cígeľ v pozadí. Foto: Michal Korhel

Výstižným zhrnutím týchto skúseností je odpoveď jedného z účastníkov ohľadom pochodu v kontexte spomienky na SNP: „Na SNP si spomenieš, keď dostaneš odznak.“ Odznak, ktorý účastníci dostanú na konci trasy, tak spätne funguje ako pamäťový spúšťač. Až po výkone, po prejdení trasy, po splnení úlohy, prichádza symbolické pripomenutie významu. Pamäť tu nie je procesom, ale bodom. Nie je rozprávaná počas cesty, ale distribuovaná na jej konci.

Počas pochodu bolo možné vybrať si z tratí rôznych náročností. Michal šiel tou najdlhšou z Cígľa do Handlovej. Foto: Michal Korhel

Do tejto žitej pamäťovej praxe vstupuje mediálna reprezentácia pochodu v hlavnom spravodajstve Slovenskej televízie. Zaradenie reportáže o jeho minulosti a priebehu do hlavného vysielacieho času legitimizuje podujatie ako celospoločensky relevantnú pamäťovú udalosť. Reportáž poskytuje základný historický rámec, pracuje s pamätníkmi, osobnými výpoveďami a zdôrazňuje kontinuitu tradície. SNP je tu prezentované ako morálne jednoznačný bod národnej pamäti, zbavený vnútorných rozporov a konfliktov.

Screenshot z reportáže Slovenskej televízie o pochode publikovanej na facebooku 18.1.2026.

Tento spravodajský formát však neumožňuje hlbšiu reflexiu historickej komplexity povstania ani jeho neskorších ideologických reinterpretácií. Tragédia obce Cígeľ je uzavretá do naratívu obete a vďaky, bez explicitného presahu k širším otázkam kolektívnej viny, násilia či zodpovednosti. To, čo je v pochode prítomné ako ticho, fyzická námaha a rozptýlená pozornosť, sa v médiu transformuje na uhladený a stabilizovaný pamäťový obraz.  

Práve tu sa ukazuje rozpor medzi miestnou a národnou pamäťou: zatiaľ čo lokálne spomínanie je fragmentárne, telesné a situované v konkrétnom priestore a skúsenosti, mediálna a národná rovina ho prepisuje do jednotného, symbolicky zrozumiteľného príbehu. Miestna pamäť pracuje s konkrétnou stratou a komunitnou kontinuitou; národná pamäť ju zasádza do širšieho rámca protifašistického mýtu a štátotvorného naratívu. V tomto preklade sa síce posilňuje jej reprezentatívnosť, no zároveň sa stráca jej ambivalencia a otvorenosť.

Výsledkom je koexistencia dvoch pamäťových rovín: žitej, telesnej a prevažne neartikulovanej skúsenosti účastníkov a oficiálnej, naratívne uzavretej pamäti sprostredkovanej verejnoprávnym médiom. Ich vzťah nie je antagonistický, no zároveň medzi nimi existuje len slabé prepojenie. Pamäť SNP sa tak pohybuje medzi tradíciou, rituálom a mediálnym obrazom, pričom jej reflexívny potenciál zostáva do veľkej miery nevyužitý.

Trať bola síce dobre značená, no vyskytli sa aj momenty, kedy bolo lepšie opýtať sa, kam ďalej.
Foto: Michal Korhel

Aj preto veta „Na SNP si spomenieš, keď dostaneš odznak“ presahuje individuálnu skúsenosť účastníka a možno ju čítať ako symptomatickú pre širší spôsob fungovania kolektívnej pamäti SNP v súčasnom Slovensku. Pamäť tu funguje cez symboly a rituály, nie ako priebežná reflexia počas samotnej skúsenosti. Pochod vďaky SNP pritom disponuje výrazným pamäťovým potenciálom práve vďaka svojej telesnosti, časovej náročnosti a priestorovému ukotveniu v krajine, ktorá bola historicky miestom násilia a odporu. Tento potenciál však zostáva prevažne implicitný. Ak má pochod fungovať nielen ako udržiavaná tradícia, ale aj ako reflexívna pamäťová prax, vyžaduje si to vedomé prepojenie žitej skúsenosti účastníkov s historickým a interpretačným rámcom. Ten by umožnil uchopiť SNP nielen ako uzavretý príbeh minulosti, ale ako otvorený referenčný bod. V tomto zmysle by SNP mohlo slúžiť ako nástroj porozumenia súčasným formám moci, násilia a občianskej zodpovednosti.

Michal Korhel


[1] Počas rozhovorov v Handlovej niektorí narátori poukázali na to, že práve prítomnosť politikov ich od účasti na tomto podujatí odrádzala.


Korhel, M. (2026, február 25). „Na SNP si spomenieš, keď dostaneš odznak.“ Päťdesiaty ročník Pochodu vďaky SNP z obce Cígeľ do Handlovej — medzi telesnou skúsenosťou a mediálnou reprezentáciou. Spectral Recycling Research Blog.

Widmo domovine/Sablast domovine

Wpis blogowy gościnnie przygotowała Angelika Zanki, facylitatorka i managerka w grancie Spectral Recycling/The blog post was quest-written by Angelika Zanki, research facilitator and manager in Spectral Recycling grant

[ENG, Polish and Croatian version below] Starting from Juan Vucetich’s invention of fingerprint identification, the essay draws a parallel between forensic traces and the experience of Croatian emigrants in South America, inspired by Jacques Derrida’s concept of hauntology. The homeland appears as a “specter”: geographically absent yet socially, emotionally, and politically present through language, rituals, music, and religion in the collective memory of a diaspora. In her text, Angelika shows how diaspora communities sustain an imagined, often idealized Croatia that shapes their everyday life and even mobilizes action, especially during moments of crisis such as the 1990s war. It is a reflection on how the past returns, not as something fully present, but as a force that continues to act.

Ryc. 1. Znaczek pocztowy z podobizną Juana Vuceticha i informacją o tym, że jest twórcą argentyńskiego systemu daktyloskopii, źródło: World stamps/Poštanska marka s likom Juana Vuceticha i informacijom da je izumitelj argentinskog sustava daktiloskopije, izvor: World stamps.


Odcisk palca jest jednym z najbardziej ulotnych śladów ludzkiej obecności — chwilowym zapisem dotyku, który znikna niemal natychmiast. A jednak to właśnie ten efemeryczny znak stał się jednym z najtrwalszych fundamentów nowoczesnej identyfikacji. Dziś przykładamy palec do smartfonu, przekraczamy granice i potwierdzamy tożsamość, nie zastanawiając się, że operujemy czymś, co jest jedynie widmową pozostałością ciała.

Pod koniec XIX wieku Juan Vucetich[1], chorwacki emigrant z wyspy Hvar pracujący w policji argentyńskiej, dostrzegł w tym śladzie potencjał większy niż w ludzkiej pamięci czy zeznaniach świadków. Jego metoda polegała na katalogowaniu i porównywaniu odcisków palców — utrwalaniu chwilowej obecności i przywoływaniu jej na nowo w innym czasie i miejscu. W tym sensie odcisk nie reprezentował osoby wprost, lecz funkcjonował jak widmo: znak nieobecnego, który może powracać i rozstrzygać o losie ludzkim.

W tym wpisie przyjrzę się widmu ojczyzny w świecie emigrantów chorwackich  w Ameryce Południowej[2] w kontekście widmontologii Jacquesa Derridy – koncepcji, według której przeszłość nigdy nie odchodzi całkowicie, lecz powraca jako widmo, nawiedzając teraźniejszość i przyszłość, koncepcji nieobcej naszemu zespołowi. Derrida pisał o widmach jako o tym, co jest ani w pełni obecne, ani całkowicie nieobecne, a jednak realnie działające. Daktyloskopia Vuceticha doskonale wpisuje się w tę logikę — system oparty na śladach, które nie należą już do ciała, lecz nadal je reprezentują. Ta zależność między obecnością a nieobecnością, śladem a źródłem, jest dla mnie punktem wyjścia do dalszych rozważań o widmie ojczyzny w życiu emigrantów.

W przypadku, którym się zajmuję, emigranci balansują pomiędzy teraźniejszością w nowej lokalnej społeczności a dziedzictwem z przeszłości, którego nie chcą się wyrzekać. Tak rozumiana emigracja to zatem zerwanie z fizyczną przestrzenią ojczyzny, ale nie z jej duchową obecnością – osiedlenie się w nowej przestrzeni nie oznaczało odcięcia od tradycji, zwyczajów, czy języka. W dodatku ta sytuacja dotyczy nie tylko tych, którzy faktycznie kiedyś mieszkali w Chorwacji, ale również ich potomków, wielokrotnie tworzących na swój użytek wyobrażenie ojczyzny przodków jedynie na podstawie opowieści rodziców, dziadków czy pradziadków. Ich wspomnienia z kolei pełne są nostalgii. Jest to więc Chorwacja wyobrażona, nieograniczona do przestrzeni fizycznej – często idealizowana, zatrzymana w czasie, przefiltrowana przez wspomnienia i przekazy rodzinne.

Tęsknota za ojczyzną opuszczoną, a jednocześnie wyobrażoną przez kolejne pokolenia, które nigdy jej nie znały, nie jest jedynie sentymentem, lecz formą nowoczesnej nostalgii, o jakiej pisze Svetlana Boym[3]. Nie dotyczy ona tylko konkretnego miejsca, lecz raczej „innego czasu” – czasu uznawanego za lepszy, spokojniejszy, znanego z rodzinnych opowieści, rytuałów i symboli. Taka nostalgia rodzi się z doświadczenia migracji i zerwania ciągłości życia w jednym miejscu; nie stoi więc w sprzeczności z nowoczesnością, ale jest jej konsekwencją. Ojczyzna staje się w tym ujęciu przestrzenią wyobrażoną, częściowo mityczną, do której nie da się wrócić dosłownie, lecz którą można stale odtwarzać w pamięci zbiorowej. Co ważne, nostalgia ta nie jest skierowana wyłącznie w kierunku przeszłości: wyobrażenia ojczyzny, tworzone przez potrzeby teraźniejszości, wpływają na sposób myślenia o tożsamości, wspólnocie i przyszłości. Dla kolejnych pokoleń diaspory ojczyzna funkcjonuje więc jako punkt odniesienia zawieszony między pamięcią a wyobrażeniem, łączący osobiste doświadczenia z historią całej wspólnoty.

Argumentuję więc, że chorwackie dziedzictwo w diasporze południowoamerykańskiej w XIX wieku było widmem, które powracało poprzez rytuały, wspomnienia, język i symbole, funkcjonując mimo odległości ojczyzny i jej fizycznej nieobecności. Taką widmową obecność Chorwacji wstępnie wyróżniam na kilku płaszczyznach: w języku i działalności wydawniczej, gdy Chorwaci w Ameryce Południowej pielęgnowali swój język w rodzinach, stowarzyszeniach i kościołach, umożliwiając dzieciom jego naukę, a dorosłym śledzenie wydarzeń w ojczyźnie oraz przekazywanie informacji rodakom w Europie[4]; w religii i świętach, poprzez wspólne obchody dni patronów, msze w tradycyjnym obrządku odprawiane po chorwacku oraz procesje przenoszące rytuały z wysp Adriatyku[5] do nowych parafii; w muzyce i tańcu, gdy kluby chorwackie organizowały wieczory pieśni i tańców ludowych, a melodie z Dalmacji rozbrzmiewały w domach kultury; wreszcie w kuchni i zwyczajach domowych, gdzie przepisy przywoływały zapach ojczyzny, a jednocześnie budowały wspólnotę w nowym kraju. Chorwatom zależało również na tym, aby ich działalność w nowych miejscach zamieszkania wyraźnie odnosiła się do ich pochodzenia oraz do poglądów politycznych związanych z przyszłością ojczyzny.

Ryc. 2. Chorwacki Dom Juričicia i Turiny, Porvenir, Ziemia Ognista, 1906 r., źródło: Biblioteka Narodowa Chile

Dostrzegam to choćby w tym, że nazwy stowarzyszeń czy domów kultury, a nawet sklepów, zaczynały mieć w swoich nazwach określenia takie jak “Dom Chorwacki ” czy “Stowarzyszenie chorwackie”[6]. Taką sytuację widzimy choćby na ilustracji powyżej: widnieje na niej sklep pod nazwą “Casa Croata”, czyli właśnie “Dom Chorwacki”.

Na zdjęciu poniżej widać przedstawicieli Klubu Chorwackiego w 1915 roku. Nazwa wskazuje, że grupa była jednorodna narodowościowo, w tle widać też poza flagą herby Chorwacji, Slawonii i Dalmacji, a zatem chorwackich regionów, i portret bana Josipa Jelačicia, który, dowodził wojskami w tłumieniu powstania węgierskiego i powołał Bańską Radę – pierwszy nowoczesny rząd Chorwacji, co ma wskazywać na przywiązanie do symboliki odnoszącej się do ojczyzny i przemian politycznych, które w tym czasie tam zachodziły i zaangażowania w nie. Charakterystyczną cechą emigrantów chorwackich było utrzymywanie, że wyjazd jest tymczasowy i jeśli tylko sytuacja pozwoli, wrócą do domu.

Ryc. 3. Otwarcie Klubu Chorwackiego w Punta Arenas, źródło: Archiwum Historyczne Imigracji Chorwackiej w Chile

Każda z powyższych płaszczyzn pozwala na ukazanie się widma ojczyzny: nieobecnej w sensie geograficznym, ale obecnej w życiu społecznym i pamięci, często w formie subtelnej, przystosowanej do nowych warunków, kształtując codzienne życie społeczności. Tak jak odciski palców dla Vuceticha stały się dowodem obecności nieobecnego, tak np. pieśni, msze, tańce i święta chorwackie pozostawały w codziennym życiu emigrantów. Widmo ojczyzny nie zniknęło wraz z czasem, lecz trwa jako stały punkt odniesienia w życiu diaspory. Przykład wspólnoty chorwackiej w Ameryce Południowej pokazuje, że ojczyzna przekracza granice państwa, co widoczne jest zwłaszcza w momentach kryzysu, takich jak wojna o niepodległość w latach 90. XX wieku. Kluby i stowarzyszenia chorwackie organizowały w tym czasie m. in. koncerty, aukcje, zbiórki pieniędzy i zakup broni dla obrony ojczyzny. Trafiały one do Chorwacji, która pozostawała wprawdzie daleko, ale jej losy zależały również od wysiłków Chorwatów w Ameryce Południowej. Ojczyzna nie jest obecna w nowym kraju zamieszkania, lecz mobilizuje, domaga się reakcji i wywołuje poczucie obowiązku wobec wspólnoty. Informacje o wojnie, represjach czy walce politycznej ożywiają wyobrażoną ojczyznę, mimo geograficznej separacji. Msze „za ojczyznę” odprawiane tysiące kilometrów od frontu, wspólne oglądanie wiadomości z obszarów objętych wojną – codzienność emigrantów zostaje „nawiedzona” przez konflikt w ojczyźnie. Dla diaspory wsparcie finansowe, działalność organizacyjna czy publiczne manifestacje stają się formą „walki na odległość”. Są to działania, które pozwalają przekroczyć granice przestrzeni i poczucie bezsilności, a jednocześnie potwierdzają przynależność do narodu. Ojczyzna funkcjonuje tu nie tyle jako realne miejsce, ile jako moralne i symboliczne zobowiązanie. Choć kraj nie jest bezpośrednio obecny w codziennym życiu diaspory, to w chwilach kryzysu staje się niezwykle intensywnym punktem odniesienia. Widmo ojczyzny (była nowym państwem, wciąż kształtującym się podczas wojny) mobilizowało Chorwatów z Ameryki Południowej, wywoływało emocje, decydowało o tym, na co ludzie wydawali pieniądze. Było ono tym, co powraca, i co nawiedza teraźniejszość.

Widmontologia pozwala nam myśleć o diasporze nie jako o „oddzielonej” od ojczyzny, lecz jako równoległej przestrzeni, w której to, co przeszłe, współistnieje z tym, co obecne – w reinterpretowanej, widmowej formie. Zarówno wspomniane na początku tego wpisu odcisk palca, jak i ojczyzna w doświadczeniu emigracji, funkcjonują jako ślady nieobecnego – kruche, a jednocześnie zadziwiająco trwałe. Widmontologia pozwala uchwycić ten paradoks: to, co minione i oddalone, nie znika, lecz ujawnia się w postaci praktyk, emocji i decyzji, realnie wpływając na teraźniejszość. Chorwacka diaspora w Ameryce Południowej nie tylko pamięta ojczyznę, ale stale ją przywołuje, rekonstruuje i uruchamia w nowych warunkach. Ojczyzna staje się widmem, które nawiedza codzienność, organizuje wspólnotę i pokazuje, że przeszłość (głównie przodków, a nie kolejnych generacji urodzonych w krajach południowoamerykańskich, które często nie odwiedziły Chorwacji i nie znają języka chorwackiego) nigdy nie zostaje ostatecznie zamknięta.

Pytaniem, na które należałoby odpowiedzieć jest, skąd pochodzi „widmo” i dlaczego się pojawiło. W artykule, który powstaje, postaram się udzielić na nie odpowiedzi; ten esej stanowi tylko wstęp do tych analiz. Moja początkowa hipoteza brzmi, że w każdej fali migracji Chorwatów do Ameryki Południowej „widmo” pojawiało się w związku z poczuciem niesprawiedliwości i przymusu. Większość migrantów była zmuszona do opuszczenia ojczyzny – czy to wskutek represji, czy decyzji politycznych państw, do których należały zamieszkiwane przez Chorwatów tereny. Jednocześnie Chorwaci tworzyli transnarodową wspólnotę polityczną[7] , zarówno jeszcze będąc w ojczyźnie, jak i po osiedleniu się w nowych krajach, podtrzymując więzi, organizując życie społeczne i polityczne.

Angelika Zanki


[1] Dawniej Ivan Vučetić – wskutek asymilacji w krajach południowoamerykańskich nastąpiła modyfikacja imion i nazwisk chorwackich na brzmienie bardziej hiszpańskie lub portugalskie, zostały one też pozbawione znaków diakrytycznych).

[2] Na podstawie badań Ivana Čizmicia, Dražena Živicia oraz Ivy Nejašmicia można stwierdzić, że chorwacka emigracja masowa przebiegała w czterech zasadniczych falach, obejmujących nie tylko kraje europejskie, lecz również państwa na innych kontynentach. Pierwszy etap miał miejsce w latach 1880–1914, drugi przypadał na okres międzywojenny (1918–1939), trzeci rozpoczął się po 1945 roku i obejmował kilka faz, natomiast czwarta fala związana była z latami 90.

Motywacje wyjazdowe ulegały zmianom, przy czym od samego początku istotne znaczenie miały czynniki polityczne. Od 1880 roku Ameryka Południowa należała do najważniejszych obszarów docelowych chorwackiej emigracji, głównie dzięki prowadzonej tam aktywnej i zorganizowanej polityce imigracyjnej. XIX wiek przyniósł większości państw tego regionu uzyskanie niepodległości, co sprawiło, że zaczęły one przyciągać migrantów z Europy. Szczególnie atrakcyjne dla emigrantów okazały się Argentyna, Brazylia oraz Chile, które oferowały — przynajmniej w założeniach — zatrudnienie, korzystniejsze zarobki oraz możliwość łączenia rodzin, podczas gdy w Europie perspektywy te były znacznie bardziej ograniczone.

Obecnie Chorwaci w Ameryce Południowej żyją w Argentynie – 250 tysięcy, w Chile – 200 tysięcy, w Brazylii – 20 tysięcy, w Peru – 6 tysięcy, w Boliwii, Paragwaju, Urugwaju i Wenezueli – po 5 tysięcy, w Ekwadorze – 4 tysiące.

[3] Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, 9(2), 7–18.

[4] Podczas pierwszej fali emigracji (1880-1914) Chorwaci dopiero uczyli się języków państw, w których się osiedlili, językiem używanym w domu był język chorwacki. Miało to również wpływ na ich działania podczas organizowania się w stowarzyszeniach i wydawanie gazet. Do wybuchu I wojny światowej większość gazet ukazywała się przede wszystkim w języku chorwackim, w okresie międzywojennym miały one zazwyczaj charakter dwujęzyczny, natomiast po II wojnie światowej publikowane w nich teksty były już głównie po hiszpańsku. Miało to związek ze stopniową asymilacją emigrantów chorwackich z lokalną społecznością.

Język chorwacki ewoluował też w inny sposób niż w Chorwacji (kontakt z językiem istniał między członkami wspólnoty w danym mieście i poprzez zapoznawanie się z wiadomościami z ojczyzny przekazywanymi w gazetach, które wydawane były w Chorwacji). Z czasem jego aktywne wykorzystanie malało w związku z asymilacją.

[5] W XIX wieku Chorwaci emigrowali w dużej mierze z Dalmacji i wysp adriatyckich (należy podkreślić, że Chorwacja nie istniała w wieku XIX i dużej części wieku XX jako niepodległy kraj). Chorwacja od zarania dziejów ulegała silnemu regionalizmowi i mieszkańcy poszczególnych jej regionów, a nawet miast (jak Dubrownik) posiadali tożsamość regionalną. Emigracja Chorwatów z obszaru wybrzeża i wysp stanowiła 50% emigracji chorwackiej. Wyjeżdżający z Chorwacji mieszkaniec Dalmacji odczuwał przede wszystkim tożsamość regionalną, czyli dalmatyńską. Tożsamość narodowa („bycie Chorwatem”) była mniej istotna w pierwszej fali emigracji, ale ulegało to stopniowej zmianie.

[6] Nazwy stowarzyszeń i gazet z okresu pierwszej fali emigracji wskazują, że przyjmowały one formy chorwackie (lub też regionalne, np. dalmatyńskie), austro-węgierskie, czasem ogólnosłowiańskie, a w późniejszym okresie także jugosłowiańskie. Miało to znaczenie zarówno językowe, jak i treściowe, ponieważ konkretne nazewnictwo sygnalizowało poparcie dla określonej wizji przyszłości Chorwacji: jako państwa niepodległego, jako części Jugosławii lub jako elementu szerszej wspólnoty słowiańskiej. Należy przy tym zauważyć, że nawet w obrębie Argentyny i Chile widoczne były różnice w nazewnictwie, a tym samym różnice w poparciu dla poszczególnych idei politycznych.

[7] Więcej o wspólnocie politycznej emigrantów chorwackich:

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. W Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Red.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (t. 10, s. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Bibliografia

Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, 9(2), 7–18.

Čizmić, I., Sopta, M., & Šakić, V. (2005). Iseljena Hrvatska. Zagreb: Tehnička knjiga.

Čizmić, I., & Živić, D. (2005). Zewnętrzne migracje ludności Chorwacji – ujęcie krytyczne. W: D. Živić, N. Pokos & A. Mišetić (red.), Stanovništvo Hrvatske – dosadašnji razvoj i perspektive. Zagreb: Institut društvenih znanosti Ivo Pilar.

Derrida, J. (2016). Widma Marksa. Stan długu, praca żałoby i nowa Międzynarodówka (T. Załuski, tłum.). Warszawa: PWN.

Karrer, L. (2015). Living with phantasms: The new hauntology. Praca dyplomowa (niepublikowana), DIAP.

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. W: Z. A. Brzozowska, P. Kręzel & I. Lis-Wielgosz (red.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (t. 10, s. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Chcesz zacytować ten post?

Zanki, A. (2026, styczeń 28). Widmo ojczyzny/Sablast domovine. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/widmo-ojczyzny-sablast-domovine/



Sablast domovine

Otisak prsta jedan je od najprolaznijih tragova ljudske prisutnosti — trenutni zapis dodira koji gotovo odmah nestaje. A ipak, upravo je taj efemerni znak postao jedan od najtrajnijih temelja moderne identifikacije. Danas prstom otključavamo pametne telefone, prelazimo granice i potvrđujemo identitet, ne razmišljajući da upravljamo nečim što je samo sjena tijela.

Krajem XIX. stoljeća Juan Vucetich[1], hrvatski emigrant s otoka Hvara zaposlen u argentinskoj policiji, uočio je u ovom tragu potencijal veći nego u ljudskom pamćenju ili svjedočenju. Njegova metoda temeljila se na katalogiziranju i usporedbi otisaka prstiju — očuvanju trenutne prisutnosti i njezinom ponovnom prizivanju u drugom vremenu i na drugom mjestu. U tom smislu, otisak nije izravno predstavljao osobu, već je funkcionirao poput sablasti: znak odsutnog, koji se može ponovno pojaviti i odlučivati o ljudskoj sudbini.

U ovom tekstu promatrat ću fenomen sablasti domovine u svijetu hrvatskih emigranata u Južnoj Americi[2] u kontekstu Derridove sablastologije – koncepcije prema kojoj prošlost nikada potpuno ne nestaje, već se vraća, progoneći sadašnjost i budućnost – koncepcije koja nije strana našem timu. Derrida piše o sablasti kao o nečemu što nije ni potpuno prisutno, ni potpuno odsutno, a ima stvaran utjecaj. Vucheticheva daktiloskopija savršeno se uklapa u ovu logiku — sustav temeljen na tragovima koji više ne pripadaju tijelu, a ipak ga i dalje predstavljaju. Ovaj odnos između prisutnosti i odsutnosti, traga i izvora, predstavlja polazište za daljnje razmatranje sablasti domovine u životu emigranata.

U slučaju kojim se bavim, emigranti balansiraju između sadašnjosti u novoj lokalnoj zajednici i nasljeđa iz prošlosti koje ne žele odbaciti. Tako shvaćena emigracija znači prekid s fizičkim prostorom domovine, ali ne i s njezinom duhovnom prisutnošću – naseljavanje u novom prostoru nije značilo prekid s tradicijom, običajima ili jezikom. Štoviše, ova situacija ne odnosi se samo na one koji su zaista nekada živjeli u Hrvatskoj, već i na njihove potomke, koji često stvaraju vlastitu predodžbu domovine svojih predaka na temelju priča roditelja, djedova i baka ili pradjedova. Njihova sjećanja često su ispunjena nostalgijom. Riječ je stoga o zamišljenoj Hrvatskoj, koja nije ograničena na fizički prostor – često idealiziranoj, zaustavljenoj u vremenu, filtriranoj kroz sjećanja i obiteljske predaje.

Težnja za napuštenom domovinom, a istovremeno zamišljenom kod generacija koje je nikada nisu upoznale, nije samo sentiment, već oblik moderne nostalgije o kojoj piše Svetlana Boym[3]. Ona se ne odnosi samo na određeno mjesto, već na „drugo vrijeme“ – vrijeme koje se smatra boljim, mirnijim, poznatim iz obiteljskih priča, rituala i simbola. Takva nostalgija proistječe iz iskustva migracije i prekida kontinuiteta života na jednom mjestu; stoga nije u suprotnosti s modernošću, već je njezina posljedica. Domovina u ovom pogledu postaje zamišljeni prostor, djelomično mitski, kojoj se ne može doslovno vratiti, ali je se može stalno reproducirati u kolektivnom pamćenju. Važno je da ta nostalgija nije usmjerena isključivo prema prošlosti: predodžbe domovine kreirane prema potrebama sadašnjosti utječu na način razmišljanja o identitetu, zajednici i budućnosti. Za sljedeće generacije dijaspore, domovina funkcionira kao referentna točka suspendirana između sjećanja i predodžbe, povezujući osobna iskustva s poviješću cijele zajednice.

Stoga tvrdim da je hrvatsko nasljeđe u dijaspori Južne Amerike u XIX. stoljeću bila sablast koja se vraćala kroz rituale, sjećanja, jezik i simbole, koja je funkcionirala unatoč udaljenosti domovine i njezine fizičke odsutnosti. Takvu sablast prisutnosti Hrvatske možemo uočiti na nekoliko razina: u jeziku i izdavačkoj djelatnosti, kada su Hrvati u Južnoj Americi njegovali svoj jezik u obiteljima, u udrugama i crkvama, omogućujući djeci njegovo učenje, a odraslima praćenje događanja u domovini i prenošenje informacija sunarodnjacima u Europi[4]; u religiji i svetkovinama, kroz zajedničko obilježavanje dana patrona, mise na hrvatskom jeziku i procesije koje prenose rituale s jadranskih otoka[5] u nove župe; u glazbi i plesu, kada su hrvatski klubovi organizirali večeri narodnih pjesama i plesova, a melodije iz Dalmacije odjekivale u kulturnim domovima; naposljetku, u kuhinji i kućnim običajima, gdje su recepti prizivali mirise domovine i istovremeno stvarali zajednicu u novoj zemlji. Hrvati su također nastojali da njihova djelatnost u novim mjestima jasno upućuje na njihovo podrijetlo i političke stavove povezane s budućnošću domovine.

Hrvatski dom Juričića i Turine, Porvenir, Ognjena zemlja, 1906., izvor: Narodna knjižnica Čilea

To se očituje primjerice u tome da su nazivi udruga, kulturnih domova pa čak i trgovina počeli sadržavati nazive poput „Dom Hrvata” ili „Hrvatsko društvo”[6]. Sličnu situaciju možemo vidjeti i na ilustraciji iznad: prikazana je trgovina pod nazivom „Casa Croata”, odnosno upravo „Hrvatski dom”.

Donja fotografija prikazuje predstavnike Hrvatskog kluba iz 1915. godine. Naziv ukazuje na to da je grupa bila nacionalno homogena, a u pozadini, osim zastave, vidljivi su i grbovi Hrvatske, Slavonije i Dalmacije, dakle hrvatskih regija, te portret bana Josipa Jelačića, koji je zapovijedao vojskom u suzbijanju mađarskog ustanka i utemeljio Bansko vijeće – prvi moderni hrvatski državni organ. To upućuje na njihovu privrženost simbolici povezanoj s domovinom i političkim promjenama koje su se u to vrijeme događale te na angažiranost u tim procesima. Karakteristična osobina hrvatskih emigranata bila je održavanje uvjerenja da je odlazak privremen i da će se, kad to okolnosti dopuste, vratiti kući.

Svečano otvaranje Hrvatskog kluba u Punta Arenasu, izvor: Povijesni arhiv hrvatskog iseljeništva u Čileu

Svaka od navedenih perspektiva omogućuje prikaz sablasti kulture: odsutna u geografskom smislu, ali prisutna u društvenom životu i sjećanju, često u suptilnom obliku, prilagođenom novim uvjetima, oblikujući svakodnevni život zajednice. Baš kao što su otisci prstiju za Vuceticha postali dokaz prisutnosti odsutnog, tako su, primjerice hrvatske pjesme, mise, plesovi i blagdani opstajali u svakodnevici emigranata. Ove sablasti pokazuju da prošlost nikada doista ne nestaje, već opsjeda sadašnjost.

Sablast domovine nije nestala s protokom vremena, već opstaje kao trajna referentna točka u životu dijaspore. Primjer hrvatske zajednice u Južnoj Americi pokazuje da domovina nadilazi granice države, što je posebno vidljivo u trenucima krize, poput Domovinskog rata. Hrvatski klubovi i udruge u Južnoj Americi tada su, između ostalog organizirali, koncerte, aukcije, prikupljanje novca i nabavu oružja za obranu domovine. Odlazili su u Hrvatsku, koja je bila daleko, ali čija je sudbina ovisila i o odlukama Hrvata u Južnoj Americi, o njihovim naporima i emocijama. Domovina nije fizički prisutna, ali mobilizira, zahtijeva reakciju i izaziva osjećaj dužnosti prema zajednici. Informacije o ratu, represijama ili političkoj borbi oživljavaju zamišljenu domovinu unatoč geografskoj udaljenosti. Mise „za domovinu“ vođene tisućama kilometara od bojišta, zajedničko praćenje vijesti iz ratom zahvaćenih područja — svakodnevica emigranata „progonjena“ je sukobom u domovini.

Financijska podrška, organizacijsko djelovanje ili javni prosvjedi za dijasporu, postaju oblik „borbe na daljinu“. To su aktivnosti koje omogućuju prekoračenje granica prostora i osjećaja nemoći, a istovremeno potvrđuju pripadnost narodu. Domovina ovdje ne funkcionira toliko kao stvarno mjesto, koliko kao moralna i simbolička obveza. Prisutnost sablasti se očituje u tome da, iako domovina nije izravno prisutna u svakodnevnom životu dijaspore, u trenucima krize postaje izuzetno intenzivna referentna točka. Sablast domovine (još uvijek nove države koja se oblikovala tijekom Domovinskog rata) mobilizirala je Hrvate u Južnoj Americi, izazivala u njima emocije i odlučivala o tome na što ljudi troše novac.

Sablastologija nam omogućuje da ne razmišljamo o dijaspori  kao „odvojenoj” od domovine, već kao paralelnom prostoru u kojem prošlo koegzistira s postojećim – u reinterpretiranom, „sablasnom obliku“. Poput otiska prsta spomenutog na početku ovog rada domovina u iskustvu emigracije funkcionira kao tragovi odsutnog – krhki, a istovremeno zapanjujuće trajni. Sablastologija omogućuje hvatanje ovog paradoksa: ono što je prošlo i udaljeno ne nestaje, već se vraća kroz prakse, emocije i odluke, stvarno utječući na sadašnjost. Hrvatska dijaspora u Južnoj Americi ne samo da pamti domovinu, već je stalno priziva, rekonstruira i aktivira u novim uvjetima. Domovina postaje sablast koja progoni svakodnevicu, organizira zajednicu i pokazuje da prošlost (uglavnom predaka, a ne onih generacija koje su rođene u južnoameričkim zemljama te ne poznaju jezik, a često nisu niti posjetile Hrvatsku) nikada nije potpuno završena.

Pitanje na koje treba odgovoriti jest: odakle dolazi „sablast” i zašto se pojavljuje. U članku koji pripremam nastojat ću dati odgovor na to pitanje, a ovaj esej predstavlja samo uvod u te analize. Moja početna hipoteza glasi da se u svakom valu migracije Hrvata u Južnu Ameriku „sablast” pojavljivala vezano uz osjećaj nepravde i prisile. Većina migranata bila je prisiljena napustiti domovinu – bilo kao posljedica represija, bilo političkih odluka država kojima su pripadala područja naseljena Hrvatima. Istovremeno, Hrvati su stvarali transnacionalnu političku zajednicu[7], kako tijekom života u domovini, tako i nakon naseljavanja u nove države, održavajući veze i organizirajući društveni i politički život.

Angelika Zanki


[1] Na temelju istraživanja Čizmića, Živića i Nejašmića može se zaključiti da je masovno hrvatsko iseljavanje teklo u četiri glavna vala, pri čemu su odredišta migracija bila ne samo europske zemlje nego i države na drugim kontinentima. Prvi val odvijao se u razdoblju od 1880. do 1914. godine, drugi je obuhvaćao međuratno razdoblje (1918.–1939.), treći je započeo nakon 1945. godine i može se podijeliti u nekoliko faza, dok je četvrti val vezan uz 1990-e godine.

Motivacije za iseljavanje mijenjale su se tijekom vremena, no od samih početaka važnu su ulogu imali politički čimbenici. Od 1880. godine Južna Amerika bila je jedno od glavnih odredišta hrvatske emigracije, ponajprije zahvaljujući aktivnoj i organiziranoj imigracijskoj politici tamošnjih država. Devetnaesto stoljeće donijelo je većini južnoameričkih zemalja stjecanje neovisnosti, što je dovelo do toga da postanu privlačna odredišta europskih iseljenika. Posebno su se isticale Argentina, Brazil i Čile, koje su doseljenicima nudile — barem u teoriji — zaposlenje, povoljnije plaće i mogućnost okupljanja obitelji, dok su u Europi izgledi bili znatno skromniji.

[2] Ranije Ivan Vučetić – zbog asimilacije u zemljama Južne Amerike došlo je do prilagodbe imena i prezimena hrvatskog podrijetla španjolskom ili portugalskom fonetskom obliku te uklanjanja dijakritičkih znakova.

[3] Boym, S. (2007). Nostalgia and Its Discontents. The Hedgehog Review, sv. 9, br. 2, str. 7–18 .

[4] Tijekom prvog vala emigracije (1880.–1914.) Hrvati su tek učili jezike država u kojima su se nastanjivali, dok je u kući bio dominantan hrvatski jezik. To je također utjecalo na njihovo djelovanje pri organiziranju udruga i izdavanju novina. Do izbijanja Prvog svjetskog rata većina novina izlazila je prvenstveno na hrvatskom jeziku, u međuratnom razdoblju obično su bile dvojezične, dok su nakon Drugog svjetskog rata tekstovi u njima bili uglavnom na španjolskom jeziku. To je bilo povezano sa postupnom asimilacijom hrvatskih emigranata u lokalnu zajednicu.

Hrvatski jezik također je evoluirao drugačije nego u Hrvatskoj (kontakt s jezikom postojao je među članovima zajednice u određenom gradu i putem praćenja vijesti iz domovine koje su se prenosile kroz novine izdavane u Hrvatskoj). S vremenom se aktivna upotreba jezika smanjivala zbog asimilacije.

[5] U XIX. stoljeću Hrvati su u velikoj mjeri emigrirali iz Dalmacije i jadranskih otoka (valja naglasiti da Hrvatska u XIX. stoljeću i velikom dijelu XX. stoljeća nije postojala kao neovisna država). Hrvatska je od svojih početaka bila pod snažnim regionalizmom, a stanovnici pojedinih regija, pa čak i gradova (poput Dubrovnika), imali su regionalni identitet. Emigracija Hrvata s obalnog područja i otoka činila je 50 % hrvatske emigracije. Osoba koja je napuštala Dalmaciju prvenstveno je osjećala regionalni identitet, tj. dalmatinski. Nacionalni identitet („biti Hrvat“) bio je manje važan u prvom valu emigracije, no s vremenom se ovo postupno mijenjalo.

[6] Nazivi udruga i novina iz razdoblja prvog vala emigracije pokazuju da su prihvaćali hrvatske (ili regionalne, npr. dalmatinske), austro-ugarske, ponekad općeslavenske, a kasnije i jugoslavenske oblike. To je imalo jezičnu i sadržajnu važnost, jer je određeni naziv signalizirao podršku određenoj viziji budućnosti Hrvatske: kao neovisne države, kao dijela Jugoslavije ili kao elementa šire slavenske zajednice. Valja napomenuti da su čak i unutar Argentine i Čilea postojale razlike u nazivlju, a time i različita podrška pojedinim političkim idejama.

[7] Više o političkoj zajednici hrvatskih emigranata:

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, sv. 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. U Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Ur.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (sv. 10, str. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12.


Bibliografija

Boym, S. (2007). Nostalgia and its discontents. The Hedgehog Review, sv. 9, br. 2, str. 7–18.

Čizmić, I., Sopta, M., & Šakić, V. (2005). Iseljena Hrvatska. Zagreb: Tehnička knjiga.

Derrida, J. (2016). Widma Marksa. Stan długu, praca żałoby i nowa Międzynarodówka (prijevod T. Załuski). Warszawa: PWN.

Karrer, L. (2015). Living with phantasms: The new hauntology. DIAP: Thesis Project Development Research.

Nejašmić, I. (2014). Iseljavanje iz Hrvatske od 1900. do 2001.: demografske posljedice stoljetnog procesa. Migracijske i etničke teme, 30, 405–435.

Zanki, A. (2019). The construction of a political community: Croatian political emigrants after 1945 as performative actors. Slavia Meridionalis, sv. 19. https://doi.org/10.11649/sm.1745

Zanki, A. (2022). The reasons for the emigration of Croats to South America between 1880–1914 and their impact in the political context. U Z. A. Brzozowska, P. Kręzel, & I. Lis-Wielgosz (Ur.), Migrations in the Slavic cultural space. From the Middle Ages to the Present Day (sv. 10, str. 175–188). Łódź: Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego. https://doi.org/10.18778/8331-033-6.12


Želite li citirati ovaj post?

Zanki, A. (28. siječnja 2026.). Widmo ojczyzny/Sablast domovine. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/widmo-ojczyzny-sablast-domovine/

Michal Korhel na výročnom kongrese ASEEES vo Washingtone, D.C.

Koncom novembra sa náš výskumník Michal Korhel zúčastnil na výročnom kongrese Association for Slavic, East European, and Eurasian Studies (ASEEES) 2025, ktorý sa konal vo Washingtone, D.C. Spolu s Jakubom Gałęziowskim z Varšavskej univerzity Michal spoluzorganizoval panel s názvom „Forced to Move: Remembering Children’s Displacement and Migration in WWII and Its Aftermath in East-Central Europe“. Vytvorenie tohto panelu malo pre oboch organizátorov mimoriadny význam, keďže im umožnilo spojiť vedcov zaoberajúcich sa spomienkami niektorých z najzraniteľnejších aktérov vojnových a povojnových dejín – detí, ktorých životy formovalo nielen násilie, ale aj neisté ticho, ktoré nasledovalo po skončení druhej svetovej vojny.
Panel sa venoval rôznym detským skúsenostiam: preživším Holokaustu v Maďarsku, nemeckým deťom a osídlencom na území dnešného Slovenska, českým deťom z Lidíc a poľským deťom narodeným núteným pracovníkom a vysídleným osobám (DPs). Tieto príbehy spája poznanie, že koniec vojny automaticky neznamenal príchod bezpečia ani stability. Pre mnohé deti prinieslo povojnové obdobie nové formy nátlaku a kontroly, najmä v rámci inštitúcií, ktoré deklarovali konanie v ich najlepšom záujme.
Vo svojom vlastnom príspevku s názvom „Departing from Krickerhau, Arriving to Handlová: Migration in Childhood Memories of German Expellees and Slovak Settlers“ sa Michal zameral na mikrokozmos Handlovej (nem. Krickerhau), komunity výrazne poznačenej presunmi obyvateľstva po roku 1945. Prostredníctvom orálnych historických rozhovorov sledoval kontrastné, no zároveň aj podobné spomienky dvoch skupín detí: nemeckých obyvateľov nútených opustiť svoje domovy len s torzom majetku a slovenských osídlencov, ktorí prichádzali namiesto nich.
Okrem akademického programu mal Michal možnosť spoznať Washington, D.C. aj osobnejšie. Navštívil viaceré významné pamiatky a múzeá, z ktorých každé ponúkalo iný pohľad na americké dejiny a kultúrnu pamäť. Jedným z najzaujímavejších momentov jeho pobytu bola účasť na prehliadke mesta s tematikou duchov v Alexandrii – živej a pôsobivej večernej prechádzke, ktorá dodala návšteve nečakaný naratívny rozmer.
Celkovo kongres ASEEES ponúkol bohatú kombináciu odborných diskusií, nových perspektív a kultúrneho objavovania. Pre Michala to bola príležitosť nielen prezentovať vlastný výskum a učiť sa od kolegov, ale aj vidieť dejiny vysídľovania a pamäti v širšom globálnom kontexte.

A co, jeśli każdy ma swoje Pomorze?

[ENG, Polish version below] In this short vignette, Karolina reflects on how Pomerania as a region is constructed, both intimately, by personal memories and affective attachments, and administratively, by official borders and territorial policies. She draws on her own experiences to trace the changing perceptions of the region and to offer some broader reflections on its contemporary meanings.


Wielka Mapa Księstwa Pomorskiego, autorstwa kartografa Eilharda Lubinusa w latach 1610-1618. Domena publiczna. 

Jakoś na wysokości Płotów, mój mąż, Michał, z którym jadę akurat do Świnoujścia, mówi: “tutaj to już jest takie bardziej Pomorze Wojtka, nie nasze”. Wojtek to nasz przyjaciel, znamy się od liceum. Zamyślam się, bo faktycznie coś w tym jest. Jarzysław, Truskolas i Modlimowo brzmią obco, chociaż przecież nie wyjechaliśmy wcale z Pomorza, a przecież na pytanie, skąd jesteśmy – odpowiadamy, że z Pomorza właśnie. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy taka myśl przychodzi mi do głowy. “Moje” Pomorze to ziemia wałecka – tam się urodziłam, tam mieszkałam do matury i tam wróciłam teraz jako badaczka. Niedawno ukazała się moja książka, w której ziemię wałecką potraktowałam jak soczewkę, przez którą przyglądam się procesom zachodzącym na “Ziemiach Odzyskanych”. I załapałam się na tym, że na spotkaniach autorskich w innych częściach Pomorza muszę przecież wyjaśniać słuchaczkom i słuchaczom, może nie od razu gdzie jest Wałcz czy Piła – ale już Jastrowie, Broczyno czy nawet Złotów tak, to bowiem nie jest już wcale takie oczywiste.

Kiedy więc Michał mówi, że to Pomorze, przez które właśnie jedziemy – zapada już lekki zmierzch, horyzont rozmięka od różu przechodzącego w pomarańcz – nie jest takie do końca nasze, nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić. Zresztą, pamiętam jeszcze, jak nawet to jego Pomorze, Koszalin i okolice, wydawało mi się na początku dziwne: te wszystkie miejscowości kończące się na “o” trochę mnie śmieszyły, a właściwie nawet nie one, ale to ich nagromadzenie, Niedalino, Będzino, Rekowo. O to odczucie Pomorza pytam Piotra Oleksego, z którym widzę się tego samego dnia w Świnoujściu, autora “Wysp Odzyskanych”, historii Wolina i Uznamu – wysp, które pojawiły się na mapie Polski w 1945 roku. I on się zgadza, że z tym Pomorzem to nie taka prosta sprawa, bo, jak dodaje, wyspiarskie doświadczenie będzie jeszcze inne niż to śródlądowe.

Bo Pomorze, choć przez to “morze” kojarzy się głównie z wybrzeżem, ma całą wewnątrzlądową głębię, o której się zapomina. A przynajmniej zapominają o niej często ciągnący nad morze z innych części kraju (albo zza granicy, bo to przecież coraz popularniejszy kierunek z Czech) turyści, dla których to, co dla mnie celem, jest tylko środkiem do celu. Celem jest Bałtyk. Ale uczciwie będzie dodać, że i we mnie rodzi się czasem pytanie, jak właściwie działa cały ten pomorski inland, Łobez, Świdwin, czy Białogard. Jak ze wszystkimi granicami – tymi osobistymi i tymi na mapach – z tymi pomorskimi też jest problem. Pomorze to ta dziwna kraina, którą tak jak Śląsk, Łużyce czy dawne Prusy podzieliły państwowe granice i porozbijały nowe administracje. 

Z jednej strony jest więc Vorpommern w Niemczech, z całym nadbagażem pozostawionym przez NRD – i żartami, że jeśli widzi się tam małe dziecko, pewnie można spokojnie zagadać do niego po polsku, bo Niemcy chętniej się stamtąd wyprowadzają niż przyjeżdżają (świetnie ten klimat schyłku uchwyciła w swojej Szyi żyrafy Judith Schalansky, przełożona na polski przez Kamila Idzikowskiego). Z drugiej zaś jest to polskie Pomorze, dawne Hinterpommern. Ponieważ etnografia to czasami po prostu słuchanie, co mówi się dookoła, przypadkiem słyszę dwójkę młodych ludzi klarujących komuś, po polsku, że są właśnie z Hinterpommern, że szukają historii miejsca sprzed 1945 roku i te granice wydają się im absurdalne. To niemieckie Hinterpommern to dzisiaj to polskie Pomorze, niepewnie rozpięte między Pomorze Zachodnie, Środkowe i Wschodnie.

Może to zachodnie budzi najmniej kontrowersji, bo w końcu jest województwo. I mapa Lubinusa, której kopie wiszą na ścianach urzędów i instytucji – choć kończy się na Machlinach, do Wałcza nie dociera. Ta część dzisiejszego zachodniopomorskiego na dawnej mapie odpowiada używanemu niegdyś odniesieniu: tam, gdzie nie wiadomo, co jest, w białej pustce, żyją lwy. To dość oczywiste, Lubinus rysował mapę dla Filipa II Gryfity i Wałcz go siłą rzeczy interesować nie mógł. Ale wracając do Pomorza Zachodniego: “zachodniopomorskie” zakorzenia się w polszczyźnie po reformie administracyjnej 1999 roku i jakoś w niej osiada, chociaż niektóre części tegoż województwa mają problem z odnalezieniem się w tej “zachodniości”. Choćby i ten mój Wałcz, ciążący przez ostatnie lata przed reformą raczej w stronę Wielkopolski – bo znajdował się w województwie pilskim. A Piła, choć była miastem “odzyskanym”, już 7 lipca 1945 roku znalazła się w województwie poznańskim (dziś jest w wielkopolskim), instytucjonalnie pieczętując swój związek z Wielkopolską. Czy zdarza mi się i dzisiaj słyszeć, że jakie tam z Wałcza Pomorze? Zdarza. “Zachodniopomorskie” nie jest wciąż zupełnie neutralnym bytem w Koszalińskiem, które samo straciło rangę województwa – ten proces wygląda podobnie wszędzie tam, gdzie siedziby urzędów się przeniosły. Trochę nostalgia, trochę historia, trochę jednak żal.

Pomorze Środkowe to już w ogóle oś kontrowersji. Co je niby łączy? Wydaje się, że to faktycznie paradoksalna przestrzeń, w której tym, co łączy, jest brak: wykluczenie komunikacyjne to bolączka regionu. PKS-y jeżdżą tu z rzadka, teren przecinają trasy busów i busików, część linii kolejowych już dawno – albo dopiero co – zamieniono w ścieżki rowerowe biegnące po dawnych nasypach. Dariusz Stola w trakcie naszej debaty na kanwie numeru “Spraw Narodowościowych”, który poświęciliśmy terenom post-przesiedleniowym z różnych perspektyw, zauważył, że może nic tak nie pokazuje zmiany, jak te ścieżki właśnie: krajobraz projektowany dla ludzi, ba, dla całkiem licznej rzeszy ludzi, nagle się wyludnia na skutek przesiedleń, polityki ludnościowej i kryzysu demograficznego. I na Pomorzu Środkowym czuć to może jeszcze wyraźniej niż gdzie indziej.

I jeszcze jeden paradoks łączy Pomorze Środkowe w dziwnej, nieco duchowej przestrzeni: radio. W Polsce regionalne rozgłośnie radiowe mają swoje siedziby, a jakże, w miastach wojewódzkich. Jeden wyjątek: Koszalin. Radio Koszalin, siedemnasta stacja – mam wrażenie, że Pomorze sięga tak daleko, jak daleko da się jadąc samochodem słuchać tego radia. Zwykle sprawdzamy to jadąc z Koszalina na południe, aż jego częstotliwości nie przejmie poznańskie Radio Merkury albo bydgoskie PiK, Pomorze i Kujawy. Tamtego dnia przy rozmowie o Pomorzu udaje nam się dojechać z nim aż na rogatki Świnoujścia. Niczego nie sugeruję.

I jest wreszcie to Pomorze Wschodnie, gdzie znowu administracja kreśli ramy: bo jeśli województwo pomorskie, to przecież Gdańsk, więc jak ktoś mówi “Pomorze”, myśli pewnie właśnie o tym wycinku krzyżujących się granic, Kaszubach, dawnym korytarzu i polskim przedwojennym Pomorzu z punktem Wolnego Miasta i budującej się Gdyni na północy. Jeśli spojrzeć na mapę międzywojennej Polski, sprawa się jednak komplikuje: stolica województwa pomorskiego wcale nie była w polskiej Gdyni – nie tylko dlatego, że miasto, jak to się mówi, właśnie  wyłaniało się z morza, ale dlatego, że za części Pomorza uważano także ziemię chełmińską i michałowską. Stolica była więc – w Toruniu. To Pomorze sięga więc niekiedy aż po Kujawy – zdaniem międzywojennych Niemców: Pomerelia nie Pomerania, małe Pomorze, Pomorzątko. Dawne granice mają dzisiaj zaskakujące skutki. Zagadnięty o dziwne położenie miejskiego dworca – poza centrum, po drugiej stronie Wisły –  toruński taksówkarz ze śmiechem wyjaśnia mi, że to dlatego, że właściwe tory są po stronie pomorskiej, “a my”, mówi, “jesteśmy tutaj na Kujawach”. Pomorze przecina międzywojenną stolicę Pomorza na pół.

Pomorze to Pomorze. Chyba że nie. Administracyjne granice nie służą jako wyjaśnienie, są raczej wycinkiem w czasie, jak przypis skonstruowany tylko na chwilę. Paradoksalnie jeszcze bardziej pokazują zmienność tutejszych granic – nie zawsze zupełnie jasnych, z powidokami dawnych miejsc i czasów. Dlatego numer kierunkowy ostatnich telefonów stacjonarnych w Resku dalej wskazuje na jego połączenie z Gorzowem bardziej niż ze Szczecinem. Historia Pomorza jest wiecznie niedomknięta, w prześwicie między kolejnymi jej wersjami widać zarysy następnych form. Trochę jak w przesmyku między jeziorami Żerdno i Drawsko, przez który biegnie dziś droga 163, a kiedyś była kolejna granica, za którą kończyła się Polska.

Bo może każdy ma swoje Pomorze, które raz kuli się, a raz rozpycha na mapie, rozmyte w przestrzeni, wyraźne w wyobraźni, gdzie nazwy brzmią swojsko, aż nagle przestają.

Karolina Ćwiek-Rogalska


Chcesz zacytować ten post?

Ćwiek-Rogalska, K. (2025, listopad 18). A co, jeśli każdy ma swoje Pomorze? Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/a-co-jesli-kazdy-ma-swoje-pomorze/

Libereccy (nie)domownicy

[ENG, Polish version below] My home or not my home? Inspired by the exhibition ”Liberec versus Jablonec” at the Severočeské Muzeum [North Bohemian Museum] in Liberec – and especially by an old map covered with countless stickers – Magdalena Bubík reflects on what it means to be and feel “at home” in a place where almost the entire population has been replaced.


Co właściwie znaczy “czuć się jak w domu” i co sprawia, że  nazywamy dane miejsce “swoim domem”?

Podczas majowych badań w Libercu (niem. Reichenberg), natrafiłam na informację o wystawie w Severočeským Muzeum w Libercu. Już samo muzeum jest ciekawą przestrzenią: założone w drugiej połowie XIX wieku, to najstarsza w Czechach placówka  specjalizująca się w gromadzeniu eksponatów o charakterze artystyczno-przemysłowym. Po II wojnie światowej – wraz ze zmianami demograficznymi związanymi z wysiedleniem Niemców i napływem nowych mieszkańców – zmieniła się też kolekcja muzeum. Budowla autorstwa architektów Friedricha Ohmanna i Hansa Grisebacha gromadzi więc dzisiaj dzieła z zakresu regionaliów, archeologii i nauk przyrodniczych. Wystawa czasowa, która szczególnie zwróciła moją uwagę, właśnie dobiegała końca, dlatego uznałam, że nie mogę zwlekać. Zdecydowałam się odwiedzić ją już następnego dnia.

Fig. 1 Wystawa “Liberec versus Jablonec” w Muzeum Północnych Czech w Libercu (czes. Severočeské Muzeum v Liberci), fot. Magdalena Bubík, 2025

Zaraz po wejściu przywitał mnie ogromny napis, zwiastujący początek wystawy pt. “Liberec versus Jablonec” (Fig. 1). Te dwa miasta w północnych Czechach leżą na tyle blisko siebie, że łączy je nawet linia tramwajowa i  istnieje między nimi długa tradycja żartobliwej rywalizacji. Dla porządku dodam, że Liberec jest znacznie większy. Ekspozycja, autorstwa historyka i kuratora Lubora Laciny, miała na celu przedstawienie obu miast i porównanie ich, poprzez omówienie  m.in. takich kwestii jak patroni miast, ratusze, szpitale, publiczne łaźnie czy cmentarze. Pod koniec wystawy zwiedzający miał zdecydować, które miasto bardziej go przekonało, “głosując” na nie poprzez wrzucenie żetonu do odpowiedniego pojemnika. Sądząc po ilości żetoników w pojemniku, w tej bitwie większe sukcesy – stan na dzień mojej wizyty – odnosił Liberec.

Chciałam zobaczyć wystawę, ponieważ ciekawiło mnie, jakie wątki zostaną wybrane przez autorów. Nie ukrywam, że miałam spore nadzieje, że będzie tam poruszona kwestia religijna. Ze smutkiem, ale zgodnie z oczekiwaniami, stwierdziłam, że ewangelickie kościoły w obu miastach potraktowano bardzo po macoszemu, poświęcając każdemu zaledwie po kilka słów. Kontynuując oglądanie wystawy, dotarłam do ostatnich tablic, stojących w samym rogu pomieszczenia. Docierali tam tylko najbardziej wytrwali zwiedzający. Był to kącik poświęcony czasom, kiedy zastanawiano się nad całkowitą przebudową centrum obu miast, w których – jak zaznacza autor – nie zostałby przysłowiowy kamień na kamieniu. Takie “szalone wizje”, słowami autora, wysnuwali zwolennicy reżimów totalitarnych: najpierw hitlerowcy względem Liberca, a później komuniści wobec Jablonca nad Nisou (niem. Gablonz an der Nieße). Zaraz obok zaś stała niemiecka mapa obu miast, pokryta okrągłymi jasnymi naklejkami z logiem muzeum (Fig. 2).

Fig. 2 Mapa Gór Izerskich (czes. Jizerské hory) z wyszczególnieniem Liberca i Jablonca, autorstwa Josefa Matouschka, fot. Magdalena Bubík, 2025

Na ścianie wisiało zadanie dla zwiedzającego: jeśli pochodzisz z Liberca albo Jablonca, zaznacz naklejką swoje miejsce zamieszkania. Pod spodem znalazła się uwaga o tym, że jest to stara mapa, więc niektóre dzielnice mogą na niej jeszcze nie istnieć. Zaciekawiła mnie jednak druga notka, która mówiła o tym, że niemieckie nazwy dzielnic w dzisiejszym – czeskim – brzmieniu można znaleźć w przygotowanej wcześniej podpowiedzi. Przekierowałam wzrok na ową podpowiedź, gdzie wypisane były niemieckie nazwy dzielnic i ich czeskie tłumaczenia, jak na przykład Maffersdorf, czyli dzisiejsze Vratislavice nad Nisou, dalej Rosenthal I, czyli Růžodol I czy Starý Harcov w niemieckim brzmieniu Alt-Harzdorf. Patrzyłam na różnice w pisowni, w nazewnictwie i zastanawiałam się nad tymi zmianami. Ciągle jednak mój wzrok powracał do nagłówka: Jak nasze domy nazywały się wcześniej (oryginalnie po czesku: Jak se naše domovy jmenovaly dříve)? (Fig. 3)

Fig. 3 Fragment wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025

To zdanie utkwiło mi w głowie i nawet po wyjściu z wystawy nie mogłam przestać się nad nim zastanawiać. Jak to jest możliwe, że “nasze” domy mogą być dla nas na tyle nieznajome, że nie potrafimy odnaleźć ich na mapie? “Nasze” domy, czyli miejsca w których mieszkamy nie tylko my, ale mieszkali bardzo często też nasi rodzice czy dziadkowie. Jak to więc możliwe, że tak trudno nam je zlokalizować, że nie znamy ich nazw, skoro są “nasze”? I dlaczego użyto akurat tej dawnej, niemieckiej mapy, skoro stare, albo po prostu wcześniejsze nazwy, mogą stanowić problem dla zwiedzającego? Zastanawiałam się też, co sugeruje to słowo: “wcześniej”?

Wychodząc z muzeum, miałam więcej pytań niż odpowiedzi. Zdecydowałam się więc przysiąść na kawę w galerii naprzeciwko, dawnych neorenesansowych miejskich łaźniach cesarskich Franciszka Józefa (niem. Kaiser-Franz-Joseph-Bad) z początku XX wieku, aby zapisać swoje przemyślenia. Zastanawiałam się nad tym, jak to jest nie znać “swojego”, bo przecież samo “nasze” sugeruje, że jest to coś, z czym jesteśmy dobrze zaznajomieni, tym bardziej jeśli mówimy o domach. Czujemy, że są one cząstką nas samych. Dom to nie tylko miejsce, w którym śpimy czy spożywamy kolację, ale często jest to też nasze schronienie, z którym tworzymy szczególną więź – kształtowaną przez codzienne doświadczenia, wspomnienia i emocje.

Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, a dokładnie z Cieszyna. Już kilka razy pisałam o tym mieście też na naszym blogu (zainteresowanych odsyłam tutaj i tutaj). Moja mama prawie całe życie żyła w domu, w którym i ja mieszkałam aż do czasu studiów. Moja dzielnica, Kontešinec, przez mieszkańców nazywana po prostu Konteszyńcem, rozciąga się pomiędzy rzeką Olzą, granicą z Polską, a Sadami Masaryka. Leży na terenie dawnych koszar wojskowych, podczas drugiej wojny światowej zamienionych w niemiecki obóz jeniecki, w pobliżu  zaś stoi neogotycki kościół Najświętszego Serca Jezusowego z końca XIX wieku. W dzieciństwie ta dzielnica była dla mnie wszystkim – znałam każdy jej zakątek, każdego sąsiada, a nawet dźwięk szczekania jego psa, kiedy ktoś przechodził koło jego ogrodu. Pamiętam bunt mieszkańców dzielnicy, kiedy władze miasta zdecydowały się wyciąć drzewo, które rosło tam latami, dzięki czemu zaczęło pełnić dodatkową rolę: słupa ogłoszeniowego, informującego o ważnych wydarzeniach, w tym też śmierci kogoś z sąsiadów. Znałam dzielnicę na wskroś, a więc kiedy byłam starsza, z chęcią wczytywałam się w stojące nad brzegiem rzeki tabliczki mówiące o jej historii. Wszystko tam wydawało i dalej wydaje mi się moje, ponieważ nasz dom zbudowali dziadkowie kilka lat po ślubie i od razu zamieszkali tam z moją dwuletnią mamą. Wcześniej też nie mieszkali daleko, ponieważ obie strony mojej rodziny pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego i tam mieszkają. Niekiedy żartuję, że jesteśmy w tym regionie “od zawsze”. To jeden z powodów, dla których cały ten region postrzegam jako swój, mój, nasz. Dlatego tak bardzo trudno było mi zrozumieć, jak można nie znać swojego domu, dzielnicy, miasta?

O tym, dlaczego zmieniono nazwy dzielnic z niemieckich na czeskie, sama wystawa mówiła bardzo mało. Autor niemalże pominął informację o tym, że po drugiej wojnie światowej w obu miastach dosłownie wymieniono mieszkańców – ludność niemiecka została wysiedlona, a na jej miejsce przyszli ludzie z różnych stron Czechosłowacji i nie tylko. Dlatego też niemieckie nazwy przestały być używane i weszły w obieg ich czeskie odpowiedniki. Zawartego w nagłówku słowa dříve, po polsku “dawniej”, autor nie wytłumaczył w ogóle, a więc zwiedzający niezaznajomieni z miejscową historią mogli się tylko zastanawiać, dlaczego doszło do takich zmian. A tak naprawdę to dříve oznacza przecież właśnie okres, kiedy na tych terenach żyli przede wszystkim Niemcy.

No i ta dawna, niemiecka mapa – po co ona w ogóle komu? To kartograficzne dzieło autorstwa Josefa Matouschka (1867–1945) zostało wydane w 1927 roku przez Niemieckie Stowarzyszenie Górskie Gór Jesztedzkich i Izerskich (czes. Německý horský spolek pro Ještědské a Jizerské hory, niem. Deutscher Gebirgsverein für Jeschken- und Isergebirge). Matouschek, będący aktywnym członkiem tego stowarzyszenia, angażował się również w budowę górskiego hotelu na szczycie Ještědu, który spłonął w latach 60. XX wieku. Na jego miejscu wybudowano nowy obiekt – nowoczesną konstrukcję łączącą funkcje hotelu i nadajnika telewizyjnego – dziś uznawaną za jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Liberca. Ale dlaczego autor użył jego mapy, skoro założył, że i tak prawie nikt nie zna starych niemieckich nazw i mogą one stanowić problem dla zwiedzających – tak odczytuję to, że zamieścił również tablicę pokazującą, jaka niemiecka nazwa zmieniła się w którą czeską. W dodatku część dzielnic w ogóle nie jest na niej zaznaczona, bo jeszcze nie istnieją. Potencjalnie: same problemy dla zwiedzających. Dlaczego więc autor nie zdecydował się dać nowszej, czeskiej mapy, gdzie każdy mógłby znaleźć swój dom? Co autor chciał przez to pokazać? A może chciał wpleść w wystawę jakiś ciekawy, lekko “egzotyczny” wątek: mapa w obcym języku. Taka sytuacja miałaby sens na przykład w przypadku łaciny.

Jednak niemiecki na tych terenach ma inne znaczenie – ma swoją historię, jest nośnikiem wspomnień, nowych początków dla mieszkańców, którzy przybyli tutaj po wojnie, ale często też przypomina o zadawanych sobie nawzajem ranach, krzywdach i nienawiści. Nie bez powodu ta mapa stoi koło planów Adolfa Hitlera o zniszczeniu miasta, ponieważ bardzo często to właśnie z nim są kojarzeni wszyscy Niemcy – przenosi się na nich winę zbiorową, stereotypizuje jako zbrodniarzy, wyznających tę samą ideologię, nie dostrzegając różnicy poglądów. Bez znaczenia pozostaje to, że sudeccy Niemcy byli Niemcami czeskimi. To tutaj żyli przez wieki, to tutaj mieli swoje domy, które im potem odebrano i dano innym – nowym właścicielom. Autor prawie nie porusza ich tematu w tej wystawie, a jednak większość wystawionych eksponatów jest w języku niemieckim. A więc czy autor chciał tym gestem pokazać, że również Niemcy kiedyś czuli się i byli tutaj w domu? Wcześniej niż niektórzy z tych, którzy mogli na mapie szukać “swoich” domów?

Moje własne silne przywiązanie do domu na Śląsku Cieszyńskim przypisuję po części temu, że moi przodkowie żyli tam przez wieki, ale czy to oznacza, że jedynie wielowiekowe przywiązanie do danego skrawka ziemi pozwala nazywać go swoim domem? A co z osobami, które przeprowadziły się albo żyją właśnie w badanym przeze mnie Libercu, czyli mieście post-przesiedleniowym – mieście, w którym jedni mieszkańcy zostali wymienieni na drugich. Mieszkają tam całe swoje życie, tak samo jak ich rodzice czy dziadkowie – czy oni nie mają prawa nazywać domu, w którym się urodzili bądź żyją, swoim? Jest to może – przynajmniej w moim odczuciu – trochę inny dom, niż w Cieszynie, ale każdy dom posiada swoją specyfikę. Ten w mieście post-przesiedleniowym, oprócz specyfiki danego regionu, może odznaczać się całą gamą innych czynników. Niemcy opuścili swoje domy, a na ich miejsce przyszli inni domownicy, jednak nie zamieszkali tych domów, po prostu kontynuując życie wcześniejszych domowników – przynieśli też coś od siebie, z terenów, z których przybyli, łącząc to z tym, co zastali. Razem z rzeczami, śladami swojej i obcej przeszłości, tworzyli swoje własne domy. Ale i z Cieszyna wysiedlono jego niemieckich mieszkańców. Proste podziały nie oddają złożoności historii “naszych domów”.

Teraz zatem, w tych domach, w których kiedyś mieszkali Niemcy, żyją inni. Tacy, którzy znają historię swojego miasta lub też nie mają o niej pojęcia. Tak więc odczytuję intencję autora: chęć pomocy w tym, by odnaleźli swoje domy na niemieckiej mapie. Takie odczucia i takie trudności mogą mieć ludzie żyjący na terenach, gdzie doszło do wymiany takiej ogromnej liczby ludności. To jest też powód, dlaczego tak bardzo chcę dalej poznawać te tereny. Wiele pytań rodzi we mnie fakt, że tyle osób z Liberca i Jablonca przykleiło naklejkę na miejscu swoich domów – mimo że ich doświadczenie jest odmienne od mojego, a nowe więzi z miejscem wytwarzane są na Liberecku dopiero od osiemdziesięciu lat. Sięgają jednak i do historii przed 1945 rokiem, o czym może świadczyć ta dawna, niemiecka mapa. Chcę rozmawiać z tymi ludźmi, aby zrozumieć, w jaki sposób oni patrzą na swoje domy, w których jeszcze nie tak dawno, zaledwie 80 lat temu, żyli inni domownicy. Chcę zrozumieć, czy chcą poznawać swoje domy, dzielnice, otoczenie i co zmieniło się w tych domach od przejęcia ich przez nowych domowników. I wreszcie: chcę zrozumieć, co składa się na to, że oni postrzegają swoje domy jako swoje, o czym świadczy ta ilość naklejek na mapie oznaczająca “nasze” domy. To także pytania ważne dla mnie samej, pomagającej i mnie zrozumieć lepiej “mój” dom.

Fig. 4 Mapa z zaznaczonymi “naszymi” domami w Libercu, fot. Magdalena Bubík, 2025

Magdalena Bubík


Chcesz zacytować ten post?

Bubík, M. (2025, październik 27). Libereccy (nie)domownicy. Spectral Recycling Research Blog. https://spectralrecycling.ispan.edu.pl/libereccy-niedomownicy/

Michal Korhel na medzinárodnej konferencii v Kutnej Hore

V uplynulých dňoch mal Michal Korhel potešenie zúčastniť sa medzinárodnej konferencie „Das ‘Erbe’ – Praktiken und Akteure in grenzüberschreitender Perspektive“, ktorú organizovali Česko-nemecká a Slovensko-nemecká komisia historikov. Podujatie sa konalo 8.–11. októbra v historickom meste Kutná Hora v Česku.
Vo svojom príspevku „Die Geister von Hauerland: Deutsches Erbe der Region Oberes Neutra seit 1945“ Michal predstavil poznatky zo svojho prebiehajúceho výskumu regiónu Hornej Nitry na strednom Slovensku — kedysi prevažne nemecky hovoriacej oblasti, ktorá bola po roku 1945 zásadne poznačená spoločenskými a demografickými premenami. Na základe etnografického terénneho výskumu, orálnej histórie a archívnych prameňov skúmal, ako stopy nemeckého dedičstva pretrvávajú v nejednoznačných, neraz až „prízračných“ formách, čo rezonuje s filozofickým konceptom hauntológie.
Príspevok vyvolal diskusiu o interpretačnom potenciáli hauntológie v historickom výskume, o úlohe lokálnych aktérov pri formovaní kultúr pamäti a o zložitých otázkach viny a zmierenia vo vzťahoch medzi nemeckým obyvateľstvom a povojnovými osídlencami. Michal zároveň získal cenné podnety a odporúčania pre ďalší výskum — vrátane odporúčania na miesto, o ktorom sa povráva, že ho vraj doslova „strašia“ nemeckí duchovia.
Michal ďakuje organizátorom a všetkým účastníkom za obohacujúcu diskusiu, podnetné otázky a inšpiratívne rozhovory počas týchto produktívnych dní v Kutnej Hore.

Sprawdź innych autorów
  • Angelika Zanki
  • reddog