Dwie członkinie naszego zespołu badawczego – Karina Hoření i Magdalena Bubík – wykorzystały lato nie tylko na odpoczynek, ale także na intensywną pracę naukową i promocję naszego projektu. Na początku lipca wyruszyły z dwóch różnych miast – Magdalena z Krakowa, a Karina z Pragi – by spotkać się w jednym miejscu: na konferencji Slow Memory w Porto.
Wydarzenie zostało zorganizowane przez sieć COST Action – SLOW MEMORY, która zrzesza badaczy i badaczki z różnych dziedzin humanistyki i nauk społecznych pod wspólnym hasłem: „zwolnij i poświęć czas, by dobrze pamiętać”. To przesłanie kształtowało cały przebieg konferencji, sprzyjając refleksji, współpracy i uważnemu podejściu do pamięci oraz historii.
Podczas konferencji Karina i Magdalena poprowadziły warsztat zatytułowany „Slow Memory in Photographs”. Uczestnicy pracując w małych grupach, analizowali pocztówki przedstawiające miejsca z naszych badań terenowych. Grupowali je według tematyki, a następnie tworzyli własne pocztówki, inspirowane atmosferą i doświadczeniem konferencji.
Warsztat odbył się w niezwykłym miejscu – dawnej fabryce lamp, obecnie zaadaptowanej na przestrzeń kulturalną Lino Cultural Space. W zajęciach wykorzystaliśmy również nowe technologie – mini drukarka pozwoliła na tworzenie zdjęć na miejscu, co pomogło uchwycić różne warstwy pamięci widoczne w tej przestrzeni. Nic dziwnego, że uczestnicy bez trudu rozpoznali „duchy” unoszące się w tym miejscu.
Pobyt Kariny i Magdaleny w Porto przyniósł nie tylko nowe, cenne kontakty i inspiracje, ale także porcję świeżej, oceanicznej energii – i mnóstwo pomysłów na kolejne badawcze inicjatywy.
materiały konferencyjne
atmosfera miejsca Espaco Lino idealnie pasowała do naszego widmontologicznego tematu, fot. Johana Wyss
Espaco Lino – warstwy pamięci, fot. Karina Hoření
wprowadzenie podczas warsztatu, fot. Johana Wyss
uczestnicy warsztatu, fot. Karina Hoření
Magdalena i Karina podczas warsztatu, fot. Johana Wyss
uczestnicy stworzyli własne pocztówki, fot. Karina Hoření
uczestnicy stworzyli własne pocztówki, fot. Magdalena Bubík
uczestnicy stworzyli własne pocztówki, fot. Magdalena Bubík
uczestnicy podczas przygotowywania własnych pocztówek, fot. Magdalena Bubík
Z przyjemnością informujemy, że od lipca tego roku nasza kierowniczka, Karolina Ćwiek-Rogalska, została mianowana na stanowisko profesorki Instytutu.
W polskim systemie akademickim istnieją dwa rodzaje profesury: tytuł profesora – najwyższe wyróżnienie naukowe przyznawane przez Prezydenta RP w uznaniu osiągnięć naukowych – oraz stanowisko profesora w instytucji akademickiej.
Nominacja Karoliny odnosi się do tego drugiego przypadku. Serdecznie gratulujemy Jej tego osiągnięcia i uznajemy je za ważny krok w jej dalszej drodze naukowej.
To pytanie podjął zespół Teatru Jaracza w Olsztynie. Akcja rozgrywa się w mieście, które kiedyś należało do Niemiec – i w teatrze pierwotnie zbudowanym jako Treudanktheater, aby uczcić zwycięstwo plebiscytowe Niemiec w latach 20. – a sztuka rozgrywa się w przestrzeni bogatej w historyczne warstwy. Ponownie otwarta jako polska scena w 1945 roku, miejsce to staje się przejmującym tłem dla All for Nothing, powieści Waltera Kempowskiego ożywionej przez reżyserkę Weronikę Szczawińską.
Sztuka opowiada historię pruskiej szlachty i ich sąsiadów, którzy stają w obliczu upadku swojego świata w brutalnej zimie 1945 roku. Karolina Ćwiek-Rogalska pojechała do Olsztyna, aby zobaczyć, jak ta apokalipsa została przeniesiona na scenę i co oznacza jej wystawianie w miejscu, które ma tak złożoną przeszłość.
[ENG, Polish version below] How can the end of East Prussia be depicted on stage? This ambitious task was undertaken by the team at the Jaracz Theatre in Olsztyn. In this formerly German city, in a theatre built a hundred years ago as the Treudanktheater—to celebrate Germany’s victory in the plebiscite for the self-determination of the region of Warmia, Masuria and Powiśle in the 1920s—and later reopened in 1945 as a Polish stage, we follow the plot of Walter Kempowski’s All for Nothing, directed by Weronika Szczawińska. It is a story of Prussian nobles and their neighbours in the last months of the war. How does one stage the apocalypse of the winter of 1945 in such a haunted setting? Karolina travelled to Olsztyn to find out.
Czarna wysepka wśród morza bieli*
Kiedy człowiek jest jeszcze człowiekiem, a kiedy już tylko śladem po człowieku? Na wpół rzeczą? Cieniem wspomnienia o kimś, kto stał w tym właśnie miejscu, jadł z tego talerza, ustawiał książki na tej właśnie półce? Widzowie, czekający na spektakl Wszystko na darmo w Teatrze im. Jaracza w Olsztynie, wchodzą na scenę, na której już rozkłada się zapowiedź apokalipsy. Półżywe przedmioty: stół bez nóg, porzucony obraz, wykoślawione krzesła, czekają rozłożone na scenicznych deskach. Ożyją za chwilę, jeszcze tylko szybkie dyspozycje, kto gdzie stoi, kiedy TO się wydarza. TO – czyli może spektakl, jedna z prób, a może koniec świata. Tego drugiego się przepróbować nie da. Aktorzy przepowiadają role na biało, jakby przypominali sobie, o czym mają nam opowiedzieć. Tu spotyka się zresztą część techniczna sztuki – wymagająca ogromnej dokładności, żeby podnieść właściwy element scenografii we właściwym momencie i miejscu – z jej treścią. Dopiero za chwilę ruszy z kopyta teatralna machina. Z dwóch stron scenę obsiadła widownia, ale przestrzeń i tak jest przecież trochę umowna. Bo jeśli oderwać wzrok od tego, co przed nami, można nim błądzić po rampie reflektorowej, rurach, przewodach i wnętrznościach sceny, wcale przed nami nie zakrytymi.
Tu wszystko jest na wierzchu.
Może to zresztą najwłaściwsza strategia w takim miejscu jak to? Trochę jak w literackim pierwowzorze, Wszystkim na darmo, powieści Alles umsonst przełożonej przez Małgorzatę Gralińską dla ArtRage przed dwoma laty (2023). Jej autor, Walter Kempowski – o którym będzie się mówiło, że to drugi, obok Güntera Grassa, opowiadacz niemieckiego końca wojny – wydał ją w 2006, rok przed śmiercią. W Polsce od razu reklamowana jako arcydzieło, w Niemczech spotykała się, jak zresztą i inne dzieła Kempowskiego, z mieszanym przyjęciem. Bo z Kempowskim Niemcy mieli problem – jak z własną pamięcią o wojnie: podzieloną, fragmentaryczną, nieciągłą. U Kempowskiego widać konstrukcję tej pamięci we fragmentach, z których buduje świat przedstawiony, aluzji, pokawałkowanych piosenek, urwanych nut, przemilczanych opowieści – niby wszystko jest na wierzchu, ale trzeba oderwać wzrok od rozwijającej się przed oczami czytelniczki historii, żeby zobaczyć, że coś tu nie gra, od początku.
Fotografia ze spektaklu, autor: Bartek Warzecha, źródło.
U Kempowskiego i u Szczawińskiej rzecz dzieje się w wymyślonym dworku, umownej miejscowości gdzieś w Prusach Wschodnich. Miejscu, w którym chciano widzieć jakąś przednowoczesną idyllę. Niby europejskie państwo, ale jakoś tak na końcu świata. Niby z dużym miastem Królewcem, ale z nie za gęstą siatką urbanistyczną. Niby z własnym filozofem, co dokonał w naszym myśleniu rewolucji, ale ten Immanuel Kant jakiś dziwny, zasiedziały w domu, obrośnięty anegdotą. Ot, taki filozof, co całe życie chciał zobaczyć słonia, ale akurat żaden nie zawędrował nad Pregołę. Kempowski celowo osadza akcję swojej powieści w realnej geografii – jego bohaterowie mówią o Olsztynie, Elblągu czy Gdańsku – ale ten najbliższy szczegół, dwór Georgenhof, jest zmyślony. Mógłby istnieć, a jednak nie istniał.
Teraz jednak panował ziąb
I tak samo jest z tym teatrem. Siedzimy przecież na jak najbardziej realnej nastawce z krzeseł i jeśli spojrzymy do góry, zobaczymy zupełnie prawdziwą rampę reflektorową. Ale może coś jeszcze? Teatr założony sto lat temu, w 1925 roku, jako dar wdzięczności za wygrany plebiscyt, został nazwany w związku z tym Treudanktheater [w wolnym tłumaczeniu Teatr w darze za wierność]. Nie krył się z tym, czym był. A co to za plebiscyt? Chodzi o głosowanie, zarządzone po pierwszej wojnie światowej: gdzie ma przebiegać granica nowej Polski? Wiemy, że nie wszędzie to było oczywiste i nie wszędzie rozstrzygnięcia witano z radością – o sytuacji na Śląsku Cieszyńskim pisała na naszym blogu Magdalena. W dwóch wypadkach, na Górnym Śląsku, i właśnie na Mazurach, Warmii i Powiślu miało się odbyć głosowanie: chcesz mieszkać w Polsce czy w Niemczech? Nie chodziło o narodowościowe rozstrzygnięcia, nie pytano bowiem – jak zauważa w wywiadzie o tym górnośląskim plebiscycie Sebastian Rosenbaum w rozmowie z Karolem Kleczką[1] – czy czujesz się Polakiem, czy Niemcem. Narodowościowego samopoczucia nie wskazywał używany język ani noszone nazwisko. Wyniki plebiscytu, przebiegającego w cieniu wojny-polsko bolszewickiej, dla strony polskiej okazały się klęską: jedynie kilka miejscowości na Mazurach i Powiślu znalazło się po polskiej stronie granicy. Strona niemiecka upamiętniła wynik nie tylko w nazwie allensteinskiego teatru – w 1928 roku Olecko przechrzczono na Treuburg [czyli Wiernogród], także przypominając o wynikach głosowania.
A Kempowski pokazuje nam ten świat – ten, gdzie wierność szybko wykorzystają przejmujący polityczne stery naziści, dla których i przegrana pierwsza światowa wojna, i wygrany plebiscyt staną się żyznym podglebiem propagandy – który zapada się pod własnym ciężarem niedługo później. Podświadomie, wyposażeni w wiedzę z podręczników historii, czekamy, aż do Prus Wschodnich wejdzie Armia Czerwona, żeby rabować i gwałcić. Jak w Pruskich nocach Aleksandra Sołżenicyna: „Podpalajmy domy! W mig / Się sfajczą! Na strych, Wasia! / Trza zaczynać od poddasza, / Strop drewniany! Idź na strych!”. / Szkoda domów? Jeszcze czego, A niech Niemiec ma za swoje! […] I radością nas napawa / Pruskie niebo pełne łun![2]Bo Sołżenicyn, późniejszy noblista i autor Archipelagu GUŁag, dowodził w styczniu 1945 roku jedną z jednostek zdobywających Prusy. Zresztą to gdzieś pod Elblągiem aresztowano go i stamtąd zaczął się jego obozowy szlak. Ale u Kempowskiego nie ma żadnego rosyjskiego matematyka, który jako kapitan artylerii szturmuje pruskie dwory i miasteczka. Jest tylko pogłos artylerii, którą w spektaklu Szczawińskiej słychać bardzo wyraźnie. Wystarczy otworzyć drzwi, za którymi hałasuje piekło. Ale na straży konającego świata i tak ktoś stoi. Zamiast czerwonoarmiejców są gorliwi miejscowi naziści, tacy jak Drygalski (w tej roli Marcin Kiszluk), który w każdej chwili jest gotów ferować wyroki. Są jeszcze SS-mani, gotowi te wyroki wykonać. Jest jeszcze upadająca III Rzesza, która nie umie co prawda ewakuować swoich obywateli, ale jest w stanie przykładnie ukarać tych, którzy w ostatniej już chwili będą chcieli się jej wymknąć.
Dlatego radziecką obecność jak w powieści, tak na scenie, przywołuje tylko przedmiot: futrzana czapa, którą od czasu do czasu wkłada pani domu, Katharina von Globig (grana przez Milenę Gauer). Bo jesteśmy w tym świecie zawieszonym w bezczasie i oczekującym coraz to nowego końca, właśnie w jej dworku. To jedna z wielu junkierskich rodzin w Prusach Wschodnich, choć trochę odstaje od otoczenia. Pozornie, łatwo się z nią utożsamić – kiedy za oknem wyrasta im wzorowa robotnicza osada wzniesiona dla wzorowych niemieckich rodzin wiernych partii, przywodzi to na myśl sytuację, w której nagle deweloper wykupuję tę działkę za oknem, na której plan zagospodarowania miejscowego nigdy nie przewidywał żadnej budowy. Ale to pozór, bo poza tym von Globigowie nie są tu po to, żeby się z nimi utożsamiać. Zatomizowana rodzina, której członkowie nie przepadają sami za sobą, zastanawia się, co to będzie – czy tak jak w czasie pierwszej wojny Rosjanie przyjdą, oficer zagra na fortepianie, a potem wszystko będzie po staremu? Plotki mówią, że niekoniecznie. Nieobecny pan domu gdzieś z Włoch przysyła wino, czekoladę i ostrzeżenia, podczas gdy Katharina, znudzona, wspomina wakacyjny romans i życie, które porzuciła w Rzeszy na rzecz wyobrażonej wspaniałości wschodniopruskiego dworu. Ona nie zdążyła się w porę zorientować, że ta idylla to taka tylko z daleka. A dwór ma wodę w piwnicy i gdyby nie Cioteczka (świetna Aleksandra Kolan), codziennie zasypiająca i budząca się pod portrecikiem Hitlera i widokiem ukochanego Śląska, pewnie już dawno by się rozpadł. Zresztą i tak ktoś podwędza srebrne łyżeczki. Żaden komplet się nie uchowa.
Fotografia ze spektaklu, autor: Bartek Warzecha, źródło.
Dom dla lalek i teatrzyk kukiełkowy
I w powieści, i na scenie, obserwujemy więc korowód dziwnych postaci, uciekinierów, pogrobowców Rzeszy, przekrój przez całe spektrum niemieckości, które właśnie przestaje istnieć w swojej dotychczasowej formie. Im wszystkim zostanie tylko wspominanie. Wspomina więc bałtycki baron (bałtycki, czyli pochodzący z kultury Niemców bałtyckich, Baltendeutsche), który wlecze za sobą kufer pełen zapisków o historii swojej miejscowości – historii doprowadzonej do jakiegoś mało znaczącego punktu. Kufer i tak musi porzucić, żeby ratować siebie. O tym, co było, śni też miejscowy pieczeniarz, doktor Wagner (znakomity Radosław Hebal), niby nauczyciel synka von Globigów, Petera (Zuzanna Wicka). Wagner – wielkie nazwisko, mała postać – w żałosny sposób próbujący przybliżyć niezainteresowanym słuchaczom w dworku Globigów królewieckie klopsy spożywane nad Pregołą. Królewiec zbombardowano już w 1944 roku, klopsy od dawna są wspomnieniem. Miasto jest wspomnieniem, został po nim ślad w Duisburgu, 1 200 km od właściwego miasta, gdzie mieści się dziś Muzeum Królewca. Na scenie obserwujemy, jak pamięć tego, co zdarzyło się ledwie przed chwilą, miesza się z pamięcią o tym, co kiedyś, co dawno. Jak u rodziny uciekinierów, którą dokwaterują von Globigom. Ona wspomina porzucony ogródek, on udar, który sprawił, że ledwo się rusza. A za drzwiami już słychać koniec świata, krzyk chorego miesza się z dudnieniem dział, w poruszającej scenie z postmodernistycznego ducha Heinera Müllera (trochę to inny niemiecki duch tym razem). Scena jest długa, trudno ją wytrzymać, wszystko tu działa na nerwy, chce się odwrócić wzrok, ale nie ma dokąd.
Bo tu wszystko jest na wierzchu.
To nie my […], to już było wcześniej
Czasami wyobrażam sobie, że robimy nawiedzony spektakl, bo świata opisanego w powieści już nie ma. Ten, który jest zainscenizowany na scenie, trzyma się na włosku. Tymczasem bohaterowie odmawiają przyjęcia tego do świadomości, czytam zapisane w programie słowa reżyserki,Weroniki Szczawińskiej. Widmontolożki nie może to nie zainteresować. Nawiedzony spektakl? Ale nawiedzony w czym – w pokazaniu na scenie tego, czego już nie ma, jak zastanawiał się na naszym blogu Michal? Mówimy przecież nie o historii faktycznych rodzin, tylko o wyobrażeniu, celowo tak a nie inaczej napisanym przez Kempowskiego. U niego ucieczka zaczyna się wcześniej, mieszają się ze sobą niemieckie kultury z różnych zakątków wschodu, różne klasy społeczne upchnięte w podniszczonym dworku, różne historie. Faktycznie, aktorzy trudzą się, żeby utrzymać pokawałkowane meble i naszą uwagę, w czym celują zwłaszcza Agnieszka Giza i Wojciech Rydzio, którzy wielokrotnie, kunsztownie zmieniają skórę na scenie, wcielając się w coraz to nowe postaci, w drobnym geście, za pomocą kolejnego rekwizytu. Ale jakie duchy wywołują?
Jeśli – a z taką tezą pracujemy w SpectralRecycling już od prawie trzech lat – duchy to przedmioty i przestrzenie, które pozostały po wysiedlonych, i które przypominają, że ktoś tu był wcześniej, jaka jest rola tych reprezentacji reprezentacji? Czy przedmiot, który wyłącznie gra przedmiot, staje się duchem? Jak przenosi się widmo? A może to nie sam spektakl jest nawiedzony, ale właśnie ta scena, na której go oglądamy? Polski, olsztyński, teatr otwarto w listopadzie 1945 roku jako Teatr Warmii i Mazur. Pierwszą polską premierą była Moralność pani Dulskiej, trochę jak na ironię spektakl tak bardzo nie miejscowy – akcja osadzona jest przecież we Lwowie (ale może też w Krakowie), bo jak pisze sama Zapolska, rzecz dzieje się w mieście[3]. To bezimienne miasto, byleby miasto, pierwszą powojenną późną jesienią musiało w Olsztynie brzmieć dziwnie. Miano oglądać spektakl o mieszczaństwie na progu epoki, która tę klasę średnią chciała zmieść. Reżyserował Aleksander Młodnicki, zresztą lwowiak, Wernyhora z późniejszego Wesela Wajdy. Co innego chciano na tej scenie wtedy wskrzeszać, nie ten świat, który dopiero co tu był, i ledwo co się skończył. I co innego nawiedzało scenę. W didaskaliach Moralności… czytamy: Dywany — meble solidne — na ścianach w złoconych ramach premia i Bóg wie jakie obrazy. — Rogi obfitości — sztuczne palmy — landszaft haftowany za szkłem. — Pomiędzy tym stara, piękna serwantka mahoniowa i empirowy ekranik. — Lampa z abażurem z bibuły — stoliki, a na nich fotografie[4]. Nie, jak w scenografii Marty Szypulskiej, stół bez nogi, upiłowana szafa, dziurawe krzesło, blat, który ledwie się trzyma. W powojennej rzeczywistości braku i szabru, kiedy allensteińskie serwantki mahoniowe i landszafty haftowane za szkłem jechały już gdzieś do Warszawy, a może do Moskwy i dalej, a może lądowały w prywatnych mieszkaniach i w magazynach Tymczasowego Zarządu Państwowego, to też musiało brzmieć osobliwie. I może w tym kontekście jakiś dodatkowy duch nawiedza scenę olsztyńskiego Teatru Jaracza?
Wszystko jest na wierzchu, trzeba tylko oderwać wzrok od rampy reflektorowej i spojrzeć kawałek dalej, w przestrzeń i w czas. Nastawić uszu. Chwilę scena pozostaje pusta. Słychać za kulisami szłapanie pantofli, pisała Zapolska. A przecież w papilotach przeszła właśnie przez scenę Cioteczka w wykonaniu Aleksandry Kolan. Tylko za kulisami zamiast pantofli słychać, jak rozpada się świat.
Karolina Ćwiek-Rogalska
* W śródtytułach wykorzystałam cytaty z Wszystko na darmo Waltera Kempowskiego w przekładzie Małgorzaty Gralińskiej.
Premiera: 29.05.2024
Spektakl widziałam: 26.04.2025
Autor: Walter Kempowski
przekład: Małgorzata Gralińska adaptacja, reżyseria: Weronika Szczawińska adaptacja, dramaturgia, współreżyseria: Piotr Wawer jr scenografia, kostiumy: Marta Szypulska muzyka: Aleksandra Gryka asystentka scenografki: Natalia Dziarczykowska inspicjentka/suflerka: Grażyna Czarkowska
Obsada:Milena Gauer, Agnieszka Giza, Radosław Hebal, Marcin Kiszluk, Aleksanda Kolan, Wojciech Rydzio, Zuzanna Wicka (Studium Aktorskie)
[1] Śląska polifonia, z Sebastianem Rosenbaumem rozmawia Karol Kleczka, Miesięcznik Znak, wrzesień 2021.
[2] Sołżenicyn, A., Pruskie noce, tłum. Michał B. Jagiełło, Warszawa 2018, s. 8 [ebook].
[3] Zapolska, G. Moralność pani Dulskiej, Wolne Lektury.
Pod koniec czerwca Magdalena Bubík wzięła udział w seminarium zorganizowanym przez badaczy z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Weekendowe spotkanie miało formę intensywnych warsztatów: uczestnicy przesyłali wcześniej swoje prace w toku, które następnie były omawiane w grupie. Na seminarium pojawiły się rozdziały rozpraw doktorskich, szkice książek i wstępne wersje artykułów.
Magdalena miała okazję zaprezentować swój artykuł na temat kościoła św. Janów w Pile. Kościół ten pojawiał się już wcześniej w naszych wpisach, ponieważ jest ściśle związany z jej zainteresowaniami badawczymi. Do połowy XIX wieku był on jedynym kościołem w mieście. Podobnie jak wiele innych budynków, został zniszczony podczas tzw. „wyzwolenia” miasta w 1945 roku, a trzydzieści lat później całkowicie rozebrany. Dziś w jego miejscu stoi Hotel Gromada.
Chociaż był to kościół katolicki, Magdalena – prowadząca badania nad społecznościami protestanckimi – poczuła potrzebę napisania o nim. Nie tylko ze względu na jego znaczenie religijne, lecz także dlatego, że jego historia odzwierciedla losy mieszkańców Piły i głębokie zmiany, jakich doświadczyli. Wymiana ludności – głównie protestanckich Niemców na katolickich Polaków – sprawiła, że kościół ten był postrzegany jako „bastion” polskości w okresie pruskiej i niemieckiej administracji. Dziś budynku już nie ma. W jego miejscu stoi hotel, który również ma nawiązywać do przeszłości. Prezentacja artykułu podczas seminarium okazała się wyjątkowo cenna: dyskusja przyniosła wiele spostrzeżeń, sugestii i konstruktywnych uwag, które pomogą w ostatecznym kształcie pracy Magdaleny. W gronie mentorów znaleźli się historycy: Barbara Klich-Kluczewska (Uniwersytet Jagielloński), Katarzyna Stańczak-Wiślicz (Uniwersytet Warszawski), Dobrochna Kałwa (Uniwersytet Warszawski), Marcin Jarząbek (Uniwersytet Jagielloński) oraz Tomáš Pavlíček (Instytut Masaryka i Archiwum Czeskiej Akademii Nauk).
Na wyjątkowość tego doświadczenia wpłynęło także miejsce seminarium. Odbyło się ono w malowniczej Lanckoronie, tuż pod Krakowem, co stworzyło idealne tło do pogłębionych rozmów i refleksji. Otoczeni spokojnym krajobrazem uczestnicy mogli zanurzyć się nie tylko w teksty, ale także w atmosferę sprzyjającą rodzeniu się nowych pomysłów.
Na początku czerwca nasza badaczka, Karina Hoření, miała okazję zaprezentować swoją pracę w Pradze. Wzięła udział w sympozjum „Tekst, Tekstylia, Kontekst”, które odbyło się w Instytucie Literatury Czeskiej Czeskiej Akademii Nauk w dniach 11–13 czerwca.
Jej prezentacja zatytułowana „Dywany z Liberca: Ręczne wiązanie dywanów między kulturą czeską a niemiecką” była studium przypadku dywanu z Maffersdorfu/Vratislavic, który został wyprodukowany w latach 20. XX wieku, zaginął po wojnie, a następnie został odrestaurowany i wystawiony w lokalnej bibliotece.
To studium przypadku zostało zaprezentowane obok innych fascynujących wystąpień na temat historycznego i politycznego znaczenia technik tekstylnych oraz ich odzwierciedlenia w literaturze.
Uczestnicy nie tylko rozmawiali o tworzeniu tekstyliów, ale także spróbowali swoich sił w technice haftu, odkrywając jej potencjał do budowania dialogu i kobiecej solidarności.
tekstylia oraz ich polityczne i kulturowe znaczenia, fot. Karina Hořenílogo konferencji, fot. Karina Hoření
Po raz czwarty odbył się marsz studencki z Postoloprt (dawniej niemieckiego Postelbergu) do Žatca (dawniej niemieckiego Saazu) w Czechach, upamiętniający ofiary powojennej przemocy wobec miejscowej ludności niemieckojęzycznej. Wśród około 200 uczestników znaleźli się przedstawiciele mediów zarówno z Czech, jak i Niemiec. W marszu wziął również udział nasz badacz, Michal Korhel, który zajmuje się kulturą pamięci w czeskim regionie przygranicznym w kontekście powojennej przemocy wobec ludności niemieckiej. Blisko 20-kilometrowa trasa była okazją do wielu rozmów, podczas których Michal dzielił się swoimi obserwacjami i doświadczeniami z badań.
Jedna z tych rozmów została później przedstawiona w artykule zatytułowanym „Die Wanderer von Postelberg: Wie junge Tschechen an ein Massaker an Sudetendeutschen nahe dem Erzgebirge erinnern.” Artykuł podkreśla znaczenie zaangażowania młodego pokolenia w historię jako drogę do większego zrozumienia i budowania wspólnej kultury pamięci. Michal został w nim przywołany jako ekspert w dziedzinie kultury pamięci, zwracając uwagę na jej zróżnicowanie – zwłaszcza na poziomie lokalnym. Choć w Czechach dominuje dziś przekonanie potępiające powojenną przemoc wobec Niemców, nie zawsze znajduje ono odzwierciedlenie w społecznościach lokalnych. Przejawem tego są m.in. trudności związane z tworzeniem miejsc pamięci poświęconych ofiarom.
To tytuł nowo opublikowanego numeru specjalnego czasopisma Sprawy Narodowościowe. Seria nowa, redagowanego przez naszych badaczy: Karolinę Ćwiek-Rogalską i Michala Korhela. To, co zaczęło się jako abstrakt przygotowany na VI Kongres Polonoznawczy, który odbył się w marcu 2024 roku, przekształciło się w publikację oferującą cenne spostrzeżenia na temat tego, jak różne społeczności radzą sobie z narracjami historycznymi i tożsamością kulturową w zmieniających się realiach narodowych i kulturowych.
Zaproszeni badacze z różnych dyscyplin przygotowali artykuły analizujące złożone relacje między pamięcią, tożsamością a dziedzictwem w regionach, gdzie przemieszczenia ludności – takie jak powojenne przesiedlenia i zmiany granic – odcisnęły trwałe piętno na krajobrazie kulturowym. Autorzy badają, w jaki sposób lokalne społeczności rekonstruują i reinterpretują swoje historie poprzez różne formy ekspresji, w tym folklor, pomniki, teatr oraz wystawiennictwo muzealne.
Mamy nadzieję, że numer ten przyczyni się do pogłębienia wiedzy o dynamice życia społecznego w kontekstach powysiedleńczych Europy Środkowo-Wschodniej – i nie tylko.
W numerze znajdują się następujące artykuły:
Veronika Kupková – To See the Unseen: From History Books to Learning from the Landscape O tym, jak nauka „czytania” krajobrazu w Czechach po przesiedleniach może pomóc w lepszym zrozumieniu historii.
Anna Kurpiel – Lower Silesian Costume: Transposition of Prewar Heritage Within Folkloristic and Regional Frameworks O tym, jak folklorystyczne praktyki w powojennym Dolnym Śląsku przekształcają i reinterpretują przedwojenne dziedzictwo kulturowe.
Michal Korhel – German Ghosts Haunting Slovak Theater: The Role of Drama in the Slovak Culture of Remembrance O roli teatru w upamiętnianiu historii wysiedleń w słowackich regionach dotkniętych przemieszczeniami ludności.
Agata Tumiłowicz-Mazur – Unsettled: Movable Monuments at the Cusp of German and Polish Heritage O tym, jak ruchome obiekty i pomniki w powojennym Śląsku mogą same „opowiadać” o złożonym dziedzictwie niemiecko-polskim.
Petr Wohlmuth – Veterans Day Celebration in a Hlučín Village: A Unique “Confirmatory” Military Reenactment Event O unikalnym wydarzeniu rekonstrukcyjnym w Czechach, które ujawnia dysonujące dziedzictwo wojenne i lokalną pamięć historyczną.
Agnieszka Pufelska – The Museum Appropriation of German Cultural Heritage: A Case Study of Allenstein/Olsztyn O tym, jak w byłych Prusach Wschodnich tworzono muzea opierające się na przejętym dziedzictwie niemieckim, po włączeniu tych terenów do Polski.
Maciej Zawistowski – The Process of Adaptation and Assimilation after 1957 as Remembered by the Descendants of the Czech Brethren in Lower Silesia O tym, jak potomkowie Braci Czeskich na Dolnym Śląsku pamiętają proces adaptacji i asymilacji po przesiedleniach.
Dodatkowo numer zawiera tekst retrospektywny. Ponieważ czasopismo zostało założone w 1927 roku, każdy numer zaprasza jednego autora do odniesienia się do artykułu z okresu międzywojennego. W tym numerze członkini naszego zespołu, Karina Hoření, podejmuje dialog z tekstem Wacława Junoszy z 1929 roku, dotyczącym relacji czesko-niemieckich, analizując, jak te kwestie prezentują się w świetle dzisiejszej wiedzy:
Karina Hoření – From Greatness to Ruins: The Hundred Years Between “The German Minority in Czechoslovakia” by Wacław Junosza (1929) and the Present Refleksja nad zmianą postrzegania mniejszości niemieckiej w Czechosłowacji na przestrzeni ostatnich stu lat.
W numerze znalazły się także dwie recenzje książek, obie dotyczące zagadnienia dziedzictwa po migracjach:
Magdalena Bubík recenzuje książkę Porządek rzeczy: Relacje z przedwojennymi przedmiotami na Ziemiach Zachodnich autorstwa Anny Kurpiel i Katarzyny Maniak. Książka analizuje, jak przedmioty z przeszłości funkcjonują w pamięci mieszkańców Ziem Zachodnich.
Kamila Fiałkowska recenzuje książkę Koloniści z Rio Claro: Społeczno-językowe światy polskich osadników w południowej Brazylii autorstwa Karoliny Bielenin-Lenczowskiej. To studium opisujące, jak migracja wpłynęła na życie, język i tożsamość polskich osadników w Brazylii.
Cały numer dostępny jest bezpłatnie w otwartym dostępie na platformie czasopisma.
Serdecznie dziękujemy wszystkim autorom za ich kreatywność, cierpliwość i zaangażowanie. Wasza praca była nieoceniona przy powstawaniu tego numeru.
Z przyjemnością informujemy, że nasza kierowniczka, Karolina Ćwiek-Rogalska, została niedawno głosem eksperckim w de Volkskrant, jednej z wiodących gazet w Holandii. W specjalnym raporcie upamiętniającym 80. rocznicę przesunięcia granic Polski na zachód Karolina rozmawiała z Arnoutem le Clercqiem o widmowych wymiarach okresu po przesiedleniu — w jaki sposób echa straty, pamięci i przeszłości nadal kształtują teraźniejszość. Mówiła o tym, w jaki sposób koniec II wojny światowej nie tylko zmienił granice, ale także wyrwał z korzeniami miliony istnień. W artykule wyjaśniła, w jaki sposób nie tylko władze, ale także ludzie poddani tym zmianom, zareagowali na przymusową migrację. Artykuł podkreśla również nasze trwające badania nad spuścizną okresu po przesiedleniu w Europie Środkowej — przyglądając się, w jaki sposób historia nawiedza przestrzeń, kulturę materialną i życie mieszkańców dzisiaj. Artykuł mogą Państwo przeczytać (w języku niderlandzkim) tutaj.
Wpis na blogu gościnnie przygotował Mariusz Fornagiel, doktorant w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tekst zagłębia się w sensoryczne doświadczenie granicy polsko-słowackiej, podkreślając niuanse natury granicy jako czegoś więcej niż tylko fizycznego rozgraniczenia. Zamiast tego jest ona przedstawiana jako przestrzeń ukształtowana przez codzienne praktyki i interakcje międzyludzkie, która wykracza poza jej polityczne znaczenie. Granica jest tu opisana jako historycznie niewidoczna, płynnie łącząca się z krajobrazem językowym, wizualnym, który definiuje region. Jednak zmiany w dynamice politycznej spowodowały zwiększoną świadomość granicy, oznaczając ją jako widoczny i uregulowany podział. Mariusz zagłębia się w to, jak granica była postrzegana, odczuwana i jaki sens nadawały jej osoby zamieszkujące w pobliżu, rzucając światło na wieloaspektową naturę doświadczenia granicy.