Przejdź do treści

Angelika Zanki

Sudety, czyli miłość i urwane końce?

[ENG, Polish version below] Does the Sudetenland – now a region in Czechia, once predominantly inhabited by a German-speaking population – consist only of fragmented histories? Inspired by a comic book exhibition at the Olomouc library titled Sudetenlove, Magdalena asks whether stories about the Sudetenland must necessarily be fragmented, incomprehensible, and melancholic. In her essay, she argues that many of these stories are not entirely without a continuation, as they endure to live on through the memories embedded in objects and buildings.


Sudety – mówiąc krótko: teren przygraniczny Czech, na którym przez wieki żyła ludność niemieckojęzyczna,  wysiedlona po II wojnie światowej. W pewnym sensie, nie wdając się w szczegóły, na które nie ma miejsca w poście na blogu, to czeski odpowiednik tzw. Ziem Odzyskanych. Ma tak samo wiele konotacji politycznych, propagandowych i znaczeniowych, które wymykają się prostemu i jednoznacznemu opisowi. Wraz z upływem czasu, im więcej gromadzę materiałów z terenu, tym częściej przyłapuję się na tym, że myślę o “Sudetach” – o tym, czym są i jak można byłoby je opisać. To pytanie powraca do mnie także podczas rozmów z obecnymi mieszkańcami tych terenów. I właśnie wtedy najczęściej ujawnia się wspomniana trudność: próba udzielenia prostej, jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym są Sudety. Ktoś stwierdza, że to za trudne pytanie, inny w swojej wypowiedzi skupia się na historii tych terenów, ktoś jeszcze inny na pięknie natury. Są i tacy rozmówcy, którzy Sudety otaczają czułością, mówią przecież o miejscu swojego pochodzenia czy urodzenia. Nierzadko wybrzmiewają też opowieści o Niemcach, którzy dawniej tam żyli, a zostali wysiedleni – na dowód rozmówcy przypominają o opuszczonych domach, które latami popadały w ruinę. Mój esej nie ma jednak na celu wchodzenie w dyskusję, czym miałyby być Sudety. O trudnościach w ich zdefiniowaniu oraz różnicach pomiędzy polskim a czeskim rozumieniem słowa pisała już Karin na naszym blogu oraz Karolina w swoim artykule[1]. Obrałam jednak termin “Sudety” za punkt wyjścia do moich dalszych refleksji nad terenami, na których doszło do niemal całkowitej wymiany ludności. Mogłoby się bowiem wydawać, że historie tych miejsc zostały dzięki temu przerwane – ale czy tak jest naprawdę? A może to tylko pokutujące w głównym dyskursie medialnym, naukowym czy artystycznym wyobrażenie?

Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.
Fot. 1 Mapa Republiki Czeskiej z zaznaczonymi Sudetami na arkuszu roboczym wypełnianym w trakcie zwiedzania wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Przechodząc przez korytarz biblioteki naukowej w Ołomuńcu, natknęłam się na plakat – przedstawiał dwie osoby kąpiące się w wodzie. Było to zaproszenie na wystawę pt. ,,Sudetenlove”. Nie ukrywam, że słowo to zaintrygowało mnie i od razu przyciągnęło moją uwagę. Zdecydowałam, że na pewno muszę obejrzeć tę wystawę: plakatów komiksowych autorstwa Filipa Raifa, inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami z 1938 roku. Znajdowała się na piętrze wspomnianej biblioteki w Ołomuńcu – mieście, które dawniej również było zamieszkiwane przez pokaźną grupę osób niemieckojęzycznych, co widać chociażby po tym, że do dnia dzisiejszego stoi tu kościół, który dawniej należał do niemieckich ewangelików. Dzisiaj pełni już jednak funkcję centrum kulturalno-edukacyjnego i stoi zaraz obok wspomnianej biblioteki. Przechodząc już do samej ekspozycji: nie wiem, czy wystawa to nie za dużo powiedziane, ponieważ kiedy tam weszłam, moim oczom ukazało się jedynie kilka plansz wystawowych, przyczepionych do ścian. Brakowało jakiejkolwiek tabliczki z opisem całości.

Na wstępie, pod szklaną gablotką – jedyną na tej wystawie – przywitała mnie dawna niemiecka mapa i kilka widokówek. Nad nimi wisiała wspomniana grafika z całującą się w wodzie parą. Co jednak bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło, po przeciwległej stronie korytarza, na stoliku obok księgi gości leżała też sterta arkuszy roboczych do wystawy. Na każdym widniało kilka zadań. Już pierwsze od razu skłoniło mnie do zatrzymania i zastanowienia się. Wymagało ono zakolorowania na mapie Republiki Czeskiej terytorium, które jest znane jako ,,Sudety”. Na mapce, oprócz konturów państwa, widniała też cieńsza przerywana linia, która prawdopodobnie miała pomóc w odnalezieniu tego terytorium, oznaczając właśnie “Sudety”. Uznałam, że zadanie nie należało do najtrudniejszych, ponieważ chyba nikt nie odważyłby się zaznaczyć Sudet w okolicach Pragi. Kiedy jednak zaczęłam się nad tym zastanawiać – gdzie kiedyś żyła ludność niemieckojęzyczna – to w mojej głowie pojawiło się pytanie, jakie kryteria autor tej mapki brał pod uwagę. “Sudety” nigdy nie przybrały jednych ustalonych geograficznie granic, a ludność niemieckojęzyczna żyła nie tylko na terenach przy granicy, jak sugerowałaby cieńsza linia na arkuszu roboczym, ale też na przykład we wspomnianym Ołomuńcu, Pradze czy Brnie. 

Fot. 2 Arkusz roboczy z wystawy na tle grafiki przewodniej, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Skierowałam wzrok na grafikę przewodnią wystawy, czyli postacie całujących się w wodzie kobiety i mężczyzny. Oczywiście sama nazwa ,,Sudetenlove” sugerowała, że gdzieś pojawi się wątek miłości. Zaczęłam oglądać poszczególne komiksowe grafiki przedstawiające poznanie się i relację dwojga młodych ludzi. Przy niektórych były też dymki z dialogami – wszystkie w języku czeskim. Tylko po imionach i też ewentualnie po nazwie wystawy można było domyślić się, że pochodzą oni z terenu zamieszkiwanego przede wszystkim przez ludność niemieckojęzyczną. Z opisu wystawy wiedziałam, że chodzi o Niemkę Hedvikę oraz Bedřicha/Fritza z mieszanego czesko-niemieckiego małżeństwa. 

Hedka z Bedřichem zakochali się w sobie w 1938 roku, kiedy Sudety zostały wcielone do III Rzeszy, a rok później zaczęła się wojna. Zgodnie z wolą ojca, Hedka uciekła do swojej ciotki do Belgii. Bedřich wybrał się za nią na rowerze, który pożyczył od kolegi. W pewnym momencie jednak historia jego podróży urywa się: Fritz stoi na plakacie w niemieckim mundurze. Później jednak uznałam, że straciłam wątek: kolejne plansze były prawie pozbawione dymków dialogowych. Pomyślałam, że może pomyliłam kolejność plansz, więc zaczęłam szukać jakiejś nitki przewodniej: co się stało z tą parą zakochanych? Dlaczego Bedřich/Fritz nosił na sobie niemiecki mundur i dlaczego ostatnia plansza przedstawia rannego Bedřicha chodzącego samego po lesie w mundurze? Co takiego skłoniło autora do poprowadzenia narracji w ten sposób?

Fot. 3 Ostatnia plansza wystawy ,,Sudetenlove” przedstawiająca rannego Fritza/Bedřicha w lesie ubranego w mundur niemiecki, fot. Magdalena Bubík, 2025.

Kątem oka zauważyłam, że za witryną stoi książka o tej samej nazwie, więc domyśliłam się, że ta komiksowa wystawa została zrobiona na jej podstawie. Nie zapoznając się z jej zawartością, miałam jednak poważny problem interpretacyjny. Stąd też sytuacja, którą przeżyłam na wystawie, skłoniła mnie do zastanowienia się, dlaczego tak wiele historii o Sudetach jest przedstawianych właśnie w ten sposób – są one urwane, niezrozumiałe i, przede wszystkim: smutne?

Skoro żyjąca na ziemiach czeskich ludność niemiecka i niemieckojęzyczna została wysiedlona ze swoich domów, to mogłoby się wydawać, że Sudety są pełne urwanych historii. Taki obraz poparty jest powszechnym stereotypem. Czasami pojawia się w wypowiedziach moich rozmówców. Da się go bez trudu zaobserwować wśród odwiedzających te tereny: przechadzając się po lasach czy polach, gdzie można jeszcze zauważyć obrysy dawniej stojących domów czy całych gospodarstw, mogą myśleć właśnie o takiej pustce. Krajobraz wspiera takie myślenie – nie mówię już nawet o zapomnianych cmentarzach, na których wszechobecna roślinność często uniemożliwia zlokalizowanie poszczególnych grobów. Ale czy Sudety faktycznie są krainą wyłącznie urwanych historii? A może to jednak, jak zasugerowałam już na wstępie, stereotyp?

Zaczęłam zastanawiać się nad przykładami potencjalnie urwanych historii z terenów, które badam – mogłyby być wywołane przez miejsca, w których dawniej stały domy lub inne budynki, a które obecnie są znane jedynie z fotografii i pocztówek albo opowieści ludzi, którzy jeszcze pamiętają jak wyglądały. Na miejscu tych budowli może dzisiaj znajdować się park i plac zabaw dla dzieci, tak jak w przypadku ewangelickiego kościoła w Libercu. Ale okazuje się, że chociaż tej świątyni już nie ma, to jej historia urywa się tylko z pozoru – dalej żyje w pamięci niektórych mieszkańców. Kiedy zaczynają przywoływać wygląd kościoła w swojej pamięci, to nie jest on wcale rozpadającym się budynkiem, jak chce tego część twórców dokumentów sprzed jego wyburzenia. Wspomnienia dotyczą kolorowych witraży, przez które co niedzielę wpadały promyki słońca, zdobionych kaset ściennych w nawach oraz na sklepieniu (fot. 4), widoku najróżniejszych kolorów i ornamentów na chustach, które zdobiły głowy uczestniczek odbywających się tam nabożeństw. Niekiedy wracają też do zapierającego dech w piersiach widoku na miasto, jaki roztaczał się z wieży kościelnej. Stał się on impulsem do pierwszego pocałunku jednej z par, z którą rozmawiałam. Historia tego kościoła zatem nie urwała się, choć mogłoby się tak wydawać – ale trwa dalej i to nie tylko we wspomnieniach, ale także w tych wszystkich przedmiotach, które zachowały się z jego wnętrza: obrazu ołtarzowego, klamki do głównych drzwi z niemiecką inskrypcją, malutkiej piszczałce z organów czy kasecie ściennej z ambony.

Takie przedmioty to tylko część rzeczy pozostawionych przez wysiedlonych Niemców. Drugą – wcale nie tak małą – stanowią budynki, w których dziś mieszkają współcześni mieszkańcy tych terenów. W różnym stopniu są oni świadomi tego, kto zamieszkiwał te domy przed ich dziadkami, o czym pisałam już wcześniej na naszym blogu. Otaczają ich liczne przedmioty, często codziennego użytku, pozostawione przez poprzednich mieszkańców. Te wszystkie rzeczy, tak samo jak te ocalałe ze wspomnianego zburzonego kościoła, dalej opowiadają historię o ludziach, którzy w nich mieszkali czy używali ich przed czy po wojnie.

Fot. 4 Kasety ścienne z kościoła ewangelickiego w Libercu, pokazane mi przez moich rozmówców, fot. Magdalena Bubík, 2025.

I tak samo po Hedce i Bedřichu możliwe, że też coś pozostało. Może były to narty, na których stojąc, Hedka pierwszy raz zobaczyła swojego Bedřicha? A może rower kolegi, na którym ten pojechał za nią do Belgii? Może przedmioty te mogłyby dalej opowiadać tę ich pozornie urwaną historię? Może opowiadałyby o uczuciu, które nie miało możliwości stać się miłością aż ,,do grobowej deski”. Nie wiadomo, co po nich pozostało, ale ze wspomnień moich rozmówców wiem, że nawet te najbardziej, zdawałoby się, urwane historie, są takimi tylko pozornie. A zatem, to towarzyszące mi w trakcie oglądania wystawy uczucie było sprzeciwem – wobec tego, jak czesto portretuje się te tematy. Nie zgodzę się, że Sudety to przestrzeń wypełniona “urwanymi” historiami, wiele zależy na to, czemu i jak się przyglądamy – i co chcemy zobaczyć.

Magdalena Bubík


[1] Ćwiek-Rogalska, K. (2018). Pamięć w słowach–o nieadekwatności pojęć (przypadek czesko-polsko-niemiecki). Acta Baltico Slavica, (42), 8-24.


Chcesz zacytować ten post?

Bubík, M. (2026, kwiecień 29). Sudety, czyli miłość i urwane końce? Spectral Recycling Research Blog

Nowy wpis blogowy (w języku polskim). Sudety, czyli miłość i urwane końce?

Czy Sudety to tylko zbiór porozrywanych, melancholijnych historii? Zainspirowana wystawą komiksu Sudetenlove w bibliotece w Ołomuńcu, Magdalena Bubík stawia to pytanie i proponuje świeże spojrzenie. W swoim eseju pokazuje, że opowieści o tym regionie nie znikają bez śladu – trwają w pamięci zaklętej w przedmiotach i architekturze. To tekst, który zachęca do odkrywania ciągłości tam, gdzie zwykle widzi się tylko fragmenty.

Link do wpisu blogowego znajdą Państwo tutaj.

Zwiedzanie wystawy „DNA Wałcza” z Karoliną Ćwiek-Rogalską

12 kwietnia w Muzeum Ziemi Wałeckiej odbyło się wydarzenie Ile w nas z Centralaków?, które zwróciło uwagę na stosunkowo pomijany wymiar powojennej historii regionu – doświadczenia osadników z Polski centralnej, tzw. „centralaków”. Ponieważ nasza kierowniczka projektu, Karolina Ćwiek-Rogalska, brała udział w tworzeniu nowej wystawy stałej muzeum, poprowadziła po niej oprowadzanie, koncentrując się na trajektoriach życiowych „centralaków”, wykorzystując przykłady ze swoich badań terenowych oraz kwerend archiwalnych.

Ze względu na to, że wystawa rozpoczyna się wspólnym wprowadzeniem – wyjaśniającym propagandę towarzyszącą wysiedleniom i przesiedleniom oraz tworzeniu polskiej administracji na tzw. „Ziemiach Odzyskanych” – a następnie podzielona jest według różnych grup osadników, Karolina zdecydowała się podążać za tą strukturą, aby podkreślić specyfikę osadnictwa osób z Polski centralnej. Następnie rozwinęła część wystawy poświęconą tej grupie, wyjaśniając, co rozumiano pod pojęciem „Centrala” oraz skąd faktycznie pochodzili ci ludzie.

Cieszymy się, że współpraca z Muzeum jest kontynuowana oraz że część wyników badań – choć nie była bezpośrednio związana z naszymi projektami – znalazła swoje odzwierciedlenie w ekspozycji muzealnej.

Nowy komentarz w słowackiej gazecie codziennej Denník N autorstwa Michala Korhela

Kilka dni temu nasz badacz, Michal Korhel, opublikował komentarz w słowackiej gazecie Denník N zatytułowany „Słowacja też ma swoje Sudety”. W artykule Michal wyjaśnia, że choć Słowacja nie miała „Sudetów” w takim samym sensie historycznym jak Czechy, istnieją regiony, które można z nimi porównać w sposób metaforyczny.

W Czechach Sudety to nie tylko obszar geograficzny, lecz także symbol historycznej traumy związanej z niemiecką mniejszością, II wojną światową oraz powojennymi wysiedleniami ludności. Dziś termin ten bywa również używany w odniesieniu do regionów peryferyjnych i mniej rozwiniętych gospodarczo.

Na Słowacji także istniała znacząca mniejszość niemiecka, jednak w porównaniu z ludnością niemiecką w Czechach była ona mniej jednolita pod względem politycznym i terytorialnym. Mimo to po 1945 roku również tutaj doszło do wysiedleń i przerwania ciągłości historycznej, choć temat ten był znacznie rzadziej podejmowany w słowackim społeczeństwie.

Michal zwraca także uwagę, że niektóre regiony Słowacji, takie jak Gemer i Novohrad, wykazują podobne cechy peryferyjności – takie jak spadek gospodarczy, odpływ ludności oraz oddalenie od centrów decyzyjnych. Jednocześnie krytykuje uproszczone stereotypy przedstawiające te obszary jako pozbawione tożsamości i podkreśla, że rozwijają się tam nowe formy życia lokalnego oraz więzi z miejscem.

Określenie „słowackie Sudety” jest więc używane jako metafora, która ma zwrócić uwagę na zaniedbaną pamięć historyczną, nierówności regionalne oraz sposób, w jaki centrum postrzega peryferie.

Seminarium wewnętrzne: analizu filmu Złoto Wojciecha Jerzego Hasa

Podczas naszego regularnego seminarium zespołowego w marcu obejrzeliśmy i omówiliśmy film Złoto z 1961 roku w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa. Wybraliśmy ten film, ponieważ porusza wiele tematów zbieżnych z naszymi zainteresowaniami badawczymi. Fabuła śledzi losy młodego mężczyzny, granego przez Władysława Kowalskiego, który poszukuje szczęścia i schronienia w powojennej Bogatyni. Położona w południowo-zachodnim krańcu Polski, przy granicy z Niemcami i Czechami, Bogatynia jest ukształtowana przez wysiedlenie Niemców oraz historię górnictwa węgla.

W związku z tym film stanowi portret rodzącego się społeczeństwa powojennego oraz socjalistycznej industrializacji. Choć Złoto nie należy do najbardziej cenionych dzieł Hasa, uznaliśmy je za wartościowe do analizy z perspektywy hauntologicznej. Film wielokrotnie podkreśla, że wszystkie postaci są nowoprzybyłymi w miejscu pełnym wyraźnych śladów niemieckiej materialności, jednak przyczyny tej „nowości” pozostają niewyjaśnione. Główny bohater, wraz z innymi postaciami, poszukuje złota i skarbów, które symbolizują zarówno aspiracje materialne, jak i tęsknotę za nowym życiem, o jakim marzono w powojennej Polsce.

Kadr z filmu Złoto. Krajobraz odkrywkowej kopalni węgla stanowi silny element wizualny filmu.

Kadr z filmu Złoto. Film został nakręcony w Bogatyni, gdzie na początku lat 60. XX wieku wciąż widoczne były ślady niemieckiej przeszłości.

Trenčín 2026 w Berlinie: Michal Korhel o niemieckim dziedzictwie w regionie Górnej Nitry

Pod koniec marca w siedzibie Ambasady Republiki Słowackiej w Berlinie odbył się wieczór tematyczny poświęcony projektowi Europejskiej Stolicy Kultury Trenčín 2026. Wydarzenie, zorganizowane przez Instytut Słowacki w Berlinie we współpracy z Deutsches Kulturforum östliches Europa, zaoferowało różnorodny program skupiony na historii, pamięci kulturowej oraz współczesnych interpretacjach miasta i jego regionu.

Program wieczoru został podzielony na kilka bloków tematycznych. Szczególną uwagę poświęcono dziedzictwu żydowskiemu – historię synagogi w Trenčínie przedstawiono w szerszym kontekście dziejów społeczności żydowskiej na Słowacji. Silny wymiar osobisty wniosła Eva Umlauf, która podzieliła się wspomnieniami z dzieciństwa spędzonego w Trenčínie oraz doświadczeniem osoby ocalałej z Holokaustu. Część literacka dotyczyła współczesnych utworów związanych z miastem, a oprawa muzyczna wzbogaciła atmosferę wydarzenia i podkreśliła jego wielokulturowy charakter.

Część historyczna wieczoru koncentrowała się następnie na słowacko-niemieckim dziedzictwie kulturowym w regionie. W tym kontekście nasz badacz, Michal Korhel, przedstawił zagadnienie niemieckiego osadnictwa w tzw. regionie Hauerland, wykorzystując miasto Handlová i jego okolice jako studium przypadku. Prezentacja opierała się na jego badaniach terenowych i ukazywała ślady niemieckiego dziedzictwa w regionie, a także współczesne formy jego upamiętniania i reinterpretacji. W swoim wystąpieniu Michal podkreślił ambiwalentny charakter tego dziedzictwa, które oscyluje między historyczną ciągłością a nieciągłością ukształtowaną przez powojenne przemiany. Na zakończenie zaznaczył, że niemieckiego dziedzictwa nie należy postrzegać wyłącznie jako zamkniętego rozdziału przeszłości, lecz jako dynamiczny element teraźniejszości.

Po prezentacji Michal wziął udział w dyskusji z Brunhilde Reitmeier-Zwick, federalną przewodniczącą Związku Niemców Karpackich w Niemczech. Wspólnie poruszyli szersze kwestie związane z ochroną dziedzictwa kulturowego, tożsamością oraz międzypokoleniowym przekazywaniem pamięci w kontekście społeczności Niemców karpackich. Dyskusja podkreśliła znaczenie dialogu między badaniami historycznymi a perspektywą osób, które aktywnie podtrzymują tę tradycję.

A od teraz jesteście Francuzami. Post-przesiedleniowe pogranicza Europy Zachodniej

[ENG, Polish version below] In her latest entry for our blog, Karolina reflects on a question familiar to many researchers of Central and Eastern Europe: to what extent are the histories we study unique? Framed partly as a reflection on whether scholars ever fully “switch off,” even during holidays, the blog post turns a casual moment of travel into an opportunity for comparison. While visiting the region of Nice on the Mediterranean French coast, Karolina considers the area as a lens through which to think about post-displacement landscapes and layered sovereignties in Western Europe.




Fig. 1. Promenada Anglików, Nicea. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


Dziewięć linii
Zima roku 1820 była wyjątkowo ostra, nawet na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Wiele osób z okolicy ściągało do Nicei. Miasto oferowało bądź co bądź większą szansę na przeżycie niż surowe zbocza okolicznych Alp Nadmorskich. Od jakiegoś czasu miejscowość cieszyła się też powodzeniem wśród angielskiej arystokracji, która zaczęła spędzać tu zimy – i to właśnie Anglik, Lewis Way, proboszcz parafii anglikańskiej, która miała zaspokajać duchowe potrzeby nicejskich jaskółek, jak nazywano powracających regularnie gości, wpadł na pomysł, żeby rozrastającą się na skutek trudnej pogody biedotę miejską do czegoś zatrudnić. Tak powstała słynna Promenada Anglików, liczący dziś siedem kilometrów deptak, ciągnący się wzdłuż malowniczego morskiego wybrzeża (Fig. 1). Ten symbol Nicei jako miasta idealnego na dłuższy wypoczynek i podreperowanie zdrowia w momencie powstania jeszcze nie nazywał się z francuska: La Promenade des Anglais, ale bardziej po miejscowemu: Camin deis Anglés. Bo Nicea wcale nie należała wtedy do Francji.

Anglicy nie okażą się w tej historii ani tak ważni, ani przełomowi, jak można by było sądzić. Stanowią raczej idealny przykład społeczności dostatecznie bogatej i pochodzącej z kraju o niezbyt przyjemnej pogodzie, by licznie pojawiać się w tym mieście między morzem a górami, z klimatem sprzyjającym odpoczynkowi i oderwaniu się od codziennych spraw. W końcu pada tu zaledwie kilkanaście dni w roku. Nicea kusiła więc królową Wiktorię, ale i Terezę Palacką, żonę czeskiego budziciela Františka Palackiego, i niemieckiego filozofa Friedricha Nietzchego, który tu w okolicy wymyślił swojego nadczłowieka, i rosyjskiego dramaturga Antonina Czechowa. Ale nie każdy może dostać w mieście swój bulwar. Można więc spacerować trasami każdej niemal ze znanych osobistości, a jeśli czasu jest zbyt mało, rzucić na miasto okiem właśnie z Promenady Anglików. 




Fig. 2. Dziewięć skośnych linii. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2024.


I to właśnie tam odkryć, że coś tu jest inaczej niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Niedaleko Esplanady George’a Pompidou wznosi się bowiem nad Promenadą Anglików szczególny pomnik. Neuf lignes obliques (Dziewięć skośnych linii, Fig. 2) przypomina trochę szyny kolejowe wyciągające się ku niebu, splątane ze sobą na szczycie jakby mówiły: koniec drogi. To dzieło Bernara Veneta – trzydziestometrowe słupy ze specjalnie przygotowanej stali mają symbolizować dziewięć dolin regionu Nicei i schodzące ku morzu góry. Odsłonięta w 2010 roku realizacja miała upamiętniać okrągłą, sto pięćdziesiątą rocznicę znalezienia się Nicei w granicach Francji. “Aha, czyli post-przesiedleniowy pomnik”, pomyślałam, stojąc przed nim po raz pierwszy, zastanawiając się, czy chodziło jedynie o zmianę granic. Czy ludzie, którym nagle oznajmiono, że stają się kimś innym, zostali na miejscu? Czy zdecydowali się wyjechać, a jeśli tak – to dokąd? Stałam tam wprawdzie na urlopie, nie jako badaczka, ale turystka właśnie, zwiedzająca wówczas po raz pierwszy nieznany sobie wcześniej region. Ale trudno jest zatrzymać myślenie, nawet na urlopie.

Laboratoria Europy Środkowej…

Lubimy myśleć, że jesteśmy wyjątkowi. Nie ma w tym zresztą nic zdrożnego – jednak w nauce często zastanawiamy się, czy przypadki, które badamy, są rzeczywiście wyjątkowe, czy też powinniśmy myśleć o nich jako o częściach składowych większych procesów. Może dałoby się na ich podstawie stworzyć model? Może to, co odkryliśmy na przykładzie niewielkiej gminy w północno-zachodnich Czechach, jest użyteczne dla badaczy w innych częściach Europy i poza nią, analizujących zbliżone procesy? Podobne zadanie postawiliśmy sobie przecież w tym projekcie. Wita każdego, kto odwiedza naszą stronę: czego możemy się dowiedzieć o wyłanianiu się nowych kultur z doświadczeń Europy Środkowej?

W pracach dotyczących tego kawałka Europy Środkowej, którym się zajmujemy w projekcie – zwłaszcza tego, na którym przeszłość odbiła się wyraźnie ze względu na masowe przemieszczenia, wysiedlenia i wędrówki – często pojawia się stwierdzenie, że właśnie dlatego jest to idealne laboratorium[1]. Metafora laboratorium doczekała się już kilku osobnych omówień[2] po tym, jak do jej popularności przyczynił się Bruno Latour, francuski antropolog i socjolog, którego pomysł był stosunkowo prosty: laboratorium to miejsce, w którym odbywają się eksperymenty, odcięta od świata przestrzeń możliwości (i błądzenia)[3]. Tyle że w przypadku Europy Środkowej laboratorium to nie tyle bezpieczna przystań, w której można się przyjrzeć, co stanie się, jeśli substancję A dodamy do probówki z substancją B. Procesy historyczne, które badamy, często sprawiają tu wrażenie takich, które wymknęły się spod kontroli, a wirus historii co jakiś czas zaczyna swobodnie grasować.

Jeśli jednak nauczymy się akomodować czujne badawcze spojrzenie – raz skupiając wzrok na bliskiej, domowej przestrzeni, a kiedy indziej patrząc gdzieś poza zwyczajowy horyzont, możemy znaleźć dość nieoczekiwane paralele. Nie powinnam się do tego przyznawać, ale i mnie zdarza się pracować na urlopie. Nie dlatego, że coś wtedy piszę albo zupełnie przypadkiem zajrzę do jakiegoś archiwum – ale, korzystając z metafory laboratorium – dlatego, że nie jest łatwo przerwać toczący się proces myślowy. Czasami więc i na urlopie myślę o tym, o czym myślę w pracy: czyli nad kondycją post-przesiedleniową jako specyficznym układem kulturowym, warunkującym tożsamość ludzi i miejsc. Mówiąc prościej: w jaki sposób to, że dany region ma za sobą burzliwą przeszłość – sprawiającą, że korzenie rodzinne wielu osób wyrastają z gleby przesiedleńczego doświadczenia – wpływa na życie codzienne w takim miejscu. Czy widać to w codziennych praktykach? W języku, w sferze symbolicznej: w pomnikach czy nazwach ulic? W działalności instytucji: muzeów, wspólnot religijnych, szkół, urzędów? A może przekłada się to na relacje między mieszkańcami, zarówno w obrębie regionu, jak też między nimi a osobami, które pochodzą z miejsc, gdzie historia przymusowych migracji nie odcisnęła aż takiego piętna, by nazwać je obszarami post-przesiedleniowymi?

…i Zachodniej

Bardzo daleko od Europy Środkowej, bo w południowej Francji, leży właśnie Nicea, o której dzisiaj piszę – po francusku Nice, po włosku Nizza, w języku oksytańskim Nissa. Doświadczenie wyniesione z codziennego pisania o miejscowościach, którymi się zajmujemy – o ich złożonej tożsamości polsko-niemieckiej, czesko-niemieckiej, słowacko-niemieckiej czy polsko-czeskiej – procentuje, nie jestem wcale zdziwiona, że najlepiej byłoby zapisać je pewnie tak: Nice|Nizza, jak Wałcz|Deutsch Krone czy Liberec|Reichenberg. Te podwójne nazwy są rzadko wyłącznie świadectwem popularności miejsca – sięgającego tak daleko, że warto je, jak chociażby stolice państw, nazwać w swoim języku.

W 1860 roku Hrabstwo Nicei zostało włączone do Francji w zamian za pomoc udzieloną Królestwu Sardynii, która umożliwiła zdobycie Lombardii w czasie wojny z Austrią i wsparła proces zjednoczenia Włoch. Wcześniej też miewało swoje “francuskie” epizody: przyłączał je do Francji choćby Napoleon Bonaparte w latach 90. XVIII wieku. W stulecie tego wydarzenia Nicea postawiła nawet w jednym z publicznych ogrodów pomnik, który miał to upamiętnić (Fig. 3). Porządkujący ponapoleońską Europę Kongres Wiedeński zwrócił jednak hrabstwo dynastii sabaudzkiej. Jak na ironię, bo już kilkadziesiąt lat później rządzone przez nią Królestwo Sardynii stało się kołem zamachowym kolejnej przebudowy europejskiej mapy: zjednoczenia Włoch. Właśnie w trakcie tego procesu przyszłe Włochy zrzekły się Nicei – w wymiarze symbolicznym to dość paradoksalne, bo to w tym mieście urodziła się postać najsilniej kojarzona ze zjednoczeniem: Giuseppe (ale nie Joseph) Garibaldi. Do dziś jego uparcie obsiadany przez mewy pomnik góruje nad jednym z głównych placów miasta.




Fig. 3. Monument du Centenaire, mający upamiętniać stulecie włączenia Nicei do Francji przez Napoleona w 1793 roku – które trwało wówczas zaledwie kilkanaście lat. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


W nicejskim Musée Masséna, zabytkowej willi mieszczącej stałą ekspozycję na temat historii miasta, można zupełnie przegapić to przejście z lokalnej włoskości na państwową francuskość. Prezentują je dwa zestawione ze sobą formalne obwieszczenia. Po jednej stronie wisi “Proclamation du Roi aux habitants de la Savoie et de Nice”, Obwieszczenie królewskie do mieszkańców Sabaudii i Nicei (Fig. 4) – królewskie, bo wydane przez Wiktora Emanuela II, wówczas króla Królestwa Sardynii, a rok po tym obwieszczeniu pierwszego władcy Królestwa Włoch. Ogłasza, że będzie miało miejsce “ponowne zjednoczenie” tych regionów z Francją. U kogoś wychowanego tak jak ja na polskich “Ziemiach Odzyskanych”, sformułowanie o ponownym zjednoczeniu musi budzić pewne podejrzenia. Co właściwie chce się nam tu powiedzieć, a co zasugerować? Wiktor Emanuel twierdzi, że choć z ciężkim sercem, ale poświęca Niceę z uwagi na zasługi francuskiego sojusznika, podkreślając równocześnie łatwość w stosunkach handlowych, jaka stanie się udziałem miejscowych ze względu na bezproblemowe połączenie z nową ojczyzną. Nie bez znaczenia jest, jak oznajmia, także pokrewieństwo języka. Wszystko razem ma sprawiać wrażenie, że to “ponowne zjednoczenie” jest po prostu wynikiem sensownej umowy – Nicejczykom będzie we Francji po prostu lepiej. 

Ale wymagana jest zgoda – ma się odbyć referendum. W teorii przyłączenie nie było bowiem wrogim przejęciem czy wojskowym zajęciem – odbył się plebiscyt[4]. Mieszkańcy mieli się wypowiedzieć przede wszystkim “za”. Głosowanie umożliwiono wszystkim mężczyznom bez względu na klasę społeczną i posiadany majątek, a ten brak cenzusu majątkowego nie był wówczas wcale tak oczywisty. Wystarczy przypomnieć, że na przykład w austriackiej części Austro-Węgier aż do 1907 roku obowiązywał system kurialny – głosujący mężczyźni podzieleni byli według stopnia posiadania na kurie, a im wyżej było się w takiej hierarchii, tym bardziej znaczący był oddany głos, bo klasy posiadające miały możliwość wybrania większej liczby swoich reprezentantów. Francuzi przyjmą was jak braci, zapewniał król, i kończył: “Oby wasze spotkanie z Francją było kolejnym spoiwem między dwoma narodami, których misją jest współpraca na rzecz rozwoju cywilizacji”. Rzecz to zatem nie tylko lokalna, ale światowa.



Fig. 4. Obwieszczenie Wiktora Emanuela. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, Nicea, grudzień 2025.


Po drugiej stronie wisi inna Proclamation (Fig. 5) – podpisana tym razem, po stosownych, wyrażonych na piśmie okrzykach na cześć cesarza i cesarzowej, przez senatora i cesarskiego wysłannika prosto z Paryża, Pierre’a Marie Piétriego. “Waszym życzeniom stało się zadość”, oznajmia na wstępie. Tu jest plebiscytowy pies pogrzebany: pisze to już po referendum, które miało miejsce w połowie kwietnia, więc mowa jest nie o oddawaniu, ale o woli ludu. Senator właśnie podpisał akt ponownego zjednoczenia tego regionu z Francją. “Od tego dnia począwszy”, podkreśla, “jesteście Francuzami z narodowości, tak jak wcześniej byliście nimi z uczucia”. Od dzisiaj jesteście Francuzami – co za zdanie, wyobrażam sobie zgromadzonych wokół obwieszczenia mieszkańców. I dalej senator ciągnie w podobnym stylu: że oto przyjmuje Nicejczyków w wielkiej rodzinie, która jest szczęśliwa i dumna, że powrócili na jej łono. Cesarz się o was zatroszczy, kończy Piétri. Przynajmniej na jakiś czas, myślę, bo przecież za dekadę II Cesarstwu Francuskiemu brutalnie położą kres Prusacy, dążący wówczas do zjednoczenia Niemiec w jedną rzeszę. Francja, która otrzyma Niceę od jednoczących się Włochów, straci cesarza przez jednoczących się Niemców. Po tym, jak Nicejczykom oznajmiono, że zostają Francuzami, około jedenastu tysięcy osób – wówczas jednej czwartej mieszkańców miasta – zdecydowało się wyjechać. Niektórych wydalono przymusowo z powodów politycznych. Czyli jednak nie chodziło wyłącznie o zmianę granic.




Fig. 5. “Od dzisiaj jesteście Francuzami”. Fot. Karolina Ćwiek-Rogalska, grudzień 2025.


Czy zatem post-przesiedleniowość – warstwowe lokalne tożsamości, wymykające się sztywno narzuconym ramom narodowościowym, zmieniające się zwierzchnictwo polityczne — które często kojarzymy ze słowiańską Europą Środkową, rzeczywiście są tak wyjątkowe, jak czasem zakładamy? Czy to raczej cecha pograniczy, nawet tych, które nie od razu widać na dzisiejszych mapach? Regionów w jakiś sposób atrakcyjnych, przyciągających spojrzenia, wartych zachodu? Wzięcie pod uwagę nieoczywistego dzisiaj niekiedy statusu zachodnioeuropejskich pograniczy i ich historii – równie skomplikowanej i złożonej jak te środkowoeuropejskie – pozwala wymknąć się spracowanym już nieraz metaforom, jak choćby “tygiel”. Czy ktoś napisałby o przeszłości zachodniej Europy jako o tyglu? Czy takie określenia nie były tradycyjnie zarezerwowane dla Europy Środkowej, krainy wszędzie i nigdzie, która z zachodu jawiła się niczym zmyślona przez Agathę Christie Herzoslovakia: łącząc w sobie te elementy, które wydawały się zbyt podobne, a przez to niezrozumiałe? A jednak, jeśli przyjrzeć się uważniej, to spojrzenie z dystansu może mylić niezależnie od tego, czy nasz wzrok kierujemy na wschód, czy na zachód. Może nie warto zatem w ten sposób mówić i o Europie Środkowej – nawet jeśli jakiś tygiel zaplątał się do naszego laboratorium. Niech ostygnie, można go spokojnie odstawić na półkę i sięgnąć po użyteczniejsze narzędzia.

Karolina Ćwiek-Rogalska



[1] Zob. np. Spurný, M. (2011). Nejsou jako my: Česká společnost a menšiny v pohraničí (1945-1960). Praha, Antikomplex.

[2] Kil, A., Małczyński, J., & Wolska, D. (2017). Ku laboratorium humanistycznemu. Teksty Drugie. Teoria literatury, krytyka, interpretacja, (1), 274-285.

[3] Latour, B. (2009). Dajcie mi laboratorium, a poruszę świat (K. Abriszewski & Ł. Afeltowicz, Trans.). Teksty Drugie. Teoria literatury, krytyka, interpretacja, (1/2), 163–192.

[4] Sawchuk, M. (2011). The Daily Plebiscite: Political Culture and National Identity in Nice and Savoy, 1860-1880 (Doctoral dissertation, UC Berkeley).


Chcesz zacytować ten post?

Ćwiek-Rogalska, K. (2026, marzec 27). A od teraz jesteście Francuzami. Post-przesiedleniowe pogranicza Europy Zachodniej. Spectral Recycling Research Blog.

Nowy wpis blogowy (w języku polskim). A od teraz jesteście Francuzami. Post-przesiedleniowe pogranicza Europy Zachodniej

W swoim najnowszym wpisie na blogu Karolina Ćwiek-Rogalska zastanawia się, jak pozornie odległe regiony mogą ujawniać zaskakująco podobne wzorce historyczne. Wykorzystując Niceę jako studium przypadku pokazuje, że zmieniające się granice, wielowarstwowe tożsamości oraz doświadczenia po przesiedleniach, często kojarzone z Europą Środkowo-Wschodnią, kształtują również niektóre części Europy Zachodniej.

Łącząc refleksję z podróży z naukową analizą, autorka zachęca czytelników do ponownego przemyślenia tego, co uznajemy za „wyjątkowe” w historii Europy oraz do wyjścia poza utarte ramy regionalne.

Link do wpisu na blogu znajdą Państwo tutaj.

Nowy wywiad. Karina Hoření o powszechnych stereotypach dotyczących czeskich terenów przygranicznych dla magazynu A2

Marcowy numer czeskiego magazynu kulturalnego „A2” poświęcony jest regionowi Sudetów i zawiera wywiad z naszą badaczką, Kariną Hoření. W rozmowie Karina podzieliła się wnioskami z naszego projektu Spectral Recycling oraz rozmawiała z dziennikarką Alžbětą Medkovą o powszechnych stereotypach dotyczących czeskich terenów pohraničí. Omówiły rozpowszechnione przekonanie, że mieszkańcy pohraničí są „bez korzeni”. Karina wyjaśniła, że taki pogląd zakłada, iż region nie zmienił się od 1945 roku oraz że nawet trzecie pokolenie „nowych” mieszkańców nie jest w stanie zbudować więzi z miejscem, w którym dorastało. Zwróciła również uwagę na to, że przekonanie to opiera się na wyidealizowanym obrazie innych regionów Czech i ich społeczności. Aby pokazać, jak mieszkańcy pogranicza tworzą silne więzi ze swoimi domami, przytoczyła fragmenty wywiadów, w których rozmówcy opisywali głębokie emocjonalne, fizyczne i przestrzenne związki z tym obszarem.

Link do wywiadu znajdą Państwo tutaj.

Seminarium wewnętrzne: dyskusja nad książką Michaela Rothberga „The Implicated Subject”

W połowie marca nasz zespół spotkał się na seminarium poświęconym książce The Implicated Subject: Beyond Victims and Perpetrators autorstwa Michaela Rothberga, badacza literatury amerykańskiej i studiów nad pamięcią.

Podczas spotkania zastanawialiśmy się, w jaki sposób koncepcję „podmiotów uwikłanych” można zastosować do obszarów powojennych przesiedleń, które bada nasz zespół. Rothberg proponuje perspektywę wykraczającą poza tradycyjny podział na sprawców i ofiary, wskazując na przestrzeń pomiędzy nimi – sferę uwikłania. W tym ujęciu jednostki i grupy mogą być w różny sposób powiązane z niesprawiedliwościami czy formami przemocy, nawet jeśli nie były ich bezpośrednimi sprawcami. Czasami takie uwikłanie może również przynosić pewne korzyści. Jednocześnie Rothberg podkreśla, że uznanie własnego uwikłania może stać się punktem wyjścia do przemiany – zachęca do refleksji nad odpowiedzialnością i solidarnością, wykraczającą poza prosty podział na winnych i niewinnych. W swojej książce Rothberg rozwija tę teorię poprzez analizy przykładów z filmu oraz innych dziedzin sztuki.

Podczas naszego seminarium próbowaliśmy odnieść te refleksje do kontekstu badań nad regionami powojennych przesiedleń, którymi zajmuje się nasz zespół. Wspólnie zastanawialiśmy się, jakie formy „uwikłania” można dostrzec w historiach i doświadczeniach ludzi żyjących na tych obszarach oraz w jaki sposób taka perspektywa może pomóc nam lepiej zrozumieć złożone relacje między przeszłością a teraźniejszością, a także rolę kultury materialnej, która stanowi centralny punkt naszego projektu.

Sprawdź innych autorów
  • Angelika Zanki
  • reddog