Pod koniec listopada nasz badacz, Michal Korhel, wziął udział w corocznej konferencji Association for Slavic, East European, and Eurasian Studies (ASEEES) 2025, która odbyła się w Waszyngtonie. Razem z Jakubem Gałęziowskim z Uniwersytetu Warszawskiego Michal współorganizował panel zatytułowany „Forced to Move: Remembering Children’s Displacement and Migration in WWII and Its Aftermath in East-Central Europe”. Organizacja tego panelu była dla nich szczególnie ważna, ponieważ pozwoliła zgromadzić naukowców zajmujących się pamięcią jednych z najbardziej wrażliwych uczestników historii wojennej i powojennej – dzieci, których życie zostało ukształtowane nie tylko przez przemoc, ale także przez niepewną ciszę, jaka nastąpiła po zakończeniu II wojny światowej.
Panel obejmował różne doświadczenia dzieci: ocalałych z Holokaustu na Węgrzech, młodych uchodźców na terenach dzisiejszej Słowacji, dzieci z czeskiego Lidic oraz polskie dzieci urodzone w rodzinach robotników przymusowych i osób przesiedlonych. Łączył je wspólny wniosek, że koniec wojny nie przyniósł natychmiast bezpieczeństwa ani stabilizacji. Dla wielu dzieci okres powojenny oznaczał nowe formy przymusu i kontroli, szczególnie w instytucjach, które deklarowały działanie w ich najlepszym interesie.
W swojej prezentacji „Departing from Krickerhau, Arriving to Handlová: Migration in Childhood Memories of German Expellees and Slovak Settlers” Michal powrócił do mikroświata Handlovej (dawniej Krickerhau), społeczności głęboko naznaczonej przesiedleniami po 1945 roku. Dzięki wywiadom metodą historii mówionej prześledził kontrastujące, a jednocześnie powiązane wspomnienia dwóch grup dzieci: niemieckich mieszkańców zmuszonych do opuszczenia domów z minimalnym dobytkiem oraz słowackich osadników, którzy przybyli, by zająć te same domy.
Poza sesjami naukowymi Michal miał także okazję do osobistego doświadczenia Waszyngtonu. Odwiedził kilka ważnych zabytków i muzeów, które oferowały różne spojrzenia na historię USA i pamięć publiczną. Jednym z najciekawszych momentów wyjazdu był spacer Ghost and Graveyard w Alexandrii, który w ciekawy sposób dodał warstwę opowieści do wizyty w mieście.
Coroczna konferencja ASEEES była okazją do bogatej wymiany naukowej, zdobycia nowych perspektyw i eksploracji kulturowej. Dla Michala była to szansa nie tylko na prezentację własnych badań i naukę od innych, ale również na umiejscowienie historii przesiedleń i pamięci dzieci w szerszym, globalnym kontekście.
spacer Ghost and Graveyard w Alexandrii Mauzoleum LincolnaMichal Korhel i Jakub GałęziowskiMuzeum PalestyńczykówAmerykańskie Muzeum Holokaustu w WaszyngtonieAmerykańskie Muzeum Holokaustu w WaszyngtoniePomnik Waszyngtona
W odcinku #101 podcastu Czechostacja Karolina i Jakub Medek zgłębiają politykę okresu międzywojennego, poglądy Masaryka na temat licznych mniejszości żyjących w Czechosłowacji oraz jego wiarę w to, że możliwe jest stworzenie nie tylko nowego państwa, ale w końcu nowego narodu — Czechosłowaków. Rozmowę wywołało niedawne otwarcie koperty zdeponowanej w Archiwum Narodowym w Pradze: podobno zawierała ostatnie słowa Masaryka, a jej otwarcie stało się spektaklem odsłaniającym narodowe mity.
Poruszają także rolę i wpływ Edvarda Beneša oraz intelektualistów, z którymi Masaryk chętnie debatował, a którzy równocześnie tworzyli jego intelektualną sieć wsparcia.
Znaczna część rozmowy skupia się na rodzinie Masaryka — na tym, jakim ojcem i mężem był Masaryk oraz na kluczowej roli jego żony, Charlotte, Amerykanki o silnej osobowości.
I oczywiście — jak to zawsze w Czechostacji — po drodze zagłębiają się w wiele innych fascynujących tematów.
Zapraszamy do lektury wpisu blogowego Karoliny Ćwiek-Rogalskiej, w którym autorka zastanawia się, jak konstruowany jest obraz Pomorza – zarówno w sposób osobisty, poprzez wspomnienia i emocjonalne więzi, jak i administracyjnie, przez oficjalne granice i polityki terytorialne. Korzystając z własnych doświadczeń, śledzi zmieniające się postrzeganie regionu i proponuje szersze refleksje nad jego współczesnym znaczeniem. Przeczytaj cały wpis, aby zobaczyć, jak prywatne historie splatają się z politycznymi podziałami w tworzeniu miejsca.
[ENG, Polish version below] In this short vignette, Karolina reflects on how Pomerania as a region is constructed, both intimately, by personal memories and affective attachments, and administratively, by official borders and territorial policies. She draws on her own experiences to trace the changing perceptions of the region and to offer some broader reflections on its contemporary meanings.
Wielka Mapa Księstwa Pomorskiego, autorstwa kartografa Eilharda Lubinusa w latach 1610-1618. Domena publiczna.
Jakoś na wysokości Płotów, mój mąż, Michał, z którym jadę akurat do Świnoujścia, mówi: “tutaj to już jest takie bardziej Pomorze Wojtka, nie nasze”. Wojtek to nasz przyjaciel, znamy się od liceum. Zamyślam się, bo faktycznie coś w tym jest. Jarzysław, Truskolas i Modlimowo brzmią obco, chociaż przecież nie wyjechaliśmy wcale z Pomorza, a przecież na pytanie, skąd jesteśmy – odpowiadamy, że z Pomorza właśnie. Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy taka myśl przychodzi mi do głowy. “Moje” Pomorze to ziemia wałecka – tam się urodziłam, tam mieszkałam do matury i tam wróciłam teraz jako badaczka. Niedawno ukazała się moja książka, w której ziemię wałecką potraktowałam jak soczewkę, przez którą przyglądam się procesom zachodzącym na “Ziemiach Odzyskanych”. I załapałam się na tym, że na spotkaniach autorskich w innych częściach Pomorza muszę przecież wyjaśniać słuchaczkom i słuchaczom, może nie od razu gdzie jest Wałcz czy Piła – ale już Jastrowie, Broczyno czy nawet Złotów tak, to bowiem nie jest już wcale takie oczywiste.
Kiedy więc Michał mówi, że to Pomorze, przez które właśnie jedziemy – zapada już lekki zmierzch, horyzont rozmięka od różu przechodzącego w pomarańcz – nie jest takie do końca nasze, nie pozostaje mi nic innego, jak się zgodzić. Zresztą, pamiętam jeszcze, jak nawet to jego Pomorze, Koszalin i okolice, wydawało mi się na początku dziwne: te wszystkie miejscowości kończące się na “o” trochę mnie śmieszyły, a właściwie nawet nie one, ale to ich nagromadzenie, Niedalino, Będzino, Rekowo. O to odczucie Pomorza pytam Piotra Oleksego, z którym widzę się tego samego dnia w Świnoujściu, autora “Wysp Odzyskanych”, historii Wolina i Uznamu – wysp, które pojawiły się na mapie Polski w 1945 roku. I on się zgadza, że z tym Pomorzem to nie taka prosta sprawa, bo, jak dodaje, wyspiarskie doświadczenie będzie jeszcze inne niż to śródlądowe.
Bo Pomorze, choć przez to “morze” kojarzy się głównie z wybrzeżem, ma całą wewnątrzlądową głębię, o której się zapomina. A przynajmniej zapominają o niej często ciągnący nad morze z innych części kraju (albo zza granicy, bo to przecież coraz popularniejszy kierunek z Czech) turyści, dla których to, co dla mnie celem, jest tylko środkiem do celu. Celem jest Bałtyk. Ale uczciwie będzie dodać, że i we mnie rodzi się czasem pytanie, jak właściwie działa cały ten pomorski inland, Łobez, Świdwin, czy Białogard. Jak ze wszystkimi granicami – tymi osobistymi i tymi na mapach – z tymi pomorskimi też jest problem. Pomorze to ta dziwna kraina, którą tak jak Śląsk, Łużyce czy dawne Prusy podzieliły państwowe granice i porozbijały nowe administracje.
Z jednej strony jest więc Vorpommern w Niemczech, z całym nadbagażem pozostawionym przez NRD – i żartami, że jeśli widzi się tam małe dziecko, pewnie można spokojnie zagadać do niego po polsku, bo Niemcy chętniej się stamtąd wyprowadzają niż przyjeżdżają (świetnie ten klimat schyłku uchwyciła w swojej Szyi żyrafy Judith Schalansky, przełożona na polski przez Kamila Idzikowskiego). Z drugiej zaś jest to polskie Pomorze, dawne Hinterpommern. Ponieważ etnografia to czasami po prostu słuchanie, co mówi się dookoła, przypadkiem słyszę dwójkę młodych ludzi klarujących komuś, po polsku, że są właśnie z Hinterpommern, że szukają historii miejsca sprzed 1945 roku i te granice wydają się im absurdalne. To niemieckie Hinterpommern to dzisiaj to polskie Pomorze, niepewnie rozpięte między Pomorze Zachodnie, Środkowe i Wschodnie.
Może to zachodnie budzi najmniej kontrowersji, bo w końcu jest województwo. I mapa Lubinusa, której kopie wiszą na ścianach urzędów i instytucji – choć kończy się na Machlinach, do Wałcza nie dociera. Ta część dzisiejszego zachodniopomorskiego na dawnej mapie odpowiada używanemu niegdyś odniesieniu: tam, gdzie nie wiadomo, co jest, w białej pustce, żyją lwy. To dość oczywiste, Lubinus rysował mapę dla Filipa II Gryfity i Wałcz go siłą rzeczy interesować nie mógł. Ale wracając do Pomorza Zachodniego: “zachodniopomorskie” zakorzenia się w polszczyźnie po reformie administracyjnej 1999 roku i jakoś w niej osiada, chociaż niektóre części tegoż województwa mają problem z odnalezieniem się w tej “zachodniości”. Choćby i ten mój Wałcz, ciążący przez ostatnie lata przed reformą raczej w stronę Wielkopolski – bo znajdował się w województwie pilskim. A Piła, choć była miastem “odzyskanym”, już 7 lipca 1945 roku znalazła się w województwie poznańskim (dziś jest w wielkopolskim), instytucjonalnie pieczętując swój związek z Wielkopolską. Czy zdarza mi się i dzisiaj słyszeć, że jakie tam z Wałcza Pomorze? Zdarza. “Zachodniopomorskie” nie jest wciąż zupełnie neutralnym bytem w Koszalińskiem, które samo straciło rangę województwa – ten proces wygląda podobnie wszędzie tam, gdzie siedziby urzędów się przeniosły. Trochę nostalgia, trochę historia, trochę jednak żal.
Pomorze Środkowe to już w ogóle oś kontrowersji. Co je niby łączy? Wydaje się, że to faktycznie paradoksalna przestrzeń, w której tym, co łączy, jest brak: wykluczenie komunikacyjne to bolączka regionu. PKS-y jeżdżą tu z rzadka, teren przecinają trasy busów i busików, część linii kolejowych już dawno – albo dopiero co – zamieniono w ścieżki rowerowe biegnące po dawnych nasypach. Dariusz Stola w trakcie naszej debaty na kanwie numeru “Spraw Narodowościowych”, który poświęciliśmy terenom post-przesiedleniowym z różnych perspektyw, zauważył, że może nic tak nie pokazuje zmiany, jak te ścieżki właśnie: krajobraz projektowany dla ludzi, ba, dla całkiem licznej rzeszy ludzi, nagle się wyludnia na skutek przesiedleń, polityki ludnościowej i kryzysu demograficznego. I na Pomorzu Środkowym czuć to może jeszcze wyraźniej niż gdzie indziej.
I jeszcze jeden paradoks łączy Pomorze Środkowe w dziwnej, nieco duchowej przestrzeni: radio. W Polsce regionalne rozgłośnie radiowe mają swoje siedziby, a jakże, w miastach wojewódzkich. Jeden wyjątek: Koszalin. Radio Koszalin, siedemnasta stacja – mam wrażenie, że Pomorze sięga tak daleko, jak daleko da się jadąc samochodem słuchać tego radia. Zwykle sprawdzamy to jadąc z Koszalina na południe, aż jego częstotliwości nie przejmie poznańskie Radio Merkury albo bydgoskie PiK, Pomorze i Kujawy. Tamtego dnia przy rozmowie o Pomorzu udaje nam się dojechać z nim aż na rogatki Świnoujścia. Niczego nie sugeruję.
I jest wreszcie to Pomorze Wschodnie, gdzie znowu administracja kreśli ramy: bo jeśli województwo pomorskie, to przecież Gdańsk, więc jak ktoś mówi “Pomorze”, myśli pewnie właśnie o tym wycinku krzyżujących się granic, Kaszubach, dawnym korytarzu i polskim przedwojennym Pomorzu z punktem Wolnego Miasta i budującej się Gdyni na północy. Jeśli spojrzeć na mapę międzywojennej Polski, sprawa się jednak komplikuje: stolica województwa pomorskiego wcale nie była w polskiej Gdyni – nie tylko dlatego, że miasto, jak to się mówi, właśnie wyłaniało się z morza, ale dlatego, że za części Pomorza uważano także ziemię chełmińską i michałowską. Stolica była więc – w Toruniu. To Pomorze sięga więc niekiedy aż po Kujawy – zdaniem międzywojennych Niemców: Pomerelia nie Pomerania, małe Pomorze, Pomorzątko. Dawne granice mają dzisiaj zaskakujące skutki. Zagadnięty o dziwne położenie miejskiego dworca – poza centrum, po drugiej stronie Wisły – toruński taksówkarz ze śmiechem wyjaśnia mi, że to dlatego, że właściwe tory są po stronie pomorskiej, “a my”, mówi, “jesteśmy tutaj na Kujawach”. Pomorze przecina międzywojenną stolicę Pomorza na pół.
Pomorze to Pomorze. Chyba że nie. Administracyjne granice nie służą jako wyjaśnienie, są raczej wycinkiem w czasie, jak przypis skonstruowany tylko na chwilę. Paradoksalnie jeszcze bardziej pokazują zmienność tutejszych granic – nie zawsze zupełnie jasnych, z powidokami dawnych miejsc i czasów. Dlatego numer kierunkowy ostatnich telefonów stacjonarnych w Resku dalej wskazuje na jego połączenie z Gorzowem bardziej niż ze Szczecinem. Historia Pomorza jest wiecznie niedomknięta, w prześwicie między kolejnymi jej wersjami widać zarysy następnych form. Trochę jak w przesmyku między jeziorami Żerdno i Drawsko, przez który biegnie dziś droga 163, a kiedyś była kolejna granica, za którą kończyła się Polska.
Bo może każdy ma swoje Pomorze, które raz kuli się, a raz rozpycha na mapie, rozmyte w przestrzeni, wyraźne w wyobraźni, gdzie nazwy brzmią swojsko, aż nagle przestają.
W najnowszym numerze czasopisma Acta Universitatis Carolinae – Studia Territorialia znajduje się artykuł autorstwa Magdaleny Bubík, pt. „Cieszyn Friendship Bridge and its ghosts: the changing role of a bridge that unites and divides two countries”.
Artykuł Magdaleny analizuje zmieniającą się symboliczną i społeczną rolę Mostu Przyjaźni w Cieszynie – mieście podzielonym między Polskę i Czechy przez rzekę Olzę. Dawniej element strefy granicznej o charakterze militarnym, dziś most stanowi przestrzeń pamięci, pojednania i codziennej transgranicznej wymiany. Wykorzystując wywiady, autoetnografię, materiały archiwalne oraz analizę mediów, autorka pokazuje, jak przełomowe wydarzenia polityczne – od upadku komunizmu, przez integrację europejską, po pandemiczne zamknięcie granic – odcisnęły się na krajobrazie i znaczeniach tego miejsca. Wprowadzając perspektywę hauntologii, artykuł bada „duchy mostu”: wspomnienia, opowieści i miejskie ślady, które współtworzą lokalną tożsamość i ukazują, jak sporne historie nadal wpływają na poczucie przynależności.
W ubiegłą środę, tuż po polskim Święcie Niepodległości, nasz zespół spotkał się, aby wspólnie omówić książkę Spectral Borders: History, Neighbourliness and Discord on the Polish-Belarusian Frontier autorstwa Aimée Joyce (Sean Kingston Publishing, 2024). Spotkanie zaowocowało gorącą wymianą zdań na temat głównych tez i metod zastosowanych w książce.
Dyskusję rozpoczęliśmy od krótkiej rundy pierwszych wrażeń dotyczących treści książki, po czym przeszliśmy do otwartej rozmowy o jej kluczowych tematach. Zastanawialiśmy się, w jaki sposób podejście autorki odnosi się do naszych badań oraz rozważaliśmy, jak idee zawarte w książce mogą wpłynąć na nasz projekt. Szczególną uwagę poświęciliśmy temu, jak tekst podejmuje kwestie widm, wizji pogranicza oraz etycznych wyzwań związanych z anonimizacją i prezentacją badań terenowych. Na przebieg naszej debaty wpłynął fakt, że dwie członkinie zespołu (Karolina i Karina) prowadziły również badania terenowe na wschodnich pograniczach Polski. Rozmawialiśmy o tym, jak nasza pozycja badawcza i relacja z regionem wpływają na sposób, w jaki odczytujemy książkę.
Rozmowa zakończyła się refleksjami nad tym, w jaki sposób publikacja ta wnosi wkład w toczące się dyskusje dotyczące hauntologii jako metafory, metody i ramy teoretycznej. Ogólnie rzecz biorąc, spotkanie stało się przestrzenią do wspólnego namysłu nad tym, jak nauka i badania rozwijają się poprzez czytanie i dyskusję w dialogu.
Na początku listopada Magdalena spędziła tydzień w Wiedniu w ramach programu „Young Researchers in Vienna – 2nd Edition”. Jej pobyt w stolicy dawnej monarchii habsburskiej był doskonałą okazją do zapoznania się z zasobami bibliotecznymi Uniwersytetu Wiedeńskiego. Jednak najważniejszym punktem wizyty był wykład naukowy w Instytucie Slawistyki Uniwersytetu Wiedeńskiego, podczas którego Magdalena zaprezentowała teoretyczne i metodologiczne podstawy swojej pracy doktorskiej oraz przedstawiła studium przypadku dotyczące wizerunku Jezusa w Libercu. Prezentacja wywołała żywą dyskusję ze studentami, pracownikami naukowymi oraz zaproszonymi słuchaczami — po angielsku, polsku i czesku. Ten czas spędzony w Wiedniu okazał się niezwykle owocny i inspirujący, przynosząc cenne wskazówki oraz nowe pomysły do kolejnych etapów badań.
Wizyta była możliwa dzięki wsparciu Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w Wiedniu oraz Instytutu Slawistyki Uniwersytetu Wiedeńskiego, reprezentowanego przez Univ.-Prof. Mag. Dr. Stefana-Michaela Newerklę.
Pod koniec października nasz zespół miał przyjemność gościć dr. Davida Duindama z Uniwersytetu Amsterdamskiego, który poprowadził fascynujące seminarium zatytułowane „Ruiny Radio Malabar: infrastruktura jako dziedzictwo kolonialne w Indonezji”. Wystąpienie opierało się na trwającym projekcie badawczym „Concrete Colonialism: Architecture and Heritage in Indonesia around Independence”, który David realizuje wspólnie z dr Rixt Woudstrą i Anitą Halim Lim, M.A.
David zaprezentował swoje ustalenia i refleksje dotyczące obiegu, wykorzystania i dalszych losów betonu w dawnych Holenderskich Indiach Wschodnich oraz w postkolonialnej Indonezji. Jego projekt bada, w jaki sposób ten pozornie nowoczesny i trwały materiał splótł się z historiami kolonialnego zarządzania, technologicznych ambicji i budowania państwowości. Koncentrując się na dwóch wczesnych stacjach radiowych – jednej w Kootwijk (Holandia) i jednej w Malabarze (Indonezja) – badacz śledzi, jak beton łączy infrastrukturę, krajobrazy i polityczne wyobrażenia w skali międzykontynentalnej. Prezentacja ukazała, jak technologia radiowa, inżynieria krajobrazu i estetyka kolonialna wzajemnie się przenikały, czyniąc z „infrastruktury” zarówno materialny, jak i symboliczny most między Europą a Azją Południowo-Wschodnią.
Podczas ożywionej dyskusji członkowie zespołu zastanawiali się nad tematami migracyjnego dziedzictwa, trwałości i rozkładu betonu oraz sposobami, w jakie spuścizna kolonialna nadal oddziałuje w przestrzeni postkolonialnej. Wymianę wzbogaciły pytania o metody etnograficzne, wpływ środowiskowy oraz emocjonalne znaczenia materialnego dziedzictwa.
Dziękujemy Davidowi za podzielenie się inspirującymi badaniami i za zachęcenie naszego zespołu do krytycznej refleksji nad tym, w jaki sposób same materiały – takie jak beton – mogą nieść w sobie historie imperium, pamięci i przemiany.
Na początku października Magdalena Bubík wzięła udział w śródokresowej ocenie doktoranckiej – ważnym etapie dla każdego doktoranta zgodnie z polską ustawą o szkolnictwie wyższym. Po pierwszych dwóch latach pracy każdy doktorant jest zobowiązany przedstawić dowody swoich działań i omówić je z bezstronną komisją. W tym przypadku w skład komisji oceniającej weszli: dr hab. Anna Engelking, profesor w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk; dr hab. Robert Kulmiński, profesor na Uniwersytecie Warszawskim oraz dr Katarzyna Taczyńska, adiunktka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Spotkanie to służyło nie tylko omówieniu dotychczasowych postępów badań Magdaleny, lecz także refleksji nad przyszłymi kierunkami i nadchodzącymi celami badawczymi.
Z radością informujemy, że komisja uznała, iż Magdalena prowadzi swoje badania terminowo i konsekwentnie, realizując wszystkie zaplanowane cele i działania. Otrzymała pozytywną ocenę, co oznacza, że może kontynuować rozwijanie drugiej części swojego projektu doktorskiego.
[ENG, Polish version below] My home or not my home? Inspired by the exhibition ”Liberec versus Jablonec” at the Severočeské Muzeum [North Bohemian Museum] in Liberec – and especially by an old map covered with countless stickers – Magdalena Bubík reflects on what it means to be and feel “at home” in a place where almost the entire population has been replaced.
Co właściwie znaczy “czuć się jak w domu” i co sprawia, że nazywamy dane miejsce “swoim domem”?
Podczas majowych badań w Libercu (niem. Reichenberg), natrafiłam na informację o wystawie w Severočeským Muzeum w Libercu. Już samo muzeum jest ciekawą przestrzenią: założone w drugiej połowie XIX wieku, to najstarsza w Czechach placówka specjalizująca się w gromadzeniu eksponatów o charakterze artystyczno-przemysłowym. Po II wojnie światowej – wraz ze zmianami demograficznymi związanymi z wysiedleniem Niemców i napływem nowych mieszkańców – zmieniła się też kolekcja muzeum. Budowla autorstwa architektów Friedricha Ohmanna i Hansa Grisebacha gromadzi więc dzisiaj dzieła z zakresu regionaliów, archeologii i nauk przyrodniczych. Wystawa czasowa, która szczególnie zwróciła moją uwagę, właśnie dobiegała końca, dlatego uznałam, że nie mogę zwlekać. Zdecydowałam się odwiedzić ją już następnego dnia.
Fig. 1 Wystawa “Liberec versus Jablonec” w Muzeum Północnych Czech w Libercu (czes. Severočeské Muzeum v Liberci), fot. Magdalena Bubík, 2025
Zaraz po wejściu przywitał mnie ogromny napis, zwiastujący początek wystawy pt. “Liberec versus Jablonec” (Fig. 1). Te dwa miasta w północnych Czechach leżą na tyle blisko siebie, że łączy je nawet linia tramwajowa i istnieje między nimi długa tradycja żartobliwej rywalizacji. Dla porządku dodam, że Liberec jest znacznie większy. Ekspozycja, autorstwa historyka i kuratora Lubora Laciny, miała na celu przedstawienie obu miast i porównanie ich, poprzez omówienie m.in. takich kwestii jak patroni miast, ratusze, szpitale, publiczne łaźnie czy cmentarze. Pod koniec wystawy zwiedzający miał zdecydować, które miasto bardziej go przekonało, “głosując” na nie poprzez wrzucenie żetonu do odpowiedniego pojemnika. Sądząc po ilości żetoników w pojemniku, w tej bitwie większe sukcesy – stan na dzień mojej wizyty – odnosił Liberec.
Chciałam zobaczyć wystawę, ponieważ ciekawiło mnie, jakie wątki zostaną wybrane przez autorów. Nie ukrywam, że miałam spore nadzieje, że będzie tam poruszona kwestia religijna. Ze smutkiem, ale zgodnie z oczekiwaniami, stwierdziłam, że ewangelickie kościoły w obu miastach potraktowano bardzo po macoszemu, poświęcając każdemu zaledwie po kilka słów. Kontynuując oglądanie wystawy, dotarłam do ostatnich tablic, stojących w samym rogu pomieszczenia. Docierali tam tylko najbardziej wytrwali zwiedzający. Był to kącik poświęcony czasom, kiedy zastanawiano się nad całkowitą przebudową centrum obu miast, w których – jak zaznacza autor – nie zostałby przysłowiowy kamień na kamieniu. Takie “szalone wizje”, słowami autora, wysnuwali zwolennicy reżimów totalitarnych: najpierw hitlerowcy względem Liberca, a później komuniści wobec Jablonca nad Nisou (niem. Gablonz an der Nieße). Zaraz obok zaś stała niemiecka mapa obu miast, pokryta okrągłymi jasnymi naklejkami z logiem muzeum (Fig. 2).
Fig. 2 Mapa Gór Izerskich (czes. Jizerské hory) z wyszczególnieniem Liberca i Jablonca, autorstwa Josefa Matouschka, fot. Magdalena Bubík, 2025
Na ścianie wisiało zadanie dla zwiedzającego: jeśli pochodzisz z Liberca albo Jablonca, zaznacz naklejką swoje miejsce zamieszkania. Pod spodem znalazła się uwaga o tym, że jest to stara mapa, więc niektóre dzielnice mogą na niej jeszcze nie istnieć. Zaciekawiła mnie jednak druga notka, która mówiła o tym, że niemieckie nazwy dzielnic w dzisiejszym – czeskim – brzmieniu można znaleźć w przygotowanej wcześniej podpowiedzi. Przekierowałam wzrok na ową podpowiedź, gdzie wypisane były niemieckie nazwy dzielnic i ich czeskie tłumaczenia, jak na przykład Maffersdorf, czyli dzisiejsze Vratislavice nad Nisou, dalej Rosenthal I, czyli Růžodol I czy Starý Harcov w niemieckim brzmieniu Alt-Harzdorf. Patrzyłam na różnice w pisowni, w nazewnictwie i zastanawiałam się nad tymi zmianami. Ciągle jednak mój wzrok powracał do nagłówka: Jak nasze domy nazywały się wcześniej (oryginalnie po czesku: Jak se naše domovy jmenovaly dříve)? (Fig. 3)
Fig. 3 Fragment wystawy, fot. Magdalena Bubík, 2025
To zdanie utkwiło mi w głowie i nawet po wyjściu z wystawy nie mogłam przestać się nad nim zastanawiać. Jak to jest możliwe, że “nasze” domy mogą być dla nas na tyle nieznajome, że nie potrafimy odnaleźć ich na mapie? “Nasze” domy, czyli miejsca w których mieszkamy nie tylko my, ale mieszkali bardzo często też nasi rodzice czy dziadkowie. Jak to więc możliwe, że tak trudno nam je zlokalizować, że nie znamy ich nazw, skoro są “nasze”? I dlaczego użyto akurat tej dawnej, niemieckiej mapy, skoro stare, albo po prostu wcześniejsze nazwy, mogą stanowić problem dla zwiedzającego? Zastanawiałam się też, co sugeruje to słowo: “wcześniej”?
Wychodząc z muzeum, miałam więcej pytań niż odpowiedzi. Zdecydowałam się więc przysiąść na kawę w galerii naprzeciwko, dawnych neorenesansowych miejskich łaźniach cesarskich Franciszka Józefa (niem. Kaiser-Franz-Joseph-Bad) z początku XX wieku, aby zapisać swoje przemyślenia. Zastanawiałam się nad tym, jak to jest nie znać “swojego”, bo przecież samo “nasze” sugeruje, że jest to coś, z czym jesteśmy dobrze zaznajomieni, tym bardziej jeśli mówimy o domach. Czujemy, że są one cząstką nas samych. Dom to nie tylko miejsce, w którym śpimy czy spożywamy kolację, ale często jest to też nasze schronienie, z którym tworzymy szczególną więź – kształtowaną przez codzienne doświadczenia, wspomnienia i emocje.
Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, a dokładnie z Cieszyna. Już kilka razy pisałam o tym mieście też na naszym blogu (zainteresowanych odsyłam tutaj i tutaj). Moja mama prawie całe życie żyła w domu, w którym i ja mieszkałam aż do czasu studiów. Moja dzielnica, Kontešinec, przez mieszkańców nazywana po prostu Konteszyńcem, rozciąga się pomiędzy rzeką Olzą, granicą z Polską, a Sadami Masaryka. Leży na terenie dawnych koszar wojskowych, podczas drugiej wojny światowej zamienionych w niemiecki obóz jeniecki, w pobliżu zaś stoi neogotycki kościół Najświętszego Serca Jezusowego z końca XIX wieku. W dzieciństwie ta dzielnica była dla mnie wszystkim – znałam każdy jej zakątek, każdego sąsiada, a nawet dźwięk szczekania jego psa, kiedy ktoś przechodził koło jego ogrodu. Pamiętam bunt mieszkańców dzielnicy, kiedy władze miasta zdecydowały się wyciąć drzewo, które rosło tam latami, dzięki czemu zaczęło pełnić dodatkową rolę: słupa ogłoszeniowego, informującego o ważnych wydarzeniach, w tym też śmierci kogoś z sąsiadów. Znałam dzielnicę na wskroś, a więc kiedy byłam starsza, z chęcią wczytywałam się w stojące nad brzegiem rzeki tabliczki mówiące o jej historii. Wszystko tam wydawało i dalej wydaje mi się moje, ponieważ nasz dom zbudowali dziadkowie kilka lat po ślubie i od razu zamieszkali tam z moją dwuletnią mamą. Wcześniej też nie mieszkali daleko, ponieważ obie strony mojej rodziny pochodzą ze Śląska Cieszyńskiego i tam mieszkają. Niekiedy żartuję, że jesteśmy w tym regionie “od zawsze”. To jeden z powodów, dla których cały ten region postrzegam jako swój, mój, nasz. Dlatego tak bardzo trudno było mi zrozumieć, jak można nie znać swojego domu, dzielnicy, miasta?
O tym, dlaczego zmieniono nazwy dzielnic z niemieckich na czeskie, sama wystawa mówiła bardzo mało. Autor niemalże pominął informację o tym, że po drugiej wojnie światowej w obu miastach dosłownie wymieniono mieszkańców – ludność niemiecka została wysiedlona, a na jej miejsce przyszli ludzie z różnych stron Czechosłowacji i nie tylko. Dlatego też niemieckie nazwy przestały być używane i weszły w obieg ich czeskie odpowiedniki. Zawartego w nagłówku słowa dříve, po polsku “dawniej”, autor nie wytłumaczył w ogóle, a więc zwiedzający niezaznajomieni z miejscową historią mogli się tylko zastanawiać, dlaczego doszło do takich zmian. A tak naprawdę to dříve oznacza przecież właśnie okres, kiedy na tych terenach żyli przede wszystkim Niemcy.
No i ta dawna, niemiecka mapa – po co ona w ogóle komu? To kartograficzne dzieło autorstwa Josefa Matouschka (1867–1945) zostało wydane w 1927 roku przez Niemieckie Stowarzyszenie Górskie Gór Jesztedzkich i Izerskich (czes. Německý horský spolek pro Ještědské a Jizerské hory, niem. Deutscher Gebirgsverein für Jeschken- und Isergebirge). Matouschek, będący aktywnym członkiem tego stowarzyszenia, angażował się również w budowę górskiego hotelu na szczycie Ještědu, który spłonął w latach 60. XX wieku. Na jego miejscu wybudowano nowy obiekt – nowoczesną konstrukcję łączącą funkcje hotelu i nadajnika telewizyjnego – dziś uznawaną za jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Liberca. Ale dlaczego autor użył jego mapy, skoro założył, że i tak prawie nikt nie zna starych niemieckich nazw i mogą one stanowić problem dla zwiedzających – tak odczytuję to, że zamieścił również tablicę pokazującą, jaka niemiecka nazwa zmieniła się w którą czeską. W dodatku część dzielnic w ogóle nie jest na niej zaznaczona, bo jeszcze nie istnieją. Potencjalnie: same problemy dla zwiedzających. Dlaczego więc autor nie zdecydował się dać nowszej, czeskiej mapy, gdzie każdy mógłby znaleźć swój dom? Co autor chciał przez to pokazać? A może chciał wpleść w wystawę jakiś ciekawy, lekko “egzotyczny” wątek: mapa w obcym języku. Taka sytuacja miałaby sens na przykład w przypadku łaciny.
Jednak niemiecki na tych terenach ma inne znaczenie – ma swoją historię, jest nośnikiem wspomnień, nowych początków dla mieszkańców, którzy przybyli tutaj po wojnie, ale często też przypomina o zadawanych sobie nawzajem ranach, krzywdach i nienawiści. Nie bez powodu ta mapa stoi koło planów Adolfa Hitlera o zniszczeniu miasta, ponieważ bardzo często to właśnie z nim są kojarzeni wszyscy Niemcy – przenosi się na nich winę zbiorową, stereotypizuje jako zbrodniarzy, wyznających tę samą ideologię, nie dostrzegając różnicy poglądów. Bez znaczenia pozostaje to, że sudeccy Niemcy byli Niemcami czeskimi. To tutaj żyli przez wieki, to tutaj mieli swoje domy, które im potem odebrano i dano innym – nowym właścicielom. Autor prawie nie porusza ich tematu w tej wystawie, a jednak większość wystawionych eksponatów jest w języku niemieckim. A więc czy autor chciał tym gestem pokazać, że również Niemcy kiedyś czuli się i byli tutaj w domu? Wcześniej niż niektórzy z tych, którzy mogli na mapie szukać “swoich” domów?
Moje własne silne przywiązanie do domu na Śląsku Cieszyńskim przypisuję po części temu, że moi przodkowie żyli tam przez wieki, ale czy to oznacza, że jedynie wielowiekowe przywiązanie do danego skrawka ziemi pozwala nazywać go swoim domem? A co z osobami, które przeprowadziły się albo żyją właśnie w badanym przeze mnie Libercu, czyli mieście post-przesiedleniowym – mieście, w którym jedni mieszkańcy zostali wymienieni na drugich. Mieszkają tam całe swoje życie, tak samo jak ich rodzice czy dziadkowie – czy oni nie mają prawa nazywać domu, w którym się urodzili bądź żyją, swoim? Jest to może – przynajmniej w moim odczuciu – trochę inny dom, niż w Cieszynie, ale każdy dom posiada swoją specyfikę. Ten w mieście post-przesiedleniowym, oprócz specyfiki danego regionu, może odznaczać się całą gamą innych czynników. Niemcy opuścili swoje domy, a na ich miejsce przyszli inni domownicy, jednak nie zamieszkali tych domów, po prostu kontynuując życie wcześniejszych domowników – przynieśli też coś od siebie, z terenów, z których przybyli, łącząc to z tym, co zastali. Razem z rzeczami, śladami swojej i obcej przeszłości, tworzyli swoje własne domy. Ale i z Cieszyna wysiedlono jego niemieckich mieszkańców. Proste podziały nie oddają złożoności historii “naszych domów”.
Teraz zatem, w tych domach, w których kiedyś mieszkali Niemcy, żyją inni. Tacy, którzy znają historię swojego miasta lub też nie mają o niej pojęcia. Tak więc odczytuję intencję autora: chęć pomocy w tym, by odnaleźli swoje domy na niemieckiej mapie. Takie odczucia i takie trudności mogą mieć ludzie żyjący na terenach, gdzie doszło do wymiany takiej ogromnej liczby ludności. To jest też powód, dlaczego tak bardzo chcę dalej poznawać te tereny. Wiele pytań rodzi we mnie fakt, że tyle osób z Liberca i Jablonca przykleiło naklejkę na miejscu swoich domów – mimo że ich doświadczenie jest odmienne od mojego, a nowe więzi z miejscem wytwarzane są na Liberecku dopiero od osiemdziesięciu lat. Sięgają jednak i do historii przed 1945 rokiem, o czym może świadczyć ta dawna, niemiecka mapa. Chcę rozmawiać z tymi ludźmi, aby zrozumieć, w jaki sposób oni patrzą na swoje domy, w których jeszcze nie tak dawno, zaledwie 80 lat temu, żyli inni domownicy. Chcę zrozumieć, czy chcą poznawać swoje domy, dzielnice, otoczenie i co zmieniło się w tych domach od przejęcia ich przez nowych domowników. I wreszcie: chcę zrozumieć, co składa się na to, że oni postrzegają swoje domy jako swoje, o czym świadczy ta ilość naklejek na mapie oznaczająca “nasze” domy. To także pytania ważne dla mnie samej, pomagającej i mnie zrozumieć lepiej “mój” dom.
Fig. 4 Mapa z zaznaczonymi “naszymi” domami w Libercu, fot. Magdalena Bubík, 2025